Archiwa kategorii: imprezy

Ślązaki to fajne chłopaki

Na trzydzieste urodziny (czyli w zeszłym roku) dostałam między innymi taki prezent:


W pudełku jest bilet i katalog usług. Zajarałam się jak flota Stannisa. Rany, tyle możliwości! Po przejrzeniu katalogu okazało się, że wybór wcale nie jest trudny. Większość atrakcji to quady, paintball lub strzelnica – w różnych tylko miejscach i opcjach. Średnio mnie to interesowało. Są też skoki na bungee, kula, do której się wchodzi, a następnie toczy (brr), nauka nurkowania i… właśnie. Sporty powietrzne. Wróciło dziecięce marzenie o locie szybowcem. Katalog zawierał jedną taką ofertę, więc poczekałam do kwietnia i zaczęłam załatwiać.

Napisałam maila do firmy. Odpisała mi jakaś zupełnie niezorientowana pani i po ciężkiej dyskusji ustaliła, że mam wysłać jej bilet pocztą, ale nie wiadomo, kiedy będzie można go zrealizować, bo jeszcze nie otworzyli sezonu. Tymczasem nadszedł czwarty miesiąc ciąży (zbliżał się już czerwiec, nim coś ustaliłyśmy) i zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle mnie do tego szybowca wpuszczą, zwłaszcza, że chyba trzeba zapiąć jakieś pasy. Mój Vivabox ważny był do 30 czerwca 2013, więc postanowiłam przełożyć całą sprawę na ten rok. I co? I w tym roku doczytałam takie małe literki, które mówią, że obowiązuje katalog ze strony internetowej. A tam, jak się okazało, wcale szybowca już nie było. Były za to motoparalotnie i sedno tej notki – paralotnia. O tu konkretnie.

Początki nie były łatwe, bo też zaczęłam od maila, na którego nikt nie odpisał. Potem kilka razy dzwoniłam, ale nikt nie odbierał. Wreszcie wysłałam SMS-a i Andrzej oddzwonił – sprytnie dzwoniłam zawsze w godzinach lotów, nic dziwnego, że bezskutecznie. Ustaliliśmy termin i zaczęłam planować rodzinną wycieczkę do Gliwic. W międzyczasie okazało się, że z dojazdem jest ciężko i że cała ta impreza razem z noclegiem zaczyna nas kosztować trochę więcej, niż planowaliśmy. Na dodatek Licho było akurat trochę chore. Szczęśliwie okazało się, że pogoda nie sprzyja lotom i przełożyliśmy wszystko na kolejny tydzień, po drodze rewidując plany. Usadziłam Caina z dzieckiem i pojechałam sama.

Sama! Bez dziecka, bez ciągle napiętej uwagi, laba, wakacje, matka na gigancie! Gdy już zwalczyłam lęk separacyjny, znalazłam się samotnie w obcym mieście, obcej restauracji (polecam filię w Gliwicach) przy posiłku, jakiego wcześniej nie jadłam, z zapasem czasu, nie znająca okolicy, błądząca w poszukiwaniu autobusów. Boże, ależ mi było dobrze. W końcu trafiłam na lotnisko i poznałam Andrzeja i Sobka. Bilet przywiozłam ze sobą, wypełniłam pożyczonym długopisem i zostawiłam na miejscu. Lot trwał – bo ja wiem, około pół godziny i wbrew moim oczekiwaniom nie był to lot z wyciągarką, tylko z takim silniczkiem na plecach. Instruktor steruje, ty lecisz z przodu i PATRZYSZ.

Mówiono mi, że paralotniarze to fajne chłopaki i nie przesadzano ani odrobinę. Dawno nie widziałam tak wyluzowanego towarzystwa. Żarty sypały się gęsto, zwłaszcza, że czekaliśmy, aż wiatr trochę osłabnie (jestem za lekka, żeby latać przy silnym wietrze) i pogadaliśmy sobie, siedząc na pasie startowym, obserwując awionetki i machając do helikoptera. Po czym wybiła godzina zero. Oczywiście nie ubrałam się odpowiednio, wyprosiłam więc kombinezon, wpięto mnie gdzie trzeba, poinstruowano i zanim się zorientowałam, byłam w powietrzu. Nawet nie zdążyłam się zestresować. A potem już nie było czasu na stres, gdyż trzeba się było zachwycać.

