Archiwa kategorii: koty

Różnice charakterów

W środku nocy, gdy Lila zaczyna płakać, zniesmaczona Plamka zrywa się z jej łóżeczka i ucieka w spokojniejsze miejsce. Wraca spać z małą, gdy znów zapadnie cisza.

Wrażliwy, kochany Duch przeciwnie: przybiega sprawdzić, czy dziecku nic nie jest. Upewniwszy się, że nie, zostaje do towarzystwa lub wraca na wygnanie, bo tak w ogóle to jest trochę obrażony.

Babysitter

Jeśli nie dość szybko zareaguję na płacz córki, kot Duch przybiega i najpierw zagląda do małej, a potem pędzi do mnie, żeby mi oznajmić („miau! miaau!!”), że dziecko płacze. Dziś osiągnął jedynie to, że przyspieszyłam robienie kanapek. Był bardzo zdegustowany moją postawą i biegał nerwowo między pokojami a kuchnią, dopóki nie zajęłam się Lilą.

Plamka natomiast od kilku nocy śpi razem z małą w jej łóżeczku (to znaczy czasem z nią, a czasem sama, bo dość często śpimy wszyscy troje na naszym materacu). Niemal trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno panicznie się jej bała.

image

Ten nowy, łysy kot

Koty boją się młodej. Plamka jest smutna bardzo, bo chciałaby do mnie przychodzić tak, jak zawsze, ale potwór, będący niemal częścią mnie, napawa ją lękiem. Kiedy potwora nie ma, ja i tak nim pachnę, więc przychodzi rzadko i szybko ucieka. Śpi, biedna, na drapaku lub w wózku, do którego zanosi sobie miękką piłkę.

Duch na początku ostrożnie polizał małą po głowie i pilnuje nas wszystkich. Śpi z nami, ale nie w łóżku, tylko obok. Czujnie. Trzeba mu przyznać, że nie ucieka nawet, kiedy potwór ryczy. Ale kiedy uważa, że znalazł się za blisko, wycofuje się tyłem, nie spuszczając oczu z wroga.

W sumie to myślę, że jest nieźle: nie nasikały na dziecko ani żadną rzecz, która jego jest. Na nic nie nasikały, odpukać. Nie prychają. Nie gryzą nas ani siebie.

Tylko szkoda mi Plameczki, ale mam nadzieję, że szybko się przyzwyczai.

Lubimy mruczenie

Dziecko wewnętrzne lubi mruczenie. Kocie mruczenie. Od samego początku włażący na brzuch kot witany jest łaskawie, o ile mruczy. W pewnym momencie Duch zaczął przychodzić częściej i chętniej, specjalnie po to, żeby pomruczeć do brzucha. Przed ciążą rzadko do mnie przychodził, bo to jest ukochany kotek Caina, który mnie owszem, nawet lubi, ale żeby się tak od razu sam z siebie spoufalać, to nie.

Teraz przyłazi, kładzie się na mnie albo obok, przylega do brzucha i mruczy. Wczoraj wcisnął się między mnie a Caina, kiedy właśnie leżeliśmy i gapiliśmy się na podskakujące pudełko na człowieka. Bo to już ten etap – dziewczyna jest już spora, ale ma jeszcze trochę miejsca i kiedy wierzga, widać to na zewnątrz. Duch zauważył nasze niezdrowe zainteresowanie i ułożył się w szalenie dziwnej pozycji, z głową niżej a tyłkiem wyżej, przyciśnięty do mnie bokiem, po czym zapuścił motor.

W tym momencie pannica w środku oszalała ze szczęścia i najwyraźniej postanowiła przytulić kotka. Wyglądało to, jakby zaraz miała sobie przebić dziurę i do niego wyleźć. Przewalała się w środku, z wyraźną koncentracją boksowania tam, gdzie od zewnątrz było mruczące  futro. Duch robił minę „ależ bardzo mi wygodnie i przyjemnie, tej wersji będę się trzymał” i mruczał dalej, a ona napierała od środka. Umierałabym ze śmiechu, gdybym raz na jakiś czas nie łapała się za brzuch, pojękując – młoda ma parę i coraz bardziej jestem przekonana, że od wewnątrz mam już siniaki.

Wreszcie kot się znudził albo po prostu zbyt wiele razy oberwał, i poszedł sobie, a ona się trochę uspokoiła. Ale już widzę, jak z czasem młoda będzie Ducha tarmosić za ogon, uszy i łapy, a on z miną męczennika będzie jej na wszystko pozwalał…

Rubryka strat i zysków

Miało być o tym, co mnie zasmuca, ale skasowałam. Będzie za to o meblach.

