Archiwa kategorii: dieta

Żongluję patelniami zawodowo

Kniaź jest uczulony na mleko i jajka.
Ja jem jajka i sery, ale nie jem mleka, bo mu to szkodzi.
Cain i Licho piją mleko na litry.
Kniaź, Licho i Cain powinni unikać soli.
Kniaź i Licho – cukru, jedno całkiem, drugie w miarę możliwości.
Cain stara się jeść nietucząco, ja usilnie próbuję nie chudnąć.
Licho, Kniaź i ja jemy co najmniej cztery posiłki dziennie.

Konsekwentnie odmawiam gotowania dla każdego osobno. Dziś na obiad placki z jabłkami, wegańskie: z bananem i domowym mlekiem owsianym (oszalałam). Trudno, nie wszyscy z nas mogą być szczupli!

Polubić swoje ciało

Postanowiłam przestać narzekać na swoją figurę. Uprzedzając komentarze – tak, wiem, że większość kobiet śni o krwawej zemście na mnie za sam fakt, że jestem chudą zdzirą. Mam nadzieję, że budzą się potem pokrzepione. Osobiście wolałam swoje ciało sprzed ciąży (kto by się spodziewał), dziesięć procent cięższe, bardziej krągłe, gładsze. Czułam się lepiej i uważam, że lepiej wyglądałam. Po urodzeniu córki kolejne tracone kilogramy sprawiały, że bałam się o swoje zdrowie. A widok w lustrze nie pocieszał, zatroskane komentarze przyjaciół też niezbyt.

Prawda jest jednak taka, że czuję się dobrze. Jestem w dobrej kondycji, pierwszy raz od dzieciństwa regularnie ćwiczę, a efektem tego jest gibkość, jakiej nie znałam dwa lata temu. Nie jestem zbyt silna, nie przestałam mieć problemów z kręgosłupem, ale łatwiej wstaję rano z materaca, a moje ciało jest zwarte, giętkie i, ku mojemu zaskoczeniu, umięśnione. Nie tak, że to widać, więc sama nie zauważyłam – ale tak, że czuć, więc poczuł i pokazał mi mój mąż. On też codziennie udowadnia mi, że podobam mu się taka, jaka teraz jestem, a przez to pomaga mi poczuć się piękną na nowo.

Waga pokazała ostatnio 50 kg i przez parę dni martwiłam się, że lada moment zobaczę czwórkę z przodu. A potem pomyślałam, że, kurczę, jestem zdrowa, sprawna, atrakcyjna i naprawdę nie ma potrzeby robić dramatu wokół paru wystających żeber. Niech sobie wystają, do towarzystwa moim nowym mięśniom brzucha, nowej talii, a przede wszystkim – do towarzystwa mojej córce. Bo moje nowe ciało to część bycia mamą, naturalna tego konsekwencja. I nie jest to, jak sądzę, cena wygórowana.

Tak więc od dziś przestaję narzekać na figurę, uczę się zaś na nowo kochać widok w lustrze. Czego i Wam życzę :-)

Nieładnie

Chudnę. Nie jem. Nie bardzo mam czas szykować sobie posiłki. To znaczy jem śniadanie i obiadokolację, a pośrodku jakieś tam kawałki marchewki albo jabłka, które szykuję Lichu. Dawniej to by mi spokojnie wystarczyło, ale teraz nie wystarcza.

Raz na jakiś czas zauważam nowy szczegół w swoim wyglądzie: sterczące kości ramion, wystające biodra, coraz cieńsze ręce. Do kompletu brzuch, który nie doszedł do siebie, mięśniom przydałoby się sporo pracy, skórze także. 5 kg temu wyglądało to całkiem OK, ale gdy schudłam, już nie wygląda. I robi się tak, że nie lubię już przyglądać się sobie w lustrze. Bez lustra też nie bardzo.

Jeśli kusi Was, by skomentować, napiszcie po prostu, jak Waszym zdaniem mogę zadbać o dietę. Ograniczenia są takie: naprawdę całkiem nie mam czasu & nie mogę jeść w ciągu dnia nic, czego nie dałabym niemowlęciu (jogurty smakowe/z cukrem/z niewiadomoczym, przekąski, batony, bakalie, ciastka).

Jędrna pupa i grzeszne przyjemności

Nadal chodzę na aerobik. Nie spodziewaliście się tego, co? A jednak chodzę i czuję się coraz lepiej. Mam więcej energii i więcej siły. Jestem bardziej sprężysta. Zaczęły mi wychodzić ćwiczenia, których przedtem nie byłam w stanie zrobić. Ba, zdarzyło mi się nawet, że wyszłam z zajęć zupełnie nie zmęczona. Zaczęłam więc wykonywać ćwiczenia dokładniej. Po miesiącu całkiem przyjemnie patrzy się w lustro podczas ćwiczeń.

