Miesięczne archiwum: Czerwiec 2018

Ułamek sekundy niech nie decyduje o moim patrzeniu na świat

Ogromną zaletą bycia mocno po trzydziestce jest doświadczenie w relacjach długoterminowych. Przez osiem czy dziesięć lat w relacji może zdarzyć się niejedno. Na przykład można sobie zrobić dużo krzywdy, a potem dojrzeć i latami, powoli, wspólną pracą dojść do rzeczy pięknych. Albo można nie mówić wiele, ale przez lata nazbiera się czynów i świadectw. Albo można po prostu sobie być, patrzeć i po latach zorientować się, że właśnie te lata minęły a my – jesteśmy. Sobie jesteśmy, mimo wszystko.

Nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, jak to było na początku. Chyba rozpaczliwie poszukiwałam potwierdzeń, że jestem ważna. Chyba szlag mnie trafiał na każdą kobiecą dłoń ucałowaną z rewerencją i na każde płomienne spojrzenie w inną stronę (na mężczyzn nie, ciekawe). Chyba bardzo się bałam, że nie przetrwam, że przeminę.

Kocham tych samych ludzi od ośmiu, dziesięciu lat. Jestem i oni są. To właśnie upływający czas daje mi największe poczucie pewności i bezpieczeństwa. Nie powinno dziwić, że tam, gdzie ten czas nie minął, gdzie sprawy są bardzo świeże, jest trudniej. I tak, oczywiście, że mogę zniknąć i przeminąć.

Może ten lęk trzeba sobie obejrzeć, oswoić, pobyć z nim? Tak robię z zazdrością, która pojawia się rzadko i zawsze mnie okropnie zaskakuje. Gdy któregoś razu ścięła mnie z nóg, dobrzy i mądrzy ludzie powiedzieli mi: „Zazdrość mówi ci o tym, co boisz się stracić. Nie walcz z nią, tylko z nią pobądź”. Pomogło wtedy i pomaga do dzisiaj. Nauczyłam się też mówić głośno: „jestem zazdrosna”. „Jestem zazdrosna, ale spoko, to moja emocja. Minie”.

Boję się, że zniknę i nic po mnie w Tobie nie zostanie.
Boję się, że zapomnisz i że ja zapomnę.
Boję się, że już zniknęłam.

(Uwalniające. Trochę. Stay tuned.)

Na szczęście ciągle mam ciekawość. Gdzieś pod całym lękiem i stratą ona sobie siedzi i czasem strzyże uchem. Gdzie mnie to zaprowadzi? A Ciebie? A nas?

Spokojnie leżeć na słońcu

Ale serio, nie mam już na nic siły. Mam dosyć. Szukania mieszkania od trzech miesięcy. Martwienia się. Koordynowania. Decyzji. Myślenia. Wstawania, jedzenia, picia, zarabiania, wydawania, rozmawiania, zabawiania, kojenia, pilnowania. Dbania. Uśmiechania. Wytrzymywania.

Wszyscy to mamy, wiem. A ja zawsze byłam tą, która ogarnia. Narzeka, krzyczy, ale daje radę. Bardzo czasem zazdroszczę tym, którzy potrafią po prostu mieć w dupie wszystkich, zamknąć się w swojej skorupie i przestać się odzywać.

Chcę położyć się na trawie i patrzeć na drzewa. I tak zostać na dwa miesiące. Albo na plaży, patrzeć na wodę przez resztę życia. Tak strasznie bym chciała NIE MUSIEĆ.

Ile można

To nawet nie tak, że za którymś razem nie wstajesz. Wstajesz, pewnie, że tak. Musisz przecież, dajesz radę, są rzeczy i sprawy do ogarnięcia, jest życie do przeżywania i tak dalej. Więc wstajesz jak zwykle, tylko jakoś w pewnym momencie nie masz już ochoty nastawiać bohaterskiej klaty kolejny raz, jak jakiś Chrystus, który wszystko zniesie, wszystko przetrzyma, nigdy nie ustaje. Generalnie jeśli chodzi o agape, to pewnie, czemu nie, ale może beze mnie.

To się dzieje niepostrzeżenie, wślizguje się. Jednego dnia nie odpiszesz, drugiego nie masz ochoty odebrać telefonu, trzeciego olewasz w ogóle wszystko i zajmujesz się sobą. Szlachetny egoizm, bardzo pochwalam, wszystkie powinnyśmy być bardziej zakochane w sobie, a mniej w naszych odbiciach, wyrażanych ilością reakcji w realu i wirtualu. Bo reakcje nie są o nas, tylko o tych, którzy reagują. Lub nie.

To nie jest tak, że za którymś razem nie wstajesz. Tylko skóra robi się wreszcie jednak grubsza, choć nigdy tak nie chciałaś. Tylko stajesz się bardziej cicha (trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca). Tylko zaczynasz żyć swoim życiem, za swoim murem. A przyjemne niespodzianki w gruncie rzeczy psują ci plan dnia.

Przyjdzie, nie przyjdzie. Napisze, nie napisze. Odwoła, nie odwoła. Właściwie wszystko jedno. Co z tego.

– Jakoś tak nic mi się nie chce.
– Ale zaraz czerwiec.
– W tym roku niech czerwiec radzi sobie beze mnie.