Archiwa kategorii: hobby

Trzeba się rozwijać

Mam takie zrywy czasem, szczególnie, gdy trochę odpocznę. Że będę robić makijaż. Że codziennie rano założę soczewki zamiast okularów. Że zaczniemy sprzątać na bieżąco. Życie z dwójką maluchów weryfikuje mnie zwykle w kilka godzin. Albo może mam dziwne priorytety (jeść, sikać i żeby nie płakały).

W międzyczasie nakurwiam samorozwój tutaj i tutaj (fajne rzeczy, przyjdź, Warszawo).

Zapach, smak

Od wielu lat marzyłam o ogródku ziołowym w kuchni. Najpierw moja kuchnia nie miała okna, potem jakoś były wydatki ważniejsze, niż doniczki i roślinki, potem nie miałam czasu lub ogarniał mnie leń.

Aż wreszcie mam. Taki, jak sobie wymarzyłam. Jest w nim mięta, bazylia, oregano, tymianek, rozmaryn i majeranek. Pachną jak szalone. I ja pachnę, mimo że przesadzałam je w rękawiczkach i fartuszku. Nawet moja córka ma na brodzie trochę ziemi.

A z dwóch kolejnych krzaczków bazylii zrobię dziś pyszne pesto.

image

Ślązaki to fajne chłopaki

Na trzydzieste urodziny (czyli w zeszłym roku) dostałam między innymi taki prezent:


W pudełku jest bilet i katalog usług. Zajarałam się jak flota Stannisa. Rany, tyle możliwości! Po przejrzeniu katalogu okazało się, że wybór wcale nie jest trudny. Większość atrakcji to quady, paintball lub strzelnica – w różnych tylko miejscach i opcjach. Średnio mnie to interesowało. Są też skoki na bungee, kula, do której się wchodzi, a następnie toczy (brr), nauka nurkowania i… właśnie. Sporty powietrzne. Wróciło dziecięce marzenie o locie szybowcem. Katalog zawierał jedną taką ofertę, więc poczekałam do kwietnia i zaczęłam załatwiać.

Napisałam maila do firmy. Odpisała mi jakaś zupełnie niezorientowana pani i po ciężkiej dyskusji ustaliła, że mam wysłać jej bilet pocztą, ale nie wiadomo, kiedy będzie można go zrealizować, bo jeszcze nie otworzyli sezonu. Tymczasem nadszedł czwarty miesiąc ciąży (zbliżał się już czerwiec, nim coś ustaliłyśmy) i zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle mnie do tego szybowca wpuszczą, zwłaszcza, że chyba trzeba zapiąć jakieś pasy. Mój Vivabox ważny był do 30 czerwca 2013, więc postanowiłam przełożyć całą sprawę na ten rok. I co? I w tym roku doczytałam takie małe literki, które mówią, że obowiązuje katalog ze strony internetowej. A tam, jak się okazało, wcale szybowca już nie było. Były za to motoparalotnie i sedno tej notki – paralotnia. O tu konkretnie.

Początki nie były łatwe, bo też zaczęłam od maila, na którego nikt nie odpisał. Potem kilka razy dzwoniłam, ale nikt nie odbierał. Wreszcie wysłałam SMS-a i Andrzej oddzwonił – sprytnie dzwoniłam zawsze w godzinach lotów, nic dziwnego, że bezskutecznie. Ustaliliśmy termin i zaczęłam planować rodzinną wycieczkę do Gliwic. W międzyczasie okazało się, że z dojazdem jest ciężko i że cała ta impreza razem z noclegiem zaczyna nas kosztować trochę więcej, niż planowaliśmy. Na dodatek Licho było akurat trochę chore. Szczęśliwie okazało się, że pogoda nie sprzyja lotom i przełożyliśmy wszystko na kolejny tydzień, po drodze rewidując plany. Usadziłam Caina z dzieckiem i pojechałam sama.

Sama! Bez dziecka, bez ciągle napiętej uwagi, laba, wakacje, matka na gigancie! Gdy już zwalczyłam lęk separacyjny, znalazłam się samotnie w obcym mieście, obcej restauracji (polecam filię w Gliwicach) przy posiłku, jakiego wcześniej nie jadłam, z zapasem czasu, nie znająca okolicy, błądząca w poszukiwaniu autobusów. Boże, ależ mi było dobrze. W końcu trafiłam na lotnisko i poznałam Andrzeja i Sobka. Bilet przywiozłam ze sobą, wypełniłam pożyczonym długopisem i zostawiłam na miejscu. Lot trwał – bo ja wiem, około pół godziny i wbrew moim oczekiwaniom nie był to lot z wyciągarką, tylko z takim silniczkiem na plecach. Instruktor steruje, ty lecisz z przodu i PATRZYSZ.

