Archiwa kategorii: imprezy

Maraton Blox 2011

Znaczy moje trzecie, a w ogóle piąte. Na zdrowy rozum naprawdę nie wiem, co jest pociągającego w siedzeniu z jakimiś ludźmi przy ustawionych w podkowę stołach i pisaniu notek do siódmej rano. A jednak byłoby mi przykro, gdyby nie było w tym roku Maratonu Blogerów.

I tak sobie siedzimy, popijamy napoje oficjalne i nieoficjalne, piszemy notki na zadane tematy, próbujemy wygrywać jakieś konkursy, nic się nie dzieje… i jest fajnie. Może po prostu kręci nas siedzenie przy komputerach do rana?

foto: Hodowca

foto: Hodowca

foto: Hodowca

foto: Hodowca

Konstancin, kraina czarów

Piękna blondynka w białej sukience porwała mnie kabrioletem do wielkiej willi. Tam ułożyłam się na tarasie, a gospodarz wyprzedzał wszystkie moje życzenia, co do jednego. Amerykanin z małym białym pieskiem podawał sok marchwiowy, śpiewając arie operowe wspaniałym tenorem. Dziecko przyniosło gościom kota do stołu. Dziewczyna, która hoduje ślimaki, demonstrowała ich sposób kopulacji, a gospodarz dyrygował jej nieustannym śmiechem, gestami modyfikując dźwięk i tonację. Sos do makaronu okazał się zupą, wieczorem był gorący ogień i lodowata wódka, blondynka mnie całowała, a wszystko pachniało wanilią. Rano był koktajl truskawkowy i szampan, na stole siedziała świnia, przy stole – kobieta z głową Stormtroopera, a pies* tańczył salsę.

To wszystko zdarzyło się naprawdę, przysięgam. Brzuch mnie boli od śmiechu, głowa od wódki, a serce, bo chcę jeszcze!
Serdeczne pozdrowienia dla Seg i Mścisława :)


*nie ten biały pies, inny, duży i czarny

Tramwaj Filozoficzny 2011

Po raz drugi pojechaliśmy Tramwajem Filozoficznym i po raz drugi było bosko. To niesamowite, jaka atmosfera może być w zwykłym tramwaju. Albo niezwykłym właśnie.

Była muzyka, kolorowe światła, balony, serpentyny i dużo ludzi. Przypadkowi pasażerowie byli grzecznie wypraszani, ale nie zawsze – pewien starszy pan przejechał z nami pół trasy. Najpierw siedział i tylko patrzył, ale pod koniec żądał od dziewczyn kolejnych serpentyn w różnych kolorach („Żółtą, pani da żółtą, inne już mam.”)

Nie mogliśmy zostać do końca imprezy, bo na Natolinie czekało na nas ognisko urodzinowe mego kochanego szwagra, również niemożliwe do opuszczenia :) Ale ten fragment Tramwaju, w którym uczestniczyliśmy, pozostawił miłe wspomnienia. Tak więc, jak rok temu – szacun dla Pawła za organizację i wielkie dzięki dla towarzyszy zabawy. Mamy nadzieję, że, jako sympatycy, zawsze będziemy zapraszani, choć noga nasza na tej filozofii nigdy nie postała ;P

(No, moja postała ze dwa razy, ale tylko towarzysko, więc się nie liczy.)

Jeszcze jeden taki weekend i padnę ;)

Czwartek: świętego Patryka. Dałam się namówić na „jedno piwo”. Po trzech odesłano mnie do domu taksówką. Gdzieś po drodze przepiłam szalik, rękawiczki i zapewne reputację ;-)

Piątek: kawa z A., emocjonująca prawie tak, jak pamiętny weekend w górach. Potem blipiwo, choć nie piłam na nim piwa. Ale ostatecznie po co komu alkohol, jak się ma takie bodźce.

Sobota: wesele Nailini i Datria, bardzo udane, płynące pysznymi drinkami. Sto lat, Kochani :)

Niedziela: imieniny Patysia, więc najpierw poszukiwanie prezentu, a potem rodzinne spotkanie. Bliźniaki dają w kość, zresztą moja rodzina zawsze była głośna i wesoła. Szaleję za nimi, ale im dłużej mieszkam osobno, tym szybciej męczę się na tych naszych imprezach :D

Wczoraj poszłam spać po północy (tym bardziej, że wreszcie mieliśmy z mężem kawałek wieczoru dla siebie). Przed szóstą obudziłam się z koszmaru i teraz jestem ledwo przytomna. Stanowczo uważam, że po weekendzie powinien być dzień wolny na odpoczynek. Z drugiej strony – już widzę, jak odpoczywam ;P

Za tydzień zamierzam urwać się na mały wyjazd, za dwa tygodnie się przeprowadzam, za trzy – parapetówka, za cztery jadę do miasta na K. Jeśli ktoś chciałby się ze mną umówić, zapraszam od połowy maja…

Śliwa

W sobotę było u nas dresparty i Kain postanowił się przebrać za ofiarę dresów. Zrobiłam mu więc charakteryzację, a Elpanda przyglądał się i doradzał: tu zetrzyj, tam dodaj fioletowego… Wreszcie skończyłam, ale jeszcze spytałam doradcę:
– Coś byś tu jeszcze dodał?
– Ja to bym mu przypierdolił… – odparł Panda flegmatycznie.


foto: anks

Czy ja kiedyś dorosnę?