Bycie w powietrzu jest jak… Nie, nie da się tego do niczego porównać, po prostu latasz. Lecisz. Unosisz się i widzisz wszystko z góry, bardzo, bardzo wyraźnie (pogoda sprzyjała). Drzewa, domy, pola, ludzi, zające. Śmietnik (dzięki, Sobek, to była przygoda mojego życia, a Ty mi pokazałeś śmietnik, zapamiętam to na zawsze!). Lecisz prosto w zachód słońca i w ogóle. Tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć. Zrobiłam kilka zdjęć, ale one nic nie oddają. Zresztą zapomniałam aparatu i miałam tylko komórkę bez sznurka, szybko więc ją schowałam i zajęłam się rozkoszowaniem.

Po czym (właściwie to przed czym) okazało się, że nie mam czym wrócić. Byłam umówiona z gościem z carpooling.pl, ale coś mu nie wyszło i stanęłam wobec perspektywy czekania na pociąg do 1.00 i powrotu co najmniej pięć godzin później, niż planowałam, gdy tymczasem ze względu na Licho musiałam być wcześniej. I co, co zrobili kochani chłopcy* z lotniska? No więc Andrzej zadzwonił po Szwagra do towarzystwa i obiecał zabrać mnie do Katowic, skąd przed północą startował bus do Warszawy. Zabrać na motocyklu. Wow.

Czy się zgodziłam, żeby dwóch obcych facetów wiozło mnie na motorach z jednego obcego miasta do drugiego? No helou, znacie mnie. Jasne że tak. Pojechaliśmy więc samochodem pod garaż, a zanim z niego wyszłam ubrana w pożyczoną skórę, obok zatrzymał się Szwagier i, zdejmując kask, spytał:
– No, gdzie ten towar?
– Tutaj – powiedziałam, rozbawiona, i z satysfakcją stwierdzam, że od lat nie widziałam takiej zmieszanej miny. Pozdro, Mirku, musiałam to opowiedzieć.

A potem pojechaliśmy i już wiem, dlaczego lepiej być kierowcą niż pasażerem, a także dlaczego, jadąc we dwoje, nie powinno się przekraczać pewnej prędkości. Myślałam, że mi głowa odpadnie, omal nie zgniotłam Andrzeja, kurczowo się go trzymając i przy hamowaniu notorycznie stukałam kaskiem w jego kask. Strzelam, że miał w życiu wygodniejsze pasażerki. Ale było bosko, druga przygoda życia tego samego dnia, bo nigdy wcześniej nie jeździłam (mama mnie zabije). Czułam się trochę jak mała dziewczynka: trzeba schować się za plecami kierowcy, trzymać się go i ufać, że wie, co robi. Niestety nie mam zdjęcia na motorze, ciemno już było, a mi padała komórka. Na koniec poszliśmy na kolację, którą panowie chcieli mi postawić, ale się wybroniłam. Bez przesady, tyle dobra i jeszcze chcą mi stawiać jedzenie! Przed północą, jak Kopciuszka, odprowadzono mnie do autobusu, w którym prawie natychmiast zasnęłam.

Było BOSKO. Po pierwsze – pierwszy lot (czuję, że nie ostatni), WOW, coś niesamowitego. Po drugie – przejażdżka, która zdecydowanie dodała temu wyjazdowi adrenaliny. Po trzecie – samotna podróż, uwielbiam. I po czwarte całkowity reset mózgu, upragniona odskocznia, i to zupełnie inna, niż zazwyczaj.