Mówiono mi, że paralotniarze to fajne chłopaki i nie przesadzano ani odrobinę. Dawno nie widziałam tak wyluzowanego towarzystwa. Żarty sypały się gęsto, zwłaszcza, że czekaliśmy, aż wiatr trochę osłabnie (jestem za lekka, żeby latać przy silnym wietrze) i pogadaliśmy sobie, siedząc na pasie startowym, obserwując awionetki i machając do helikoptera. Po czym wybiła godzina zero. Oczywiście nie ubrałam się odpowiednio, wyprosiłam więc kombinezon, wpięto mnie gdzie trzeba, poinstruowano i zanim się zorientowałam, byłam w powietrzu. Nawet nie zdążyłam się zestresować. A potem już nie było czasu na stres, gdyż trzeba się było zachwycać.

Bycie w powietrzu jest jak… Nie, nie da się tego do niczego porównać, po prostu latasz. Lecisz. Unosisz się i widzisz wszystko z góry, bardzo, bardzo wyraźnie (pogoda sprzyjała). Drzewa, domy, pola, ludzi, zające. Śmietnik (dzięki, Sobek, to była przygoda mojego życia, a Ty mi pokazałeś śmietnik, zapamiętam to na zawsze!). Lecisz prosto w zachód słońca i w ogóle. Tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć. Zrobiłam kilka zdjęć, ale one nic nie oddają. Zresztą zapomniałam aparatu i miałam tylko komórkę bez sznurka, szybko więc ją schowałam i zajęłam się rozkoszowaniem.

Po czym (właściwie to przed czym) okazało się, że nie mam czym wrócić. Byłam umówiona z gościem z carpooling.pl, ale coś mu nie wyszło i stanęłam wobec perspektywy czekania na pociąg do 1.00 i powrotu co najmniej pięć godzin później, niż planowałam, gdy tymczasem ze względu na Licho musiałam być wcześniej. I co, co zrobili kochani chłopcy* z lotniska? No więc Andrzej zadzwonił po Szwagra do towarzystwa i obiecał zabrać mnie do Katowic, skąd przed północą startował bus do Warszawy. Zabrać na motocyklu. Wow.

Czy się zgodziłam, żeby dwóch obcych facetów wiozło mnie na motorach z jednego obcego miasta do drugiego? No helou, znacie mnie. Jasne że tak. Pojechaliśmy więc samochodem pod garaż, a zanim z niego wyszłam ubrana w pożyczoną skórę, obok zatrzymał się Szwagier i, zdejmując kask, spytał:
– No, gdzie ten towar?
– Tutaj – powiedziałam, rozbawiona, i z satysfakcją stwierdzam, że od lat nie widziałam takiej zmieszanej miny. Pozdro, Mirku, musiałam to opowiedzieć.

A potem pojechaliśmy i już wiem, dlaczego lepiej być kierowcą niż pasażerem, a także dlaczego, jadąc we dwoje, nie powinno się przekraczać pewnej prędkości. Myślałam, że mi głowa odpadnie, omal nie zgniotłam Andrzeja, kurczowo się go trzymając i przy hamowaniu notorycznie stukałam kaskiem w jego kask. Strzelam, że miał w życiu wygodniejsze pasażerki. Ale było bosko, druga przygoda życia tego samego dnia, bo nigdy wcześniej nie jeździłam (mama mnie zabije). Czułam się trochę jak mała dziewczynka: trzeba schować się za plecami kierowcy, trzymać się go i ufać, że wie, co robi. Niestety nie mam zdjęcia na motorze, ciemno już było, a mi padała komórka. Na koniec poszliśmy na kolację, którą panowie chcieli mi postawić, ale się wybroniłam. Bez przesady, tyle dobra i jeszcze chcą mi stawiać jedzenie! Przed północą, jak Kopciuszka, odprowadzono mnie do autobusu, w którym prawie natychmiast zasnęłam.

