Archiwa kategorii: blog

Status update

Właśnie zajrzałam na bloga i zobaczyłam, że ostatni wpis jest sprzed miesiąca. Miesiąca! Kiedyś pisałam tu dwa razy dziennie, inna rzecz, że o tak kompletnych pierdołach, że aż strach. Co prawda warsztat można szlifować i na zatkanej toalecie, że ie wspomnę o podtrzymywaniu więzów, bo ostatnio znów sobie przypomniałam, że blog powstał właściwie po to, żeby znajomi mieli update, a ja żebym nie musiała tych samych historii opowiadać po pięć razy. Potem przy każdym spotkaniu pytano mnie: „co słychać, oprócz tego, co na blogu, bo już czytałem?”. A później założyłam konto na ś. p. Blipie, a potem na fejsie i zaczęłam tam zapisywać myśli, i teraz łapię się na tym, że nawet dłuższe (to znaczy kilkuzdaniowe) posty zazwyczaj zamieszczam na Facebooku, a nie blogu. Pewnie dlatego, że tam jest szybszy kontakt, a dla mnie esencją tego dzielenia się pisaniem jest właśnie kontakt.

No dobra, na bezludnej wyspie też bym pisała. Ale to by nie było to samo. (Ani tyle samo, wzdech, na bezludnej wyspie miałabym tyylee czasu i mogłabym napisać WSZYSTKO.)

Byłam na koncercie Amandy Palmer, w ramach tej samej trasy, co rok temu w Pradze. Wyrwał mnie z butów. Przy każdym kawałku rozsadzało mnie z emocji i wiem, że brzmię jak nastoletnia psychofanka Backstreet Boys, ale trudno. W koncertach piękne jest to, że muzykę odbiera się ciałem. Organicznie. Tętno bije w rytmie perkusji, bas czuje się w płucach, a serce robi się jakby coraz większe, za duże, i czujesz, że zaraz rozsadzi nie tylko ciebie, ale całą tę budę. I, oczywiście, wokalistka śpiewa każde słowo właśnie do ciebie, trafiając cię tekstem prościutko w splot słoneczny. Tak właśnie było.

Pojutrze moje dziecko, które na tym praskim koncercie było jeszcze w brzuchu, kończy rok. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało. Będę piekła ciasta i się wzruszała. Zaraz potem zajmę się listą świątecznych prezentów, która jak zawsze jest za długa w porównaniu do naszych finansów, a ja tak strasznie lubię obdarowywać. Ale coś wymyślę. Poza tym chcę Wigilię u nas w domu, z całą bliższą i dalszą rodziną. Będzie bosko, jak co roku.

Listopad był łaskawy. Owszem, trochę ciemno, ale nie tak najgorzej. Mrok i mord ogarnia mnie tylko czasem i nie na długo. Może dlatego, że żyję w bańce z miłości. Związek mam niesamowity, a poza związkiem tak samo dobrze. Żyję w świecie szczerych rozmów, ciepłych wyznań, niezwykłych prezentów (materialnych i nie), dobrego seksu i komplementów. Oczywiście nadal jestem mamą małego dziecka, które nie lubi mnie puszczać, więc jestem bardzo zmęczona. Ale daję radę i jest coraz lepiej. Joga bardzo pomaga.

W styczniu wracam do pracy i myślę, że to doskonały moment. Potrzebuję zmiany, potrzebuję swojego życia. Spodziewajcie się miliona postów o tym, jak bardzo jestem wyczerpana podwójną rolą – pracownika i mamy ;)

 

Zaniedbaniem

Mało mnie tutaj, a więcej tam, bo po pierwsze – taki etap w życiu, a po drugie –  nie mam wiele czasu. I gdy już siadam wieczorem do komputera, to albo pracuję, albo się odmóżdżam. Czytam też mniej, nawet komiksy czekają na swoją kolej. Właściwie to głównie gram w taką grę na komórce, w której się przesuwa kamyczki.

Ale generalnie jest dobrze, musk mam na swoim miejscu i robię dużo ciekawych rzeczy, toteż nie musicie się martwić, że odpieluszkowe zapalenie tegoż organu uniemożliwia mi pisanie :)

Nie spać, pisać

Muszę pisać na blogu, powinnam się przymuszać, lekce sobie ważąc zmęczenie i senność. Muszę, bo na co dzień piszę hasła i krótkie posty, i myśl moja zaczyna zbyt często zawierać się w kilkudziesięciu znakach. A przecież nie tak miało być i wciąż nie tracę nadziei, że pewnego dnia, ot – usiądę i napiszę powieść. Niekiedy, jadąc autobusem, układam w głowie krótkie opowiadania o Pradze lub fragmenty sagi rodzinnej, czy raczej czegoś w rodzaju memuarów, co u nas (u nas w rodzinie) trochę na jedno wychodzi. Potem wysiadam i zajmuję się innymi sprawami. Po pracy mam zmęczone plecy, ręce i głowę, ale to żadne wytłumaczenie, skoro i tak siadam do fejsa, jak tylko zdejmę buty i naleję sobie wody.

