Ile można

To nawet nie tak, że za którymś razem nie wstajesz. Wstajesz, pewnie, że tak. Musisz przecież, dajesz radę, są rzeczy i sprawy do ogarnięcia, jest życie do przeżywania i tak dalej. Więc wstajesz jak zwykle, tylko jakoś w pewnym momencie nie masz już ochoty nastawiać bohaterskiej klaty kolejny raz, jak jakiś Chrystus, który wszystko zniesie, wszystko przetrzyma, nigdy nie ustaje. Generalnie jeśli chodzi o agape, to pewnie, czemu nie, ale może beze mnie.

To się dzieje niepostrzeżenie, wślizguje się. Jednego dnia nie odpiszesz, drugiego nie masz ochoty odebrać telefonu, trzeciego olewasz w ogóle wszystko i zajmujesz się sobą. Szlachetny egoizm, bardzo pochwalam, wszystkie powinnyśmy być bardziej zakochane w sobie, a mniej w naszych odbiciach, wyrażanych ilością reakcji w realu i wirtualu. Bo reakcje nie są o nas, tylko o tych, którzy reagują. Lub nie.

To nie jest tak, że za którymś razem nie wstajesz. Tylko skóra robi się wreszcie jednak grubsza, choć nigdy tak nie chciałaś. Tylko stajesz się bardziej cicha (trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca). Tylko zaczynasz żyć swoim życiem, za swoim murem. A przyjemne niespodzianki w gruncie rzeczy psują ci plan dnia.

Przyjdzie, nie przyjdzie. Napisze, nie napisze. Odwoła, nie odwoła. Właściwie wszystko jedno. Co z tego.

– Jakoś tak nic mi się nie chce.
– Ale zaraz czerwiec.
– W tym roku niech czerwiec radzi sobie beze mnie.

Dodaj komentarz