Było BOSKO. Po pierwsze – pierwszy lot (czuję, że nie ostatni), WOW, coś niesamowitego. Po drugie – przejażdżka, która zdecydowanie dodała temu wyjazdowi adrenaliny. Po trzecie – samotna podróż, uwielbiam. I po czwarte całkowity reset mózgu, upragniona odskocznia, i to zupełnie inna, niż zazwyczaj.

Na deser macie zdjęcia i kilka dialogów:

– Jaki mamy plan? Bo ja to bym chętnie znalazła jakąś łazienkę.
– Całe lotnisko masz, idź tam w trawę. Nauczyć cię, co masz tam robić?
(Następuje pięć minut męskich żartów o trawie, potrzebach fizjologicznych i pokazywaniu, których wysłuchuję cierpliwie, kończąc bezpośrednią informacją, że mój problem dotyczy nadmiarów mleka. Z przyjemnością odnotowałam, że nikogo to nie speszyło, a nawet udostępniono mi samochód w ramach ustronnego miejsca.)

– Pani przyjechała aż z Warszawy, żeby ją przelecieć.
– To w Warszawie nie przelatują?
– Cóż, wie pan, przyjechałam do najlepszych.

– Wie pani, że jak nie przestanie tak wiać, to będziemy musieli panią wszyscy trzej przelecieć?
– Jak mus to mus. Ale zmieścimy się w czasie trwania usługi?

– Tak słucham tych twoich anegdot i wiem, że jutro usiądziesz z jakimiś ludźmi i powiesz: „Słuchajcie, jaką wczoraj miałem klientkę!”
– No i? Sprawiedliwie. Ty wyjeżdżasz z historią na bloga, my zostajemy z historią o klientce.

Sprawiedliwie, to prawda :)


*) mniejsza o metrykę!

1010258_663361470343951_1972543072_n

1010917_663363770343721_324658044_n

1012111_663362183677213_1981468115_n

954839_663361970343901_1020708706_n

969954_663363470343751_1275951810_n

988627_663363190343779_2014523599_n

1017491_663362380343860_1055430501_n

Marta, Ula, Darek, Vieta – DZIĘKI, jesteście najlepsi! <3

Jeszcze raz link do strony Andrzeja. Polecam z zastrzeżeniem, że to kompletni wariaci!

Nie umiem pisać książek

Nie umiem pisać książek, ale umiem pisać notki. Dlatego, aby zmotywować się do napisania tego, co chodzi mi po głowie od lat (serio), założyłam sobie kolejnego bloga. To będzie chyba siódmy z tych aktywnych, zarzuconych nie liczę ;)

Plan jest taki, że będę pisać codziennie i do końca roku będę miała całość. Dlaczego do końca roku? Bo od stycznia wracam do pracy. Dlaczego może się nie udać? Bo w domu też pracuję i może się zdarzyć, że pisząc za pieniądze, nie znajdę czasu, by pisać dla siebie. Lajf. Ale trzymajcie kciuki, a jeśli kto ciekawy, to zapraszam:

Czyżykowo – historia rodzinna.

Fajna polszczyzna

Przez tydzień, od środy do środy, robiłam pewne ćwiczenie językowe. Polegało na tym, by nie używać żargonu, a jedynie czystej polszczyzny. Żadnego „urwało mi od internetu” lub „nie jarają mnie już deadline’y”. Bez „fajnie” i „generalnie”. Tylko język literacki.

Czy mi się udało? Tak i nie. Nie – bo okazało się, że niezwykle trudno mi unikać różnego rodzaju slangu. Życie w internecie ma swoją cenę ;) Najtrudniej jednak było nie z żargonem internautów, tylko ze słówkiem: „spoko”. Nie miałam pojęcia, że tak do niego przywykłam!

Tak – bo zarówno podczas trwania ćwiczenia, jak i potem, zwracałam i wciąż zwracam uwagę na swój język. To znaczy: bardziej niż dotąd. Zastanowiłam się nad kilkoma synonimami, wysławiam się staranniej i przynajmniej przez parę dni nie przeklinałam bez potrzeby (to znaczy, że zrobiłam to raz).