I zacznę się grzecznie zachowywać?

Póki co nie wygląda na to.  W sobotę zorganizowaliśmy małą spontaniczną posiadówkę z gośćmi z Krakowa i gościem z sąsiedztwa (w obrębie kilku „kwadratów” mamy paru znajomych, co w przypakdu nagłej potrzeby towarzystwa jest bardzo przydatne). Po kilku głębszych zaczęliśmy się z kolegą trochę przepychać.  Spuśćmy litościwie zasłonę milczenia na szczegóły, w końcu czyta mnie moja własna rodzina, ale w każdym razie w którymś momencie czy to wymsknęłam się koledze z rąk, czy on mnie nieco popchnął, dość, że zaatakowałam kant szafeczki w przedpokoju, odbiłam się od niego i przyłożyłam jeszcze podłodze.

Bez kitu, ludzie, gdybyście kiedyś mieli za mało bodźców, zafundujcie sobie małe wstrząśnienie mózgu. Łagodne falowanie płynu mózgowego, czy co tam mi faluje, sprawiło, że wczoraj przez cały dzień każdy najdrobniejszy dźwięk, dotyk, wstrząs i błysk przewiercały mi głowę na wylot. Nie miałam pojęcia, że w moim domu jest tyle dźwięków. Muzyka od sąsiadów, przez Kaina ledwie słyszana, wprawiała ściany, podłogę i  moją czaszkę w bolesny rezonans. Kiedy mój mąż, przejąwszy chwilowo obowiązki domowe, wrzucił łyżkę masła na patelnię, ja w drugim pokoju naciągnęłam kołdrę na głowę. Kiedy usiadł na łóżku, poczułam się jak dwa i pół roku temu podczas wakacji, kiedy uczyłam się żeglować i poznałam prawdziwy sens słów poety: „ohoho, przechyły i przechyły”.

Taka imprezka, mówię Wam.

W związku z tym leżę, nic nie robię i umieram z nudów. Od wczorajszego wieczora jestem w stanie czytać, a od dzisiejszego popołudnia – pisać, choć już czuję, że złamanie matczynego szlabanu na komputer to był słaby pomysł i zaraz go odłożę. Komputer odłożę, nie pomysł.

Dziwne, że szafka i podłoga nie wykazują żadnych objawów uderzenia. Tylko ja cierpię.

Tango

Sylwestrowa noc. Zaczyna grać muzyka. Przystojny brunet prosi mnie do tańca, wychodzimy na środek i jak na filmie wszyscy się odsuwają, zostajemy sami na parkiecie. Pierwsze kroki, spojrzenie w oczy z bardzo bliska…

I wtedy on pyta:
– Umiesz tańczyć tango?
– Nie.
– Ja też nie…

Z drugiej strony, gdybyśmy umieli, ta scenka nie byłaby zabawna i nie polubiłoby jej na fejsbuczku 9 osób w 40 minut.
Współczesna kobieta musi wybierać: albo dobry taniec, albo dobra historia…

Orientsylwester w mieście na K

Jak rok temu, spędzamy Sylwestra u naszych przyjaciół w Krakowie. Zawsze, kiedy jestem na dobrej imprezie, zdumiewa mnie, że wystarczy wymieszać w jednym tyglu kilkanaście osób, muzykę, nastrój i wino, żeby powstała mieszanka wybuchająca śmiechem, tańcem i wspaniałymi emocjami. Alchemia, czary-mary.

Motywem przewodnim imprezy był bliski wschód. Były więc egzotyczne tancerki, ortodoksyjni muzułmanie, arabski zamachowiec, Żyd, hindus w turbanie, a nawet ifryt. Były też jedne oświadczyny o północy – gratulacje dla Ylki i Argaska :)

Zdjęcia robiła Anks.










A teraz siedzimy sobie w małym gronie, jest cicho, sennie i miło, czekamy na gości, którzy przyjdą ma małe after party i odpoczywamy po wczorajszym szaleństwie.

Bawiliśmy się cudownie, ogromnie dziękujemy naszym nieocenionym gospodarzom – Alquanie, Lisowi i Orkanowi :-)

Maraton Blox 2010

Jeśli dziś jest sobota, to jestem w Mikołajkach. Tak, wiem, że miałam być w Beskidach, ale nastąpiła, prawda, mała zmiana planów. Bywa. Nawet często.

Z maratonem chodzi o to, że siedzimy całą noc i piszemy na blogu maraton.blox.pl – szczerze mówiąc, póki co kolejne wpisy powstają tam szybciej, niż nadążam czytać. Ale czytam wolniej, niż zwykle, bo wczoraj nadużyłam napojów wyskokowych. Albo przez to, albo przez coś innego trochę mnie telepie i w ogóle umieram. Natomiast odkrywam uroki bycia kobietą. Kobiecie zamawia się i donosi herbatkę, podaje się niezbędne przedmioty, nosi się jej torbę i sprawdza, czy kobieta jest cała i zdrowa. Podaje się jej lekarstwa, jeśli nie jest, pyta, czy pomogły i zabawia rozmową (kobietę się zabawia, nie lekarstwa). Żeby nie było za dużo obowiązków dla jednego opiekuna, robi się to w tandemie.

W zamian kiwam białą rączką, ślę uśmiechy i proszę o jeszcze. Nie jest źle być mną ;)