Na deser macie zdjęcia i kilka dialogów:

– Jaki mamy plan? Bo ja to bym chętnie znalazła jakąś łazienkę.
– Całe lotnisko masz, idź tam w trawę. Nauczyć cię, co masz tam robić?
(Następuje pięć minut męskich żartów o trawie, potrzebach fizjologicznych i pokazywaniu, których wysłuchuję cierpliwie, kończąc bezpośrednią informacją, że mój problem dotyczy nadmiarów mleka. Z przyjemnością odnotowałam, że nikogo to nie speszyło, a nawet udostępniono mi samochód w ramach ustronnego miejsca.)

– Pani przyjechała aż z Warszawy, żeby ją przelecieć.
– To w Warszawie nie przelatują?
– Cóż, wie pan, przyjechałam do najlepszych.

– Wie pani, że jak nie przestanie tak wiać, to będziemy musieli panią wszyscy trzej przelecieć?
– Jak mus to mus. Ale zmieścimy się w czasie trwania usługi?

– Tak słucham tych twoich anegdot i wiem, że jutro usiądziesz z jakimiś ludźmi i powiesz: „Słuchajcie, jaką wczoraj miałem klientkę!”
– No i? Sprawiedliwie. Ty wyjeżdżasz z historią na bloga, my zostajemy z historią o klientce.

Sprawiedliwie, to prawda :)


*) mniejsza o metrykę!

1010258_663361470343951_1972543072_n

1010917_663363770343721_324658044_n

1012111_663362183677213_1981468115_n

954839_663361970343901_1020708706_n

969954_663363470343751_1275951810_n

988627_663363190343779_2014523599_n

1017491_663362380343860_1055430501_n

Marta, Ula, Darek, Vieta – DZIĘKI, jesteście najlepsi! <3

Jeszcze raz link do strony Andrzeja. Polecam z zastrzeżeniem, że to kompletni wariaci!

Słoma

Cain wyjechał służbowo i nie podpisał PIT-a.Ślę mu mms-y, które nie dochodzą i radzę sobie. Od dziś może być trudniej, bo dermatolog młodej również odradził mi mleko. A bez kawy z mlekiem nie ma dla mnie życia.

Prowadzę, a raczej prowadzimy z córką, intensywne życie, szczególnie rankami i wieczorami. Nadrabiamy leniwym siedzeniem w domu w środku dnia. Jutro jedziemy do miasta na K i będziemy imprezować. Trzymajcie kciuki za powodzenie misji.

…i realizacje

No więc poszłam w tango, bo akurat nadarzyła się okazja, złoiłam się winem (białym), poprawiłam piwem, mówiłam za dużo, śmiałam się i prawdopodobnie skompromitowałam w obecności ludzi z pracy, ale co tam, nie takie rzeczy. Zresztą były tylko trzy osoby, z czego jedna właśnie odchodzi, stąd spotkanie (reszta niech żałuje!). Wróciłam wcześnie, ale za to nastukana jak dzięcioł. W domu okazało się, że Cain zrzucił sobie nóż na stopę i teraz ma kuku. Tak więc weekend spędzamy raczej stacjonarnie – on siedzi z dzieckiem, a ja latam ze ścierką, odkurzaczem, mąką i drożdżami, obiadem itd.

Natomiast kaca miałam w sobotę takiego, jak już dawno (rok z hakiem) i chyba wcale nie chcę tego powtarzać. A gdyby tak już zawsze pić z umiarem?

Miała przyjść dzisiaj moja ulubiona fryzjerka, ale się rozchorowała. A mogłam już dziś być ruda! Kocham blond, ale pożądam zmian oraz nutki szaleństwa.

Nowy, szczęśliwy

Sylwestra spędziliśmy w domu, bo córka jeszcze za młoda na huczne imprezy. W ostatniej chwili zaprosiliśmy kilkoro znajomych, którzy nie mieli innych planów, ale ostatecznie wyszło tak, że byliśmy tylko we trójkę. Młoda przespała wszystkie hałasy (nie wiem, jak jej się to udało), a my tuż po północy otworzyliśmy bezalkoholowego szampana i wyszliśmy na balkon oglądać fajerwerki.