Wywaliliśmy fotel, bo zdałam sobie sprawę, że od dawna służył wyłącznie kotom, co samo w sobie nie jest oczywiście grzechem, ale niestety służył im niekiedy jako zapasowa kuweta, kiedy ta podstawowa wydawała im się zbyt brudna. Albo kiedy coś je wkurzyło. Ponieważ poduszki ze sztucznej waty, czy co to tam było, można prać jednak tylko ograniczoną ilość razy i z czasem jest to coraz bardziej upierdliwe, parę dni temu wróciłam do domu, zobaczyłam plamę na fotelu, spojrzałam na zegarek (10 minut do wizyty potencjalnego najemcy), powiedziałam na głos do siebie: „Dość, kurwa” i zamiast do pralki, wrzuciłam pokrycie do kosza na śmieci. A nazajutrz rozkręciłam stelaż, wynieśliśmy go na śmietnik i tyle.

Po kawałku wywalamy też ramę od łóżka, tę, co pękła w maju i wtedy materac rozbił mi głowę. Rama leżała sobie w częściach na podłodze i na szafie, czekając, aż się ogarnę i sprawdzę, czy w IKEA nie mają tej jednej deski, która nam potrzebna. No to się ogarnęłam i zarządziłam wyrzucenie. Z czasem rozważę banicję materaca, bo mi sprężyny wchodzą w różne miejsca. Co prawda materac ma dziesięć lat gwarancji, ale oczywiście zgubiłam paragon (a jeśli go znajdę, to jak nic okaże się, że jest nie do odczytania po 3 latach) a poza tym szczerze mierzi mnie myśl o organizowaniu człowieka z samochodem, ładowaniu tej kobyły na dachowy bagażnik, wiezieniu do IKEA, wleczeniu do hali, żeby się na przykład dowiedzieć, że nie uwzględnią. Albo żebym za dwa tygodnie odebrała (i znowu żebranie po ludziach o podwózkę i siłę roboczą). Fuj.

Po stronie plusów mamy przyobiecane łóżeczko dla Delfinka, dwie komody na ubranka i wózek-parasolkę. Pewnie, że można kupić, ale skoro są?

Poza tym zrobiłam porządki w ciuchach i, o dziwo, okazało się, że w prawie połowę się mieszczę. Jeszcze. Te za małe wcisnęłam na najniższą półkę i zamierzam schylić się do niej jeszcze tylko raz – przy przeprowadzce, kiedy to wrzucę je do kartonu i nie wyjmę aż do zimy.

A jutro wieczorem podglądanie dziecka i może się dowiemy wreszcie, czy jest nią, czy nim. Stay tuned.

Leczenia kotów c.d.

Duch niechętnie poddaje się zabiegom leczniczym, a konkretnie aplikacji kropli do oka dwa razy dziennie. Jakoś to jednak idzie i jak dotąd nikt nie stracił żadnej części ciała. Kupiliśmy mu nagródki, które oba koty dostają po każdym wpuszczaniu duchowych kropelek. Z nagródkami jest śmiesznie, bo chciałam mu znaleźć jakieś miękkie – miejsce po zębie początkowo go bolało i musiał jeść drugą stroną. Z miękkich smakołyków kocich są kabanosy, którymi Duch gardzi od zawsze, i nic więcej. Niby sprzedano mi jakieś kawałki tuńczyka czy inne nerki kurze z lekka obsuszone i niby one miały być miękkie, ale okazały się czymś w rodzaju mięsnych herbatników: twardych i niemożliwie się kruszących. Duch zjada je ewidentnie z grzeczności i wrodzonej kultury.

Kupiliśmy też potworom szczotkę drucianą i czeszemy. Z tej okazji stwierdziłam, że wyrażenie „czesać kota” nie posiada formy dokonanej. Nie istnieje coś takiego, jak „wyczesałem kota”, ponieważ jest to czynność nieskończona. Czesze się go i czesze, i czesze, a te kudły wciąż wyłażą.

Dla tych, co przegapili na blipie i fejsie, dodam jeszcze, że Duch wybił sobie ząb przy próbie podania tabletki. Ja z tej okazji straciłam trochę krwi, a tabletka przydatność do spożycia. Plameczka też nie była łaskawa połknąć lekarstwa na robaki. Następnego dnia dostały stosowny lek w paście, tez trochę na siłę, na szczęście trudniej ją wypluć. Za to wyrzygały elegancko, Plamka dwie godziny po podaniu, Duch pięć. Ciotka powiedziała, że spoko, nie trzeba powtarzać. UFF.

Ducha musimy umówić do stomatologa, mam namiary na jedną panią. Bo trzyletniemu kotu raczej zęby nie wypadają same z siebie.