Porzuciłam moich starych klientów, żeby nie pracować ponad 8 godzin dziennie. Dopuszczam tylko malutkie wyjątki po znajomości. Brzuch ma swoje prawa i domaga się ich nieubłaganie: jedzenie co dwie godziny, cień, sen. Mózg, gdy przeciążony, wyłącza się sam bez uprzedzenia. Trudno, widać musi; czuję się dobrze, nadspodziewanie dobrze jak na moją dość żałosną kondycję (od dziecka, ten typ tak ma), no ale jednak natura wie swoje i swoje robi, a ja nie należę do umartwiających się super-kobiet „ducha wyzionę, a wszystko zrobię”. Toteż za moimi plecami piętrzy się pół góry naczyń (połowę pozmywał Cain), odkurzacz siedzi w szafie i udaje, że go nie ma, torba podróżna jest prawie rozpakowana po weekendzie, ale prawie robi różnicę, wanna z lekka obrasta. Za to jeszcze ani razu nie zemdlałam, powoli tyję i jestem zadowolona z życia. W nagrodę za pierwszą pensję z nowej pracy kupiłam sobie komplet bielizny, niestety jest na styk. Cóż, za miesiąc będę musiała kupić następny ;)

Cain jest cudowny. Myślę, że powinno się go sklonować i rozdawać innym kobietom w ciąży w charakterze męża idealnego. Odkąd jestem mniej aktywna, przejmuje domowe sprawy, bierze na siebie rzeczy, przy których ja siadam i rozpaczam; kiedy trzeba, zmusza mnie do wzięcia się w garść, kiedy trzeba, pozwala wylać nadmiar emocji w mężowską klatę. Jest niebywale elastyczny i w przeciwieństwie do mnie nie planuje życia na zapas, lecz dopasowuje się do zastanej sytuacji. Doskonale rozumiem, dlaczego tak dobrze radzi sobie w każdej pracy. Naprawdę, ten człowiek ma skille, jakich nawet nie podejrzewałam.

Nowy blog ;)

Kiedy ostatnio zakładałam bloga? Nie pamiętacie, co? Ja też nie.

OTO WIĘC JEST. Moje nowe dzieło, rurzowy (no a jakże) dziewczyński blogasek o chłopakach i o tym, jakie mamy z nimi problemy. Będzie: kontrowersyjny, emocjonalny, niepoprawny politycznie. Nie będzie: autobiograficzny, a w każdym razie nie bardzo.

Zapraszam: WOJNA PŁCI
oraz jej fanpage.

Maraton Blox 2011

Znaczy moje trzecie, a w ogóle piąte. Na zdrowy rozum naprawdę nie wiem, co jest pociągającego w siedzeniu z jakimiś ludźmi przy ustawionych w podkowę stołach i pisaniu notek do siódmej rano. A jednak byłoby mi przykro, gdyby nie było w tym roku Maratonu Blogerów.

I tak sobie siedzimy, popijamy napoje oficjalne i nieoficjalne, piszemy notki na zadane tematy, próbujemy wygrywać jakieś konkursy, nic się nie dzieje… i jest fajnie. Może po prostu kręci nas siedzenie przy komputerach do rana?

foto: Hodowca

foto: Hodowca

foto: Hodowca

foto: Hodowca

Blondynka i wordpress

Jakiś czas temu zapragnęłam opublikować notkę, ale nie dyskutować na jej temat. Bo nie. WordPress oferuje funkcję „zezwól (lub nie) na komentowanie nowych artykułów”, ale okazało się, że to nie za bardzo działa, więc Kain znalazł mi wtyczkę One Click Close Comments, która, jak nazwa wskazuje, blokuje komentarze jednym kliknięciem. I fajnie.

Następnie okazało się, że wtyczka domyślnie ustawiona jest na „zablokuj” i za każdym razem po opublikowaniu nowej notki trzeba to zmieniać. Oczywiście prawie zawsze o tym zapominałam, nie mówiąc już o tym, że nie da się tego zrobić np. z komórki (a zdarza mi się pisać notki na komórce i publikować je zdalnie).  Wczoraj pomyślałam, że to jest jednak kompletnie bez sensu i wyłączyłam wtyczkę.