I w tym momencie poczułam nastrój Nowego Roku. Ludzie na ulicy krzyczeli z radości, niebo było jasne od kolorowych pióropuszy, z niektórych balkonów puszczano lampiony. Mieliśmy doskonały widok na ulicę w perspektywie i na fajerwerki puszczane na całej jej długości (na południu, bo na północy ulica nieco zakręca). Pięknie, głośno, kolorowo i wesoło. W tym wszystkim my, z naszymi dwoma kieliszkami, telefonem przy uchu (robił za elektroniczną nianię) i zimnymi ogniami. I z poczuciem, że miniony rok był wspaniały. Pełen sukcesów, dobrych ludzi, miłych niespodzianek, zrealizowanych planów i miłości w ilościach przerastających nawet mnie ;) Dobrze zaczęty i dobrze skończony.

Życzę Wam, żeby 2013 był dla Was co najmniej taki, jak dla mnie 2012. Sobie też tego życzę.

Ten straszny Woodstock

Przeczytałam dziś artykulik w Rzepie, który mnie zdenerwował, bo nie lubię, jak ludzie piszą o tym, czego nigdy na oczy nie widzieli (albo tylko przez chwilę) i przedstawiają fakty bez kontekstu. Przykład faktu bez kontekstu: Pan Wybranowski pisze, iż podczas festiwalu odnotowano „około 51 kradzieży” (ciekawe to „około”, swoją drogą). Pisze też, że przez pole przewinęło się 350 tys. osób (słyszałam gdzieś o 600 tysiącach, ale ok). Teraz zastanówmy się, ile kradzieży jest w ciągu 3 dni na przykład w Bydgoszczy (nieco ponad 350 tys. mieszkańców) – nie chce mi się sprawdzać, ale obstawiam, że TROCHĘ więcej.

Jak to więc jest z tym Woodstockiem? Samo zło, narkotyki, satanistyczna muzyka, pijane siedemnastolatki i deficyt prezerwatyw? Kałuże błota i ścieków (sic!), o których pisze pan Wybranowski, a w nich odurzone marihuaną nieletnie dzieciaki uprawiające seks w rytm ostrej muzyki? Miałoby to w sobie wiele z nostalgii za latami 70. i epoką wolnej miłości, ale niestety. Prawda jest dużo nudniejsza.

Przystanek Woodstock to przede wszystkim ludzie. Bardzo dużo ludzi w jednym miejscu, od kilkuletnich brzdąców po wiek średni. Są rodziny z dziećmi, są rodzice dzieci już dorosłych, jest młodzież szkolna, studenci i pracujący ludzie po 30 (żeby daleko nie szukać, prawda). Są najprawdziwsze, ekstremalne punki, są podstarzali hipisi, są motocykliści, księża, działacze społeczni, artyści najrozmaitszej maści, turyści z Niemiec i spacerujące z torebeczkami stateczne panie z Kostrzyna. Młodych widzi się chyba najwięcej, co nie dziwi, bo trzeba mieć młodość i kondycję, żeby wytrzymać 3 lub więcej dni w palącym słońcu, w kolejkach po picie i jedzenie, i do umywalek, i do toalet, śpiąc w namiotach (niewiele śpiąc, bo koncerty do późna, a potem impreza trwa dalej). Ja już trochę nie mam i wróciłam zmęczona, choć wybraliśmy wersję de luxe, czyli ze spaniem 1,5 km od sceny i spontanicznymi samochodowymi wycieczkami a to nad jezioro, a to do Frankfurtu.