Kalorii nie liczę, wychodząc z założenia, że po paru tygodniach notowania wszystkiego, co jem, nabrałam już dobrych nawyków (które byłyby złymi nawykami, gdybym próbowała schudnąć, ale nie próbuję, jak wiadomo). Jednym z tych nawyków jest kupowanie jedzenia zawsze, gdy mi to choćby przejdzie przez myśl, i oczywiście konsumowanie go od razu. Śmiało poczynam sobie także z przekąskami (nigdy nie potrzebowałam szafki na przekąski, a teraz mam, co za rozpusta!) i z latte na spacerach, bo znów piję mleko, tym razem to już chyba na stałe. Latte z syropem ma dużo kalorii, a wszystko, co ma dużo kalorii, jest w mojej diecie bardzo mile widziane. Nie tyję, ale i nie chudnę, a to spory postęp. Pisząc to, pochłonęłam jakieś 100 g mieszanki studenckiej.

Jeśli chodzi o grzeszne przyjemności, to stałam się fanką internetowych zakupów. Nigdy nie rozumiałam, o co chodzi z tym kompulsywnym kupowaniem na Allegro; jest przecież tyle innych sposobów na odstresowanie się w WOLNYM CZASIE. Odkąd w zasadzie nie mam wolnego czasu (w dzień zajmuję się Lilą, wieczorem pracuję lub nadrabiam prace domowe, w nocy pracuję lub śpię), e-shopping jako sposób zrobienia czegoś miłego dla siebie stał mi się bliski. Staram się kupować rzeczy potrzebne i znajduję radość tam, gdzie nigdy bym się jej nie spodziewała. Ostatnio na przykład ogromnej przyjemności dostarczył mi nowy odkurzacz. Poważnie, do tej pory nie miałam pojęcia, co to jest porządnie odkurzone mieszkanie, bo maszyny miałam raczej z tych najtańszych. I że odkurzacz może szumieć, a nie ryczeć. Fantastyczna sprawa.

Tak więc mam zdrowo, kalorycznie, czysto (mniej więcej) i w dodatku jest lato. Kocham lato, w maju też. Kwitną jednocześnie bzy, kasztany, magnolie i forsycje. A ja chodzę wśród tych wszystkich wspaniałości na moje obowiązkowe spacerki z dzieckiem, popijam latte i opalam się na czekoladę :)

Słoma

Cain wyjechał służbowo i nie podpisał PIT-a.Ślę mu mms-y, które nie dochodzą i radzę sobie. Od dziś może być trudniej, bo dermatolog młodej również odradził mi mleko. A bez kawy z mlekiem nie ma dla mnie życia.

Prowadzę, a raczej prowadzimy z córką, intensywne życie, szczególnie rankami i wieczorami. Nadrabiamy leniwym siedzeniem w domu w środku dnia. Jutro jedziemy do miasta na K i będziemy imprezować. Trzymajcie kciuki za powodzenie misji.

Dbam o siebie

Doszłam do wniosku, że nie mogę być taka coraz słabsza i coraz szczuplejsza i trzeba się wziąć za siebie. Wyliczyłam sobie, że powinnam jeść 2500 kcal dziennie, zainstalowałam specjalny kalkulator w komórce i liczę. Nie jest łatwo. Primo, ja tyle nie jadam, nie jestem przyzwyczajona. I nie bardzo mam czas, zwłaszcza szykować, a gotowe często równa się mniej zdrowe, że o kosztach nie wspomnę. Koło 20.00 zwykle okazuje się, że brak mi jeszcze 700 kcal, czyli akurat tyle, o ile zwiększyło się moje zapotrzebowanie w związku z karmieniem Licha.
Secundo, w mojej aplikacji – a także na stronach internetowych – nie ma wielu rzeczy, które jem. Nic dziwnego; użytkownicy tego typu stron zwykle starają się schudnąć i nie jedzą napoleonek lub kurczaka w cieście.

Jednocześnie zaczęłam chodzić na aerobik, żeby nabrać trochę kondycji. Chodzę razem z Lichem, dzięki czemu mogę to robić dwa razy w tygodniu rano. Po pierwszych zajęciach kupiłam sobie spodnie do aerobiku i jestem szykowna. Na weekendy planuję samotny basen, a mam tu w okolicy taki słony, bez chloru. Kostium w drodze.

Po zakupach garderobianych widać, jaka ze mnie była sportowa dziewczyna. Miałam tylko ciuchy w góry (ale plecaka już nie). I efektowne bikini do świecenia brzuchem na plaży. Tymczasem wspomniany aerobik całkiem mi się spodobał. W życiu bym się tego po sobie nie spodziewała.

