Miesięczne archiwum: Listopad 2016

Having a good time

Wbrew temu, co może się wydawać, zwłaszcza moim znajomym na fejsie – albowiem na fejsie kurwię przeokrutnie, nadużywam wykrzykników i robię dużo dramy, znacie mnie – wbrew temu gdzieś w samym centrum jest spokój wielki. Spokój, pogoda i szczęście. Jakimś cudem jeszcze przed trzydziestką moje życie stało się absolutnie idealne i co więcej, ta chwila trwa. Pewnie, są różne fale: choroby, szpitale, niesnaski, zmęczenie. Czasem brak kasy, czasem coś się bardzo nie uda. Ale płyniemy, i to we właściwym kierunku.

Mam takie uczucie (pewnie ma je każdy dorosły), że czas zapierdala. Mrugniesz i jebs, minęło sześć lat na przykład. Sześć lat stabilizacji uczuciowej, co w moim przypadku wydaje się potrójnie skomplikowane, ale właśnie wcale nie jest. Jest jak ręka proste i nawet ten czas dodaje tylko pewności, działa kojąco. Wydaje mi się, że szczególnie mocno odczuwa się mgnięcie lat, gdy jest się rodzicem. Tutaj w ogóle dzieją się cuda, bo jednocześnie każdy dzień jest straaasznie dłuuugi i jednocześnie lata tylko świszczą koło ucha. Świst, świst, umie mówić. Świst – przedszkole. Świst – wyrzuca cię ze swojego pokoju.

No więc przelatują mi te lata i nagle okazuje się, że kocham tych samych ludzi, mam zajebistą najmniejszą komórkę społeczną, nadal kręcą mnie te same rzeczy (plus sto nowych), zdobywam skille, levele i co tam jeszcze, robię kolejne tatuaże (dwa gotowe, następne trzy w planach),  a przy tym wszystkim wciąż jestem przekonana, że najbliższe urodziny to będą dwudzieste trzecie. Ups.

Oraz że jeszcze wszystko przed nami.

Postanowienie poprawy (welcome back)

Rok później, jak można wnosić z tytułu, po raz kolejny postanawiam regularnie pisać blogaska. Za chińskiego boga nie wiem, jakim cudem, ale spróbuję, próbować zawsze warto, prawda?

Rok później nie mam już, oczywiście i na szczęście, nogi w gipsie, a że Facebook pokazuje mi przypomnienia, to doceniam tę odmianę każdego dnia. Koza rabina na maksa, razem z tą drugą, czyli – że dzieci są już starsze, kumate, bawią się razem, a w dodatku jedno ma nianię, a drugie chodzi do przedszkola. Daje mi to fantastyczne cztery godziny dziennie (jeśli wszystko pójdzie dobrze), które mogę spędzić na przykład na pracy.

Piękna sprawa.

Tak więc ogólnie to u mnie bajkowo, moi drodzy. Żyję w bańce z miłości (nihil novi), smarków, wolontariatu, kocich kłaków i wegańskich kaw. Zwłaszcza kaw. Cain nadal ze mną wytrzymuje. Licho nadal kompulsywnie maluje. Kniaź umie śpiewać „Let it go” w sześciu językach (ja tylko w dwóch i pół). Nadal napierdalam na fejsie tysiąc razy dziennie, co tłumaczy, dlaczego tutaj rzadko. Ale że zasadniczo uwielbiam mówić o sobie, a monolog to moja ulubiona forma literacka, jest szansa, że dotrzymam postanowienia i trochę się tutaj powyżywam.

To jak, jesteście tu w ogóle? ;)

15039709_1478502805496476_955332046252680886_o