Foto: wosp.org.pl

Ci ludzie na festiwalu mają jedną cechę wspólną: przyjechali tu po to, żeby dobrze się bawić. Panuje atmosfera wszechogarniającej imprezy. Jeśli ktoś nie lubi imprez, owszem, może się poczuć rozczarowany. Muzyka gra zewsząd. Z dwóch scen i trzeciej u Krysznowców, z samochodów, z gitar i bębnów, z gardeł, Bóg wie skąd. Znajomi i obcy tłoczą się też zewsząd i zwykle mają piwo w ręce i we krwi. Mimo to poziom agresji jest znacznie niższy, niż pod przeciętnym monopolowym. Trzeźwi też się zdarzają, bo np. chcą oddać krew albo skoczyć na bungee, albo akurat religia im nie pozwala na regularną najebkę, albo pilnują dzieci, albo nikt im nie sprzedał piwa, bo nie mają dowodu (no, to akurat najłatwiej obejść, ale zaręczam, że sprawdzają). Nieobeznani sądzą, że przyjeżdża się tu dla koncertów, ale to wierutna bzdura. Przyjeżdża się dla atmosfery, dla tej wielkiej, trzydniowej imprezy z ludźmi, którym hasło „Miłość, przyjaźń, muzyka” coś naprawdę mówi, którzy są otwarci na innych, umieją się bawić, zagadają, pomogą w razie potrzeby. Tutaj można wszystko, a na pewno można więcej. Trzydziestoletni stateczni mężczyźni zjeżdżają na tyłku z górki (pozdrawiam mojego męża). Osobnicy w dowolnym wieku i dowolnej płci przebierają się za dowolne rzeczy (rycerz, Borat, anioł, królik, Supermen, pirat – królik był najlepszy). Najprawdziwsi Indianie łażą z jakimś totemem i  mówią w niezrozumiałym języku. Co kilkadziesiąt kroków stoi ktoś z tabliczką „Free hugs”. Są też tabliczki „Zbieram na…” – bilet do domu, piwo, kurs masażu, konia (!), cokolwiek. Zwykle udaje się uzbierać. Rok temu widziałam dwóch gołych panów, którzy najspokojniej w świecie minęli policjantów pilnujących ruchu na przejściu dla pieszych. Policjanci nie zareagowali. To jest Woodstock, golizna tu nikogo nie gorszy, a policja jest od pilnowania bezpieczeństwa na pasach. Opieprzają natomiast za przechodzenie na dziko.

Jeśli to wszystko brzmi dla kogoś skandalicznie, to faktycznie, nie powinien jechać na Woodstock. Chyba, że zamierza napisać o tym artykuł. Wtedy byłoby wskazane, żeby jednak się pofatygował, spędził ze dwa dni na miejscu, pogadał i popił z ludźmi, pojadł krysznowcowego żarcia, popatrzył na kolejki do oddawania krwi, zobaczył, jak koleś na drodze rysuje boskie portrety albo robi profesjonalny masaż i mówi: „Zapłacisz, ile uważasz” (i ludzie płacą, a nie, że łapią obrazek i w nogi). Niech spędzi z nami kilkadziesiąt godzin, a potem, proszę bardzo, niech pieprzy głupoty, ale poparte jakąś prawdziwą obserwacją. Bo tak to tylko niepotrzebnie denerwuje 600 tysięcy ludzi, którzy byli, widzieli, poczuli i, w przeciwieństwie do pana dziennikarza RP, wiedzą coś o Przystanku Woodstock.

A na rozluźnienie proponuję, żebyście w komentarzach pisali, co najfajniejszego Wam się przytrafiło na festiwalu :)

Czilaut

Jestem imprezowym nieogarem. Jakoś mnie ostatnio nie kręci tłum i hałas. Byłam w Filotramwaju, który jak zawsze dawał radę, po półtorej godziny poszłam na koncert Roczenia, który też jak zawsze dawał radę, a po północy wróciłam do domu resztką sił, kompletnie rozjechana przez te dwa, jakże męczące, wyjścia. Tak, głównie siedziałam na tyłku i piłam wodę, a nie, że jakieś szalone balety. Jednak organizm domaga się swojej dawki spokoju, snu i tumiwisizmu.