Bardzo polecam takie ćwiczenie każdemu, kto czuje, że jego język może być zaśmiecony. A teraz moje ulubione zadanie polonistyczne. Jaki jest synonim słowa: „fajny”? :)

Pociąg wiezie mnie w nowy niepokój

Czy już mówiłam, że kocham wyjeżdżać? Mówiłam, ale nie rozumiecie. Gdyby mi powiedziano, że już nigdy nigdzie nie pojadę, zaczęłabym się rozglądać za sznurem i hakiem. Jeśli ktoś koniecznie chciałby mnie poderwać, niech po prostu wsadzi mnie w jakiś środek lokomocji i gdzieś zawiezie. 8 punktów na 10 gwarantowane od razu.

Jeśli dacie mi do wyboru całe życie w jednym miejscu u boku mężczyzny, o którym marzę i samotne życie pełne wycieczek, wybiorę to drugie. („Gonią cię Niemcy z wilkami, co robisz?” Wyjeżdżam.) Jeśli zamkniecie granice miasta, umrę. Wierzę w to.

Wyjazdy są konieczne, żeby oddychać. To nie muszą zawsze być góry, choć je kocham najbardziej. Ważny jest ruch, zmiana miejsca, ważna jest ucieczka, samotność, a także to, że w podróży skupiam się na zupełnie innych, bardziej elementarnych sprawach. Ważne są nowe widoki, inne powietrze, twarze, budynki, panoramy.

Wyjazdy są konieczne także dlatego, że w końcu się wraca.

Ale to już zupełnie inna historia.

Może przestanę gubić kolczyki

Moja kolekcja kolczyków liczy ponad 80 par i o dziwo szybciej ich przybywa, niż ubywa. Ale ubywa też dość szybko, bo strasznie je gubię. To prawdziwa zmora, bo potrafię posiać ukochane egzemplarze w najdziwniejszych okolicznościach. Najbardziej zimą, kiedy człowiek bez przerwy zakłada i zdejmuje szalik, czapkę, golf, i te kolczyki mają sto okazji, żeby wypaść. W efekcie zimą ograniczam się – z wielkim żalem – do tych, które są zapinane i nie mają zwyczaju się odpinać, ale mam ich niewiele i cierpię.

Pozostałe staram się zapina gumowymi zatyczkami, ale to nie zawsze pomaga,  można zgubić i zatyczkę, i kolczyk. Poza tym nie zawsze pamiętam i z tego powodu niedawno zgubiłam kolczyk z kotkiem, otrzymany zaledwie tego popołudnia od Izu. Prawdopodobnie, jak ostatnia kretynka, wytarłam go w kurtkę mojego towarzysza (nigdy więcej przytulania w nocnym autobusie). Strasznie się sama na siebie rozzłościłam i postanowiłam, że KONIEC. Następnego dnia Kain na moją prośbę kupił na Allegro zatyczki do kolczyków. 9 opakowań, w sumie na 225 par. Nie sądzę, żebym kiedyś miała aż tyle, ale pasowało mu do równego rachunku ;-)

Dziś przyszły i nanizałam po jednej zatyczce na każdy posiadany kolczyk. Żadnego więcej nerwowego przekładania tuz przed wyjściem z jednej pary na drugą, zapominania albo machania ręką, że już nie mam czasu i może nie zgubię! Teraz każda para kolczyków zaopatrzona jest w gumowe zabezpieczenie, które wprawdzie nie chroni w stu procentach, ale jednak znacznie zmniejsza ryzyko wpadki. Znaczy wypadki.

Czego i Wam życzę.

Dobrzy ludzie

…czy ktoś z Was umie śpiewać? Ale tak profesjonalnie? Sprawa jest taka, że bardzo chcę do lutego się podszkolić. Jak mi to wychodzi teraz, można usłyszeć tutaj. Ponieważ nie poprzestajemy z Jankiem na tej jednej piosence i pracujemy dalej, a ja chciałabym móc je zaśpiewać sama – nie ma rady, potrzebuję lekcji. Niestety nie stać mnie w tej chwili na nauczyciela śpiewu, więc pomyślałam, że może ktoś ze śpiewających znajomych pomoże? Nie chcę za darmo, Boże broń, mam różne skile i któryś się na pewno przyda. Mogę w zamian zaopiekować się dziecięciem, napisać dowolny tekst, wymasować plecy lub stopy, ugotować dobry obiad, zrobić najlepsze tiramisu na świecie… i tak dalej, i tak dalej.

Więc jeśli ktoś z Was umie, chce i może, dajcie znać, przy odrobinie szczęścia dokonamy satysfakcjonującej obie strony wymiany usług. Hm?

