Miesięczne archiwum: Grudzień 2016

Nie widzę sensu sprzątać, póki nie wyprowadzą się z domu

Czy położyłam zupełnie nowy, biały dywanik w łazience na kwadrans przed tym, jak Cain dał im do kąpieli czerwony barwnik?

Coraz bardziej marzę o pięknym, czystym domu. Najlepiej białym i ascetycznym. Mam ochotę wyrzucić WSZYSTKO i kupić nowe, śnieżnobiałe. Mogę się ewentualnie zgodzić na przełamanie odrobiną kremowego albo drewnem.

https://pl.pinterest.com/pin/362821313715030940/

Tu wciąż jest za dużo bałaganu

Tymczasem zachowanie czystości przy dzieciach wymaga – nawet nie to, że nieustannego sprzątania, bo kiedyś pokusiłam się o sprzątanie na bieżąco i tylko biegałam cały dzień, zaniedbując maluchy, a bajzel jak był, tak pozostał. Wymaga chyba pomocy do sprzątania codziennie, delegowania młodzieży codziennie do placówki i, przede wszystkim, mieszkania, które ma dużą ilość miejsca do przechowywania – rzecz nieosiągalna w mieszkankach urządzanych pod wynajem.

To się mści w nieoczekiwany sposób, bo po prostu coraz mniej lubię swój dom jako miejsce. Od początku nie byłam fanką tego mieszkania, choć dla pary z jednym dzieckiem było bardzo wygodne. Teraz jednak zrobiło się ciasno, i choć szukamy czegoś innego, to z mizernym skutkiem. A ja coraz częściej uciekam, żeby odpocząć poza domem, bo tutaj jest zawsze bajzel i zawsze huk rzeczy do zrobienia.

Pod choinkę kupiłam nam nocleg w luksusowym hotelu. Zostawimy dzieci z ukochaną nianią, wyśpimy się, wybawimy, a ja popatrzę sobie na ładne wnętrza. Nie wykluczam, że jak zameldujemy się o 15.00, tak do południa następnego dnia będziemy spać.

Pan Barszcz – misterium

Robienie barszczu, przynajmniej według przepisu, jakim się dziś, debiutując, kierowałam, nie ma nic wspólnego ze zwykłym gotowaniem zupy. To jest warzenie mikstury, cały trzygodzinny rytuał. Najpierw wywar z grzybów ma mrugać dwadzieścia pięć minut, dwadzieścia pięć ma być liczbą do której liczyć masz i liczbą ta ma być dwadzieścia pięć. Do grzybów wrzuca się przyprawy, ale nie wszystkie, oraz rytualnie opalony nad gazem ząbek czosnku. Nie mam gazu, wrzuciłam surowy.
 
Następnie buraki, jabłko i seler wraz z wywarem dwadzieścia minut dochodzić mają do wrzenia, a potem dziesięć minut mrugać. Można wrzucić niektóre inne przyprawy, ale nie wszystkie!
Potem barszcz godzinę odpoczywa. Po godzinie można wrzucić trochę przypraw. Ale Broń Boże nie wszystkie.
 
Po tej godzinie dodaje się resztę przypraw oraz zakwas i barszcz – dla ciebie Pan Barszcz – odpoczywa kolejną godzinę.
 
Odprawiwszy kompletne misterium należy Pana Barszcza przecedzić i spróbować.
 
Mi wyszła mdła zupka z buraków.

#121dobrychrzeczy (…my ass)

Cierpię na sezonowe obniżenia nastroju, co odkryłam zresztą dzięki blogaskowi, siedząc jakiegoś beznadziejnego, listopadowego wieczoru i przeglądając stare posty. Czasem to robię, tak, choć kiedyś miałam na to więcej czasu. Swoje stare wiersze też czytam. Zwłaszcza jesienią. No i wtedy właśnie, tamtego ponurego, samotnego, płaczliwego, zimnego wieczoru w listopadzie, odkryłam, że dopada mnie to co roku już około października i trzyma do lutego. W lutym nagle pachnie mi wiosną, a wszystko jest piękne i pełne nadziei, nawet, jeśli mróz jak skurwysyn. Dzieje mi się tak, bo – wydłużający się mniej więcej od Wigilii – dzień w lutym jest już wyraźnie dłuższy, moja szyszynka czy co tam, nie chce mi się sprawdzać, bo chwilowo jednakowoż grudzień, dostaje więcej światła, wypisz wymaluj jak Goethe tuż przez śmiercią, to znaczy on chciał, a czy dostał, to historia milczy, w każdym razie są to moje ulubione ostatnie słowa. Moje pewnie będą brzmiały: „Widziałaś tego przystojniaka?”, po czym wpierdolę się na jakiś mur albo drzewo.

Wcale nie odbiegam od tematu, foch.

renifer

Renifer natomiast ma wszystko w dupie.

No więc, skoro już wiem, co mi jest, to powzięłam taki plan, że codziennie piszę sobie na buniu jedną miłą rzecz, która mi się tego dnia zdarzyła. Wyliczyłam sobie, pewnie źle, ale chuj tam, że od pierwszego października do pierwszego lutego jest 121 dni. Skupianie się na pozytywach i praktyka wdzięczności to dobre zwyczaje i wiem, że mi pomagają, bo trochę się jarałam takimi różnymi #threegoodthings albo #100happydays i nieźle mi to robiło. Oczywiście regularnie zapominam i potem nadrabiam hurtowo, więc ta codzienna praktyka wychodzi mi średnio i może dlatego trochę działa, a trochę nie działa. Bowiem aktualnie – co za niespodzianka – mrok, mord i dupa, drama queen, panie doktorze wszystko mnie wkurwia, ciągle chce mi się spać, piję bardzo za dużo kawy (a za mało akoholu), za dużo krzyczę oraz generalnie nie ogarniam kuwety.

Kto ze mną?

hasztag polyamory hasztag coming out

Z moim mężem jestem ponad siedem lat.
Od początku w otwartym związku.
Od sześciu lat mam trzy te same relacje emocjonalne, to znaczy jedną od ośmiu, drugą od wspomnianych siedmiu, a trzecią od sześciu, więc emocjonalny czworokąt trwa właśnie tyle. Jeśli relację niesymetryczną można nazwać czworokątem.
Od paru lat trochę, czasem, niektórym coś mówię, jak to u nas wygląda, jak jest ze mną, z miłością, jaki to układ.

Coming out wciąż jest trudny, lęk przed oceną silny. Nie pomagają niemądre artykuły o poliamorii, pojawiające się co jakiś czas i niezmiennie utrzymane w tonie sensacji.

Pomaga coraz więcej znajomości z różnymi ludźmi: świadomość, że nie jestem jedyna i nie jestem nienormalna.

Bo ludzie mają różnie, wiecie? :)