Wyrzuty sumienia

W lutym była u nas Anks i zrobiła kolejne zdjęcie kota Ducha. To właśnie ta fotografia poniżej.
W komentarzu do zdjęcia ktoś napisał: „Czy ten kot ma zaćmę na oku, czy mi się wydaje?”

„Jasne, że ci się wydaje, światło tak pada, mój kot nie ma żadnej zaćmy!” – pomyślałam sobie i prawie zapomniałam o temacie.

Ale zaczęłam się Duchowi przyglądać. I przyglądać. I im bardziej się pod różnymi kątami przyglądałam, tym bardziej wydawało mi się, że może faktycznie coś z tym okiem ma. W końcu zadzwoniłam do Rudej Ciotki i umówiłam się na wizytę, ale bez pośpiechu, z założeniem, że jeśli kot ma zaćmę (w wieku trzech lat? dziwne, ale nie takie rzeczy się zdarzają), to tydzień raczej nic nie zmieni, zresztą cały czas nie byłam pewna, czy rzeczywiście coś z tym okiem jest nie tak.

No i Ciotka dziś przyszła, obejrzała i powiedziała, że kot miał uraz oka. Coś mu się wbiło, ukłuło, podrapało i teraz rogówka się goi. Może się wygoi całkiem, ale może tak zostanie.

Jak mogliśmy przeoczyć uraz oka u kota, który jest codziennie głaskany, przytulany, który śpi z nami, u którego widzimy każdą zmianę w zachowaniu? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że Duch zwykle przebywa u Caina na ramieniu, więc chłopaki, jeśli patrzą sobie w oczy, to z raczej dziwnej perspektywy. Do mnie rzadko przychodzi, a głaskany lubi być tyłem. Ale przecież to go musiało boleć, może próbował sięgać łapką, a my nic nie zauważyliśmy. Dopiero obcy człowiek na zdjęciu zobaczył.

Mam teraz straszne wyrzuty sumienia, choć oko najwyraźniej się goi. Dostaliśmy receptę na krople, mam nadzieję, że pozwoli je sobie aplikować i że rogówka zagoi się do końca. Nie wiemy, co się dokładnie wydarzyło: może podrapała go Plamka, może obgryzał granatowiec, a ten mu się odgryzł – nie mam pojęcia.

Ale mam wyrzuty.

Anksfoto

Corpus delicti

Weszłam wczoraj rano do łazienki i zobaczyłam na podłodze zielony listek.

– Chodź, pokażę ci kluczowy dowód w sprawie! – powiedziałam do Kaina.

Zajrzał.

– Czy to jest biedny Dżordż?!

– Tak.

Kain podniósł listek i udał się do salonu, gdzie zaprezentował dowód kotom.

– Kto to zrobił?

Plamka w błyskawicznym tempie wdrapała się na najwyższą półeczkę drapaka i, patrząc z góry, powiedziała: „- Jaa niee!” (głośno i wyraźnie, przysięgam, że to właśnie wymiauczała).

Duch tylko nerwowo oblizał nos. To chyba mamy winnego.

(Dziś za to narzygały pod stół i stłukły świeczkę, oszaleję.)

Nihil novi sub sole

W domu mały szpital – ja chorowałam dwa dni, a teraz Kain choruje. Jestem strasznie zła na to moje chorowanie, bo nie chodząc do pracy, nie zarabiam, a plany miałam ostre (patrz poprzednia notka). Choć i tak nieźle, że ogarnęłam się w dwa dni.

Tatuaż się goi. Myję go i smaruję pilnie co cztery godziny. W pracy pomagają mi małe łapki („A tejaź źdejmiemy kwiatek?”), a w domu duże. Zegarka nie muszę pilnować: jak zaczyna swędzieć, to nieomylny znak, że właśnie te cztery godziny mijają :) A w niedzielę przyjedzie do mnie Hell Photo i zrobi mi nowe zdjęcia pleców, ha!

Poza tym czytam Sapkowskiego pięćsetny raz, bo dostałam pod choinkę i mam wreszcie własny cykl wiedźmiński. Poza tym piszę „Wojnę płci” co drugi dzień, co pochłania sporo energii, ale i dostarcza satysfakcji – trochę jak sterowanie jakimś skomplikowanym urządzeniem, kiedy czasem udaje ci się osiągnąć dokładnie taki efekt, jak zamierzałeś, a czasem nie masz pojęcia, skąd sukces (znienacka). Poza tym rekonwalescencja i, jak zwykle, niewyspanie. I koty jakieś wyjątkowo miziaste.

Musi mróz wreszcie idzie.