Miesięczne archiwum: Marzec 2017

Doroczny (mniej więcej) post o wiośnie

Wreszcie. Więcej światła! (Podobno Goethe tak zawołał tuż przed śmiercią, #famouslastwords.) Szalone chmury na zmianę ze słońcem, pachnie ziemią, są pączki, kwiatki i cała reszta, elegancko, jak w marcu być powinno. To mi naprawdę bardzo pomaga, bo zimowe obniżenie nastroju zawsze mocno daje mi w kość.

Nie piszę: „zimowa depresja”, bo zbyt poważnie traktuję tę chorobę i myślę, że moje sezonowe doły nie mają nic wspólnego z prawdziwą depresją, nie mylmy pojęć. Zbyt wiele znam chorych osób, żeby sobie nią bezmyślnie wycierać klawiaturę. Ściskam je wszystkie z tego miejsca, zima za Wami, kochani, dobra robota.

Wraz z wiosną podniesiono mi dawkę leku na tarczycę i jak to nie pomoże, to chyba zwinę się w jakimś miękkim kąciku już na zawsze, bo wszystko inne wymaga przeogromnych ilości wysiłku. Zasypiam w locie, zapominam o wszystkim, mylą mi się różne rzeczy, a prócz mózgu straciłam też paznokcie. Włosy jeszcze się trzymają – dobre geny ukraińskich księżniczek – i mam nadzieję, ze tak zostanie, bo polubiłam je znów długie, gęste i ciemne. Ale jednocześnie wciąż targa mną na zmianę wkurw, miłość i paręnaście innych dość ekstremalnych emocji, czyli jeszcze Luca nie zginęła. Parę kciuków nie zaszkodzi.

Na parapecie obok mnie kiełkują jak szalone różne rośliny, moja córka ma niesamowitą rękę do kwiatków. Koty dostają szału przy każdym uchyleniu okna. Chodzę w tenisówkach i marzną mi kostki, ale co tam, Niech się jeszcze zrobi ciut cieplej, niech prochy zadziałają i niech się uda w maju trochę wyjechać z rodziną – i będzie całkiem pięknie :)