Dziś rano dostałam od Drogiego Czytelnika informację, że nie może skomentować ostatniej notki. Pomyślałam, że wyłączenie wtyczki nie pomaga i odinstalowałam ją całkiem. Potem poszłam do ustawień dyskusji i na wszelki wypadek zaznaczyłam wspomniane okienko od komentowania nowych postów. I nic. Komentować nadal się nie da, a ja siedzę jak tabaka w rogu i nie mam pojęcia, co po drodze zepsułam.

Ciekawe, czy tę notkę da się komentować.

Edit:
Wszystko już działa, jak powinno i będzie działać po wsze czasy. Rzekłam!

Varia

Od pewnego czasu zauważam, że rzadziej piszę na blogu. Zły człowiek ze mnie, bo pewnie wszyscy się przyzwyczaili, że co drugi-trzeci dzień jest notka, a tu wtem jedna, dwie tygodniowo. Bardzo przepraszam.

To trochę tak, że moje życie nabrało pozornego ładu i dni mijają bez niespodzianek.  Ot, wstaję rano, idę do Paninki, spędzam z nią parę godzin, coś w międzyczasie blipnę, pospaceruję, nasłoneczniam się. Wracam przed 16 i zajmuję ulubione miejsce na kanapie (albo na balkonie, albo w wannie), coś sprzątnę, upiorę, ugotuję. Potem spędzam wieczór z Kainem albo wychodzę na jakieś piwo. Nuda, nie?

Tak naprawdę nie. Na poziomie intelektualnym i emocjonalnym dzieje się, dzieje. Na poziomie tych wieczornych piw i weekendowych spacerów też się dzieje, no ale co tu pisać – że nad Wisłą byłam, pół miasta boso schodziłam, kupiłam sobie japonki w H&M. Byłam na pokazie filmu „Casablanca”, widziałam go pierwszy raz w życiu i czuję się dokształcona.

Tęsknię za wakacjami, za górami, za Paryżem, za dzieciństwem, kiedy nie trzeba było się martwić o rachunki i zawartość lodówki. Jednocześnie czerpię pełnymi garściami z przywilejów dorosłości.

Mało piszę, mam dużo zaczętych i nie skończonych rzeczy, ale chętnie zrobiłabym coś za pieniądze. Mimo to muszę wyznać, że pisanie piosenek pod presją jest fajne. Janek cały czas robi muzykę i naciska mnie, chce więcej i więcej tekstów, z którymi jestem koszmarnie spóźniona. Jego entuzjazm jest zaraźliwy i inspirujący.

Przeprowadzka blogów

Już pewnie wszyscy wiecie, bo pisałam o tym tu i ówdzie, ale dla porządku wspomnę i tutaj. Dwa dni temu przeniosłam wreszcie kolejnych kilka blogów na własną domenę. Toteż teraz przepisy znajdziecie pod adresem przepisy.lluca.pl, wiersze pod adresem wiersze.lluca.pl, a rozmowy z Kainem na nietylkoojednym.lluca.pl.

Wszędzie ustawiłam przekierowanie,  więc właściwie przeprowadzka powinna odbyć się niezauważalnie dla Was. Mam nadzieję, że RSS-y też będą działać bez zmian.

Miłego czytania :)

Blog Roku

Ponieważ zgłosiłam blog do konkursu na Blog Roku, po prawej stronie znajdziecie stosowny obrazek, a pod obrazkiem kod i numer, pod który należy wysłać sms-a, aby zagłosować. Jeśli chcecie, rzecz jasna.

Niech wam się zwróci w dowolnej walucie, dobrzy ludzie.

Maraton Blox 2010

Jeśli dziś jest sobota, to jestem w Mikołajkach. Tak, wiem, że miałam być w Beskidach, ale nastąpiła, prawda, mała zmiana planów. Bywa. Nawet często.

Z maratonem chodzi o to, że siedzimy całą noc i piszemy na blogu maraton.blox.pl – szczerze mówiąc, póki co kolejne wpisy powstają tam szybciej, niż nadążam czytać. Ale czytam wolniej, niż zwykle, bo wczoraj nadużyłam napojów wyskokowych. Albo przez to, albo przez coś innego trochę mnie telepie i w ogóle umieram. Natomiast odkrywam uroki bycia kobietą. Kobiecie zamawia się i donosi herbatkę, podaje się niezbędne przedmioty, nosi się jej torbę i sprawdza, czy kobieta jest cała i zdrowa. Podaje się jej lekarstwa, jeśli nie jest, pyta, czy pomogły i zabawia rozmową (kobietę się zabawia, nie lekarstwa). Żeby nie było za dużo obowiązków dla jednego opiekuna, robi się to w tandemie.

W zamian kiwam białą rączką, ślę uśmiechy i proszę o jeszcze. Nie jest źle być mną ;)