Łańcuszek

Jenny zaprosiła mnie do zabawy w „co lubię”. To miły blogerski łańcuszek, który skłania do pomyślenia o rzeczach ciepłych i przyjemnych.
Poniżej 10 pierwszych, które przychodzą mi do głowy. Kolejność przypadkowa.

1. Całować się.
2. Czytać książki.
3. Pisać. Sama czynność sprawia mi ogromną, wręcz fizyczną przyjemność.
4. Góry. To miejsce, w którym krzyczę z czystego zachwytu.
5. Drogą prostych skojarzeń: seks. Co tu kryć.
6. Spotykać się ze starymi przyjaciółmi i przypominać sobie, jak nam się dobrze rozmawia.
7. Zapach pomarańczy.
8. Wstawać późno, nie spieszyć się, spokojnie planować dzień.
9. Poznawać ludzi.
10. Podróżować.

Jenny, ile z tego obstawiałaś? ;)

Do zabawy zapraszam Królową Nocy, a Was pragnę przy okazji skierować na bloga osoby, od której, przynajmniej dla mnie, gra się zaczęła: Raj Lal.

Kolczyki z kotami

Ponieważ wpis będzie dokładnie o tym, co w tytule, osoby nie zainteresowane kolczykami niech się czują ostrzeżone. Jeszcze można zamknąć stronę.

Kolczyki to mój mały pierdolec. Kupuję je gdzie popadnie i staram się pamiętać, skąd mam którą parę. W ten sposób moja korkowa tablica z kolczykami zawiera ponad 50 historii, które przypominam sobie, kiedy wybieram biżuterię odpowiednią na dany dzień. Oczywiście są kolczyki, które noszę często i takie, które trochę dyskryminuję – ale historie są równe.

Te z kotami stanowią crème de la crème, ulubioną, osobną kategorię. Na razie niezbyt liczną, ale tym bardziej cenną ;)

Drewniane koty dostałam od Agnieszki, z którą kiedyś pracowałam. Wzruszyły mnie, bo nie spodziewałam się prezentu, a także dlatego, że ogromnie mi się spodobały. Jeden z nich zaginął pewnego miłego wieczoru w „Bla-Bla” i od tego czasu drugi wisi na kołeczku dla samotnych kolczyków. Z Agnieszką nie utrzymujemy regularnego kontaktu, ale wciąż bardzo ją lubię :)

Metalowe kolczyki z kotem na kominie przywiozła mi Izu z Czech, z pewnego sklepu w Pradze, który jest rajem dla kolczykowych wariatek, choć zarazem piekiełkiem dla portfeli. Izu, Praha, kolczyki i koty – czego chcieć więcej? :)

Czerwone kotki kupiłam w Krakowie, w mojej ulubionej bramie na Floriańskiej. Musze się przyznać, że nie pamiętam, za którą wizytą i w czyim – jeśli czyimkolwiek – towarzystwie.

Turkusowe za to pamiętam doskonale. Kupiłam je w maju, zaraz po odprowadzeniu na pociąg Fileta, która podobne – tylko czarne – miała w uszach. Kiedy we wspomnianej bramie zobaczyłam te, nie wahałam się długo, choć A. namawiał mnie na wielkie, żółte słoneczniki.

Te zaś zrobiła dla mnie Bluszczyk, stawiając mnie trochę przed faktem dokonanym: „-Zobacz, jakie mam dla Ciebie kolczyki.” „-Biorę!” Bluszczyk robi dużo różnych cudeniek i za każdym razem, kiedy się spotykamy i ma je przy sobie, coś mi przypada do gustu i zmienia właściciela. Zwłaszcza te kotki i jeszcze jedne kolczyki z dzwoneczkami przypominają mi o niej regularnie.

Białe koty na czarnym tle dostałam od Josha. Od dawna wiedział, że chcę takie, wytropił je i przyniósł mi pewnego dnia. Nosze je często, choć pewnie jesień i zimę spędzą na ścianie, bo źle znoszą wilgoć.

Kolczyki z Chat Noir kupiłam zaś na zeszłorocznym Woodstocku w miejsce nabytych poprzedniego dnia i natychmiast zgubionych (też z kotem, czarnym na białym tle). Zaopatrzyłam się tam również w skórzaną torbę z tym samym motywem. W torbie zepsuło się zapięcie, ale kolczyki są szklane, bardzo trwałe i  na pewno jeszcze długo mi posłużą. O ile nie zgubię ;)