Spotkałam dużo ludzi, którzy rzucali mi się na szyję i cieszyli, że mnie widzą. Też się cieszę, a pewnego dnia może nawet posiądę umiejętność rozpoznawania wszystkich z twarzy i imion, bo póki co – od lat – mam tak, że około piątego spotkania zapamiętuję albo nie. Inna sprawa, że  poznaję i spotykam jakieś szalone ilości ludzi, i to pomimo, że nie szlajam się po klubach. Ot, tu domówka, tam domówka, jakiś Tramwaj, jakiś Woodstock czy blipiwo. I nagle tłum znajomych, dobrych znajomych i półznajomych. Którzy się cieszą. Ludzie jednak są niesamowici – jak Rudit na przykład, z którą znamy się przelotnie z internetu, a tu nagle Ona mi pisze, że koniecznie musi mi wysłać w prezencie torbę i przypinki (trzy!) ze swoimi arcydziełami, i żadnych mi protestów. Jak przyjdą, to będę się (i Rudit) lansować na mieście.

Poza tym nuda, a jak już coś się dzieje, to akurat z gatunku „nie zapeszyć” albo „nie do publikacji”, więc musicie mi wybaczyć ;) Miałam współtworzyć komiks, ale poczułam, że mnie to nie wciąga. „Wojnę płci” także nieco zaniedbuję – jak to u mnie, początkowy zapał minął i został obowiązek małżeński; trochę też wyczerpałam listę tematów, które miałam w głowie – przynajmniej tych lżejszych, a za bardzo poważne nie chcę się brać, bo ani to nie miejsce, ani nie czuję, żebym miała do tego odpowiednie kompetencje.

Głównie pracuję, śpię i jem. Owoce i warzywa przede wszystkim, bo reszta artykułów spożywczych jakoś mnie nie wzrusza. Świeży szpinak, szparagi, pomidory, truskawki (kij, że tureckie i drogie), arbuzy. A zaraz będą kolejne dobroci i będę kupować na bazarze za grosze całe torby skarbów!

Gorąca Trzydziestka

Anks zrobiła mi takie piękne zdjęcie na moich trzydziestych urodzinach:

Szczęściara z Vivaboxem

Stylizacja na lata trzydzieste i całkiem dwudziestopierwszowieczny prezent – Vivabox Extreme. Muszę wreszcie zarezerwować sobie ten lot szybowcem :)

W ogóle to muszę Wam powiedzieć, że w pewien sposób odzyskałam dla siebie własny blog. Bo ostatnio miałam takie ciśnienie, żeby pisać tutaj przede wszystkim ładnie i ciekawie, i żeby nikogo nie urazić, i żeby nie było nudno, a za to regularnie. Spinałam się i zmuszałam. A potem nagle przypomniałam sobie, że przecież to jest mój pierwszy blogasek, pamiętnik, założony dla najbliższych. Na początku chodziło o to, żeby znajomi mogli łatwo sprawdzić, co u mnie i o to, żebym nie musiała każdej historii opowiadać dziesięć razy. I jeszcze o to, żeby sublimować frustrację, bo ja, jak się sfrustruję, to muszę sobie o tym napisać.

Więc przypomniałam sobie o tym wszystkim i teraz zamierzam na luzie pisać nudne pitu-pitu o tym, co u mnie. A jak się komuś nie podoba i nudzi, to przepraszam bardzo, ale blogosfera duża, na pewno sobie znajdzie coś w zamian.

Wczoraj byłam na warsztatach dla blogerów, gdzie mi powiedziano, że wizerunek jest bardzo ważny. I jeszcze wiele ciekawych rzeczy innych mi powiedziano. Może napiszę o tym szerzej jutro, ale nie obiecuję, bo z czasem cienko.

#po30

Nie wiem, jak to się stało – co roku powtarzam tę frazę – nie wiem, jak to się stało, ale mam trzydzieści lat. Ledwo co miałam osiem, potem przemknęło mi szesnaście i dwadzieścia dwa, a tu BUM – trzydziestka. Z hukiem, a co.

