#121dobrychrzeczy (…my ass)

Cierpię na sezonowe obniżenia nastroju, co odkryłam zresztą dzięki blogaskowi, siedząc jakiegoś beznadziejnego, listopadowego wieczoru i przeglądając stare posty. Czasem to robię, tak, choć kiedyś miałam na to więcej czasu. Swoje stare wiersze też czytam. Zwłaszcza jesienią. No i wtedy właśnie, tamtego ponurego, samotnego, płaczliwego, zimnego wieczoru w listopadzie, odkryłam, że dopada mnie to co roku już około października i trzyma do lutego. W lutym nagle pachnie mi wiosną, a wszystko jest piękne i pełne nadziei, nawet, jeśli mróz jak skurwysyn. Dzieje mi się tak, bo – wydłużający się mniej więcej od Wigilii – dzień w lutym jest już wyraźnie dłuższy, moja szyszynka czy co tam, nie chce mi się sprawdzać, bo chwilowo jednakowoż grudzień, dostaje więcej światła, wypisz wymaluj jak Goethe tuż przez śmiercią, to znaczy on chciał, a czy dostał, to historia milczy, w każdym razie są to moje ulubione ostatnie słowa. Moje pewnie będą brzmiały: „Widziałaś tego przystojniaka?”, po czym wpierdolę się na jakiś mur albo drzewo.

Wcale nie odbiegam od tematu, foch.

renifer

Renifer natomiast ma wszystko w dupie.

No więc, skoro już wiem, co mi jest, to powzięłam taki plan, że codziennie piszę sobie na buniu jedną miłą rzecz, która mi się tego dnia zdarzyła. Wyliczyłam sobie, pewnie źle, ale chuj tam, że od pierwszego października do pierwszego lutego jest 121 dni. Skupianie się na pozytywach i praktyka wdzięczności to dobre zwyczaje i wiem, że mi pomagają, bo trochę się jarałam takimi różnymi #threegoodthings albo #100happydays i nieźle mi to robiło. Oczywiście regularnie zapominam i potem nadrabiam hurtowo, więc ta codzienna praktyka wychodzi mi średnio i może dlatego trochę działa, a trochę nie działa. Bowiem aktualnie – co za niespodzianka – mrok, mord i dupa, drama queen, panie doktorze wszystko mnie wkurwia, ciągle chce mi się spać, piję bardzo za dużo kawy (a za mało akoholu), za dużo krzyczę oraz generalnie nie ogarniam kuwety.

Kto ze mną?