Upadła

No więc szłam, szłam i się wyjebałam. Do lekarza szłam, bo Kniaź był łaskaw zapaść na oskrzela. Z nosidełkiem szłam, bo Kniaź nie jest łaskaw utrzymać skarpet na odnóżach, jeśli tylko może ich dosięgnąć. W wózku może. Szybko szłam, bo było późno, to znaczy właściwie wcześnie, przed dziewiątą rano, tylko że ja jeszcze pół godziny wcześniej byłam przekonana, że mamy tę wizytę jakoś koło trzynastej. I patrzyłam w telefon, idiotka, debilka, nieodpowiedzialna głupia krowa. Chciałam znaleźć dla lekarza archiwalne zdjęcie młodego, żeby mu pokazać, dlaczego niepokoi mnie wysypka po leku. Nasz pediatra nie widział Kniazia w roli raptora, bo wtedy biegaliśmy tylko od dermatologa do alergologa i z powrotem. Nieważne, durny babsztyl bez cienia rozumu, nie patrzyłam pod nogi. No i tam, gdzie zawsze był równy chodnik, to jednak zawsze były schodki i obok nich łagodny zjazd dla wózków.

12227384_1193857200627706_1835792184_o

Poleciałam do przodu, wykręconą kostką łupnęłam o ziemię, wykręconym nadgarstkiem takoż, podparłam się drugą ręką, łupnęłam oboma kolanami. Głowa Kniazia dotknęła chodnika, zaczął płakać, adrenalina milion (nic mu nie jest, oddychajcie chociaż Wy). Posiedziałam chwilę w szoku, tuląc młodego. Wstałam, dokuśtykałam do przychodni, tam lekarz wysłuchał mojej chaotycznej opowieści, spokojnie osłuchał Kniaziowi szacowne oskrzela (zapalenie, ale już lepiej) i na moją prośbę zbadał go. Wszystko w porządku, nawet guza nie ma, pewnie się tylko porządnie wystraszył. Jezu, nie chcę nawet myśleć, że mogło być gorzej. Nie.

Do domu wróciłam powoli i z przerwami. Kostka bolała, nadgarstek też, dodatkowe 10 kg na klacie nie pomagało. Dopełzłam, odłożyłam delikatnie śpiącego młodego i nie miałam siły nawet go rozebrać. Na podłodze w kuchni zgromadziłam sobie: bandaż elastyczny, opaskę na nadgarstek, paracetamol, okład żelowy i półkilową paczkę mrożonego mielonego mięsa. Po czym wreszcie się rozryczałam.

Wieczorem pojechałam do lekarza. W międzyczasie okazało się, że kostka i ręka paskudnie puchną, na kolanie mam najpiękniejszego siniaka w życiu, na drugim dziurę w ulubionych spodniach i obtartą drugą dłoń. Że telefon jest obity, zauważyłam dopiero dwa dni później.
Lekarz obejrzał rentgen i stwierdził złamanie. Wziął mnie zupełnie z zaskoczenia, bo byłam przekonana, że kostka jest tylko skręcona, obita czy co tam, a pojechałam dla porządku, bo należy. Taka jestem obowiązkowa (i mam opłacony przez firmę pakiet, nie ukrywajmy; na pogotowie pewnie bym się nie zgłosiła. I dopiero bym miała.) A tu wtem! Gips. Na sześć tygodni, mówią. Gips na nodze, ja pierdolę, przy dwójce małych dzieci. No nie do ogarnięcia, nie ma szans. Nadgarstek tylko stłuczony, kolano niewarte wzmianki.

Leżę więc. Trochę kuśtykam, sąsiadka pożyczyła mi kule. Dzieci najwyraźniej sądzą, że skoro leżę, to mogę całą dobę dawać cycka. Koty – że głaskać, no bo po co człowiek leży, kaman. Ludzie dobrej woli przyjeżdżają pomagać (przyjeżdżajcie, bo sama nie jestem w stanie zrobić kroku – dosłownie, bowiem syneczek łapie mnie za kule i mocno trzyma). Czytam na głos książeczki, rysuję rybkę Nemo, trzymam Kniaziowi inhalator i nieustannie proszę, proszę, proszę – o wodę, jedzenie, leki, chusteczki, telefon, kule, to, tamto, owo.

Minęły dopiero dwa dni, a ja już mam dość.