Najpierw zrobiłam tatuaż:

zdj: Hell Foto

A potem zrobiłam imprezę, od której trzęsły się ściany, a podłoga groziła zawaleniem. Przez kilka godzin mieszkanie było pełne cudownych ludzi, poprzebieranych w stroje w stylu lat trzydziestych. Kain był Popeyem. Patryk był żółwiem („W latach trzydziestych też były żółwie!”) :) Napoje wyskokowe lały się strumieniami (dosłownie, na parkiet też), muzyka grała, wszyscy rozmawiali, żartowali, śmiali się i poznawali ze sobą, bom nieco pomieszała towarzystwa, a pośrodku łóżka, między stosami kurtek i toreb, najspokojniej w świecie spał sobie mój roczny siostrzeniec. Kiedy będę miała dziecko, też chcę, żeby tak ładnie pozwalało rodzicom się bawić.

Jak przystało na staruchę jedną nogą w grobie, zostałam pogrzebana pod stosem prezentów i kwiatów. Pochwaliłabym się, jakie cudności dostałam, ale nieładnie się chwalić, więc tylko powiem, że księżniczka jest zachwycona! I jak tylko znajdę chwilę, pobiegnę nabyć wymarzone perfumy, a jak tylko ochłonę, zdecyduję się, czy pragnę lecieć szybowcem, czy może nurkować ;> Poza tym gdyby to, czego ludzie mi życzą i jakie przy tym prawią komplementy było prawdą, byłabym już co najmniej królową świata. Strasznie odpowiedzialna fucha.

Każdemu życzę takich okrągłych urodzin, a tym, co byli – ciałem lub duchem – dziękuję!

Furgony z erami, wagony eonów

Pilnie przyjmę dostawę wolnego czasu. Po imprezowo-wypoczynkowym weekendzie w Krakowie nastąpił powrót do normalności, która okazała się bogata w zajęcia zawodowe i dodatkowe. Raz, że trzeba nastukać trochę kasy, więc staram się pracować jak najwięcej, a dwa że jakoś wszyscy mają urodziny/imieniny/parapetówki/niewiemcojeszcze w styczniu. Jesteśmy w związku z tym zaproszeni na jakieś pięć tysięcy imprez i niestety większość z nich organizują ludzie, których naprawdę lubimy na tyle, żeby nagiąć nieco nasze godziny snu.

Tymczasem wyjście z takiej imprezy przed drugą w nocy jest trudne, bo każdy pyta, co tak wcześnie i czy ty naprawdę zamierzasz iść spać, kaman, życie prześpisz. No prześpię, trudno, za to wolniej się zużyję. Jak żółw. Żółw przesypia dwie trzecie życia, znaczy hibernuje, i podobno hodując żółwia w domu trzeba go hibernować w lodówce, bo inaczej zużywa się za szybko i nie żyje sto lat, tylko na przykład 40. To ja wolę spać czasem, wątrobę i inne narządy wewnętrzne oszczędzać, choć znam takich, co trzy imprezy dziennie, praca, dom i jeszcze mają siłę. Trochę zazdr, a trochę, że w sumie po co? Dłuższe przebywanie wśród ludzi męczy mnie psychicznie i zaczynam się robić wredna, więc chyba nie warto.

W ogóle to zaczęłam tę notkę pisać wczoraj rano, podczas gdy miły pan wpuszczał mi kolorowe tusze w skórę na plecach. Było fajnie, ale miałam lekkie problemy z koncentracją („myśl, że to depilacja, to łatwiej wytrzymasz”). A że potem pojechaliśmy via sklep na pierwsze urodziny Konstantego, a potem na podwójne urodziny kolegów, a potem to już trochę „pandłam” (jak mawia mój dwuletni podopieczny), więc kończę dziś. Tatuaż jest przepiękny, ale na razie nie będę tu wrzucać zdjęć, niech się wygoi.

Dziś dzień siedzenia w domu, sprzątania, milczenia, wyrzucania choinki – bo żałosny drapak się z niej zrobił – i chyba pracowania, bo przypomniałam sobie, że mam coś do napisania na jutro. Tymczasem niemrawo klikam w klawiaturę i czekam, aż Kain mnie od niej oderwie śniadaniem. No tak, wiem, że jest piętnasta i to pora raczej na obiad, ale ojtam.

O, kanapki! :)