Po ponad tygodniu liczenia kalorii waga przestała spadać, a nawet jakby leciutko ruszyła w górę. Domyślam się, że na efekty ćwiczeń będę musiała czekać trochę dłużej, toteż trzymajcie kciuki za moją cierpliwość…

Ta okropna sól

Posiadam małżonka z nadciśnieniem. Wyszło to na jaw jakiś rok temu, więc pewnie mogłabym podciągnąć pod oszustwo matrymonialne i zażądać satysfakcji, ale, zamiast pójść na łatwiznę, postanowiłam nieść swój krzyż. We frazie „długo i szczęśliwie” interesują mnie obie części, zatem przedsięwzięliśmy plan, który ma na celu obniżenie ryzyka, ciśnienia i poziomu stresu. Najlepiej bez leków, tak więc na pierwszy ogień leci tryb życia i dieta.

Nie żremy jakoś strasznie tłusto i staropolsko. Niestety, w diecie nadciśnieniowca nie chodzi tylko o tłuszcz i cholesterol, ale głównie o sód. Czyli sól. Z solą jest tak, że ona jest WSZĘDZIE. Dzienna zalecana dawka dla dorosłego, zdrowego człowieka to 5 g, czyli jedna łyżeczka. Taka ilość soli jest w kajzerce. No, może dwóch. Najwięcej spożywamy jej właśnie w pieczywie i w wędlinach. Poza tym sól, dużo soli, jest w: serach (nie znalazłam w sklepie sera bez soli), konserwach (ryby, kukurydza, suszone pomidory, wszystko inne), maśle, sosach (majonez, keczup i cała reszta), mieszankach przypraw (od cholery) i tak dalej, i tak dalej. Wgłębiłam się w skład produktów, które wrzucam do koszyka podczas normalnych spożywczych zakupów i okazało się, że wszystkie są solone.

Długo się zastanawiałam, jak to zrobić, żeby wyeliminować cały ten solony syf. Bo nie solić w domu potraw to ja mogę, spoko. Ale co kupować? Co jeść na śniadanie, na przekąskę, na kolację? Dla utrudnienia na cenzurowanym są też czerwone mięsa, słodycze, mleko, biała mąka i tłuszcze. Tu bym się może nie zapędzała, oliwy z diety nie wyeliminuję, bo witaminy rozpuszczalne w tłuszczach też trzeba mieć w organizmie, ale już np.  zamiana tłustych serów na chude brzmi rozsądnie.

Pozbierałam wiedzę, pogadałam z ludźmi (na szczęście znam różnych nawiedzonych wariatów od jedzenia,tu wielki ukłon zwłaszcza w stronę Katii) i, mimo początkowego przerażenia, udało mi się chyba ogarnąć temat.

– Zamiast paskudnych, sklepowych wędlin mamy w lodówce pieczoną pierś kurczaka, a druga, zamrożona, czeka na swoją kolej.
– Wypróbowaliśmy domową pastę z suszonych pomidorów i drugą – jajeczną z awokado. W planach jajeczna bez awokado (nie zyskało aprobaty), domowy hummus, domowe pesto bez sera i różne eksperymenty. Pyszne, zdrowe i nie trzeba smarować masłem.
– Zamiast tłustego, żółtego sera – chudy twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką. Mniam.
– Chleb orkiszowy, razowy, żytni – ze sklepu, ale tymczasowo, bo zamierzam pozyskać maszynę do pieczenia i robić chleb w domu, mniej słony.
– Majonezy, puszki – won.
– Oczyszczana mąka pszenna też won, przerzucamy się na razową. Można z niej zrobić np. placki z jabłkami i jeść zamiast kanapek. Makaron też wprowadzamy razowy (to akurat boli bardziej mnie, bo nie przepadam, ale też nie powinnam jeść białej mąki, więc zamierzam się przyzwyczajać).
– Zamówiłam niezbędne ingrediencje i będę robić domowy ser! :)
– Owsianka nie przeszła. Cóż.

Generalnie więc nie jest tak źle, jak się zdawało na początku (bułeczek nie można? mielonki? serka?! ło Jezu, co to będzie!). I roboty też nawet nie tak wiele – przygotować parę rzeczy na zapas, coś zamrozić, coś zamknąć w słoiku, coś zmieszać na bieżąco. I nowe smaki w diecie, a to zawsze miłe.

Jeśli ktoś z Was ma doświadczenia z dietą niskosodową, to chętnie posłucham. Sama też będę raportować, jak to wychodzi i czy bardzo trudno się przyzwyczaić. Wiadomo, że nie będziemy oboje jeść tak całkiem tego samego, bo ja wkrótce będę matką karmiącą i pewnie będę miała inne zapotrzebowania, niż wysokociśnieniowiec – zwłaszcza, że ja akurat mam z natury ciśnienie bardzo niskie. Ale mniejsza ilość soli mi też na pewno nie zaszkodzi :)