Archiwa kategorii: life

Back in game

Jaram się jak flota Stannisa. Powrót do pracy to był doskonały pomysł. Nie dzwonię do niani co dziesięć minut, chyba, że po to, żeby spytać, czy mogę być później. Poznałam nowych, fajnych ludzi. Ucho mniej boli. No, generalnie – jest dobrze.

Kto mi życzył, żebym się w nowym roku nie nudziła? Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie zaczęło wzrastać. Obecnie czuję, że moje życie pędzi jak TGV i właśnie mnie przegania. Nie nadążam za własnym kalejdoskopem emocji, bo wredne rzeczy przeplatają się z fajnymi tak szybko, że nawet ja nie daję rady. Mimochodem rozważam też, dlaczego zawsze przydarzają mi się scenariusze, których nie przepuściłby żaden szanujący się reżyser opery mydlanej.

Czasu, potrzebuję czasu. Na spotkania, rozmowy, na poświęcenie go ludziom. I sobie.

Magiczka od kręgosłupa

Otóż naprawiono mi kręgosłup. Teraz boli z szoku, że ten dysk nagle się pojawił w miejscu w którym do od roku nie było. Ale ogólnie jest o niebo lepiej. Nadto zabroniono mi biegać, bo to niedobre na dyskopatię (a poważnie chciałam zacząć!). Ale spoko, za tydzień zaczynam trzecie zajęcia w tygodniu, takie dla połamanych babek z małymi dziećmi, co nie mogą (babki, nie dzieci) dojść do siebie. Będzie podobno dużo pilates. Pilates na dyskopatię owszem, można i należy.

Czarodziejka od kręgosłupa rozmasowała mi go i nastawiła niemal bezboleśnie. Dopiero drugiego dnia poczułam się, jakby mnie ktoś posiniaczył, ale wierzcie mi, że to boli mniej niż przedtem.

Pilates, aerobik i jeszcze takie zajęcia dla Licha oznaczają, że będę klientką klubu fitness cztery razy w tygodniu. Ja! Magia karty Multisport.

.

TAK BARDZO NIE DAJĘ RADY. Chleb – do wyrzucenia, bo zachciało mi się upiec inny niż zawsze. Omal nie podpaliłam mieszkania, bo zasnęłam mając garnek na kuchence. Garnek też do wyrzucenia i coś mi mówi, że jednak nie mam obiadu na jutro. Dziecko poobijane, bo nie nadążam łapać. Nawet własny kot mnie podrapał. Zdaje się też, że ostatnio porządnie kąpałam się przedwczoraj. Pointy nie będzie.

Ku dobremu

No więc zrobiłam tak:

– uprosiłam ukochanego, aby zwiększył ilość wykonywanych prac domowych na niekorzyść gry na komputerze
– zatrudniliśmy panią sprzątającą, o matko, jakie to jest DOBRO!
– oraz zrezygnowałam z części pracy zawodowej.

Bogatsi od tego nie będziemy, o nie. W każdym razie nie w pieniądz. Ale zamiast pieniądza wykwita uśmiech, cichnie zaś niemiłe słowo. Jeszcze nie całkiem, nie do końca, ale czuję ulgę. A za moment poczuje ją także moja rodzina oraz dalsze otoczenie.

I będzie dobrze.

The best of the bests

Dobra, no więc mam taki problem, że muszę być zajebista. Muszę być dobrą mamą, dobrze się zajmować domem (nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o codzienne mycie podłóg, tylko raczej, żeby nie tonąć w brudzie, a tonę, piszę z dna), muszę mieć wartościowy obiad dla dziecka i świeże jedzenie w lodówce, a zarazem uśmiechać się do męża, uczesana być i wydepilowana, czuła i wspierająca, i jeszcze muszę być dobra w pracy, bo jak mi spada poziom, to mnie szlag trafia, że nie wspomnę o milionie maili z poprawkami. Muszę zarabiać, wydawać, bo samo się nie kupi, spacerować, karmić, dbać i dogadzać, a, i zapomniałam, że jeszcze muszę być dobrą przyjaciółką, sąsiadką, kochanką, siostrą.

Takie mam ciśnienie, żeby to wszystko robić może nie najlepiej, ale dobrze, żeby niczego nie zaniedbywać i sama przy tym być zadbaną.

No bo jak to – obiadu dziecku nie dam? Mężowi odmówię tête-à-tête, zarzucając nieświeżą grzywką? Okruchy muszkom owocówkom na stole zostawię (plaga)? Prania nie zrobię i co będziemy nosić? Kasy nie zarobię i za co na wakacje? Przyjaciół w potrzebie spuszczę na drzewo?

Nie mogę, no nie umiem. I tak się staram, i tak daleko mi do ideału, zamiast dziecku dawać dobry przykład, to ja przy stole klepię w komórkę pisząc tę notkę, na podłodze mam syf, nie obcięte paznokcie i nie wysłane maile, i cos mi śmierdzi w kuchni. I tyle mi to wszystko pochłania czasu, tak bardzo nie mam kiedy spać, odpoczywam rzadko, tak strasznie nie mam siły. Oraz nie pamiętam.

Znacie to, nie? Poradźcie mi, co robić, jak żyć, gdy nic się nie da odpuścić, bo przecież jak się potem nazbiera, to zaleje po czubek głowy. Bul, bul.

Gdzie są moje okulary

Ze zdziwieniem patrzę dziś na świat, nieograniczony ramkami okularów. Do góry, w dół i na boki – wszędzie widzę. Dużo i z daleka. Z bliska gorzej, ale też co nieco; na przykład w lustrze widzę, że:
– nos mam bardzo długi
– wory pod oczami
– oczy w ogóle duże, lecz o dziwnym jakimś kształcie
– i tak jakoś strasznie dużo miejsca między policzkiem a okiem.

Wszystko to maskowały dotychczas okulary. Maskowały od dwudziestu kilku lat, stanowiąc dominujący akcent w mojej twarzy. Kochałam je za to, było nam razem bardzo dobrze, lecz teraz moja córka wciąż mi je zabiera i uznaliśmy, że w soczewkach kontaktowych będzie lepiej i bezpieczniej.

Cierpię.

Umiem się malować tylko pod okulary. Umiem czytać tylko w okularach. W soczewkach trudniej, nie mówiąc o pisaniu na komputerze. W ogóle, jak się okazuje – nie bardzo umiem patrzeć. Człowiek bez okularów musi się wysilić dużo bardziej, niż ten, co ma szkiełka. Na przykład nigdy dotąd nie miałam tak, że za każdym razem, gdy przenoszę wzrok na inny przedmiot, muszę się skupić chwilkę i mrugnąć, zanim dostroi mi się ostrość. Podobno każdy tak ma, a że soczewki kontaktowe bardzo nieznacznie zmieniają  naturalną optykę człowieka, to teraz mam tak i ja. W okularach nie miałam. Z czytaniem zaś jest ponoć tak, że okulary pomagają skupić obraz, który mamy przed nosem. Kontakty nie pomagają i tekst bardziej „pływa”. To znaczy mnie pływa, normalnemu człowiekowi pewnie nie, bo od dziecka umie czytać bez okularów.

I tak oto dwadzieścia parę lat protezowania rozleniwiło mnie i oduczyło normalnego patrzenia. Podobno się przyzwyczaję, ale może to potrwać nawet kilka tygodni. Poprzednim razem, jakieś 5-6 lat temu, nie przyzwyczaiłam się wcale. Źle widziałam w soczewkach i koniec. Może teraz będzie lepiej; dziś nie przeszkadzały mi, dopóki nie usiadłam do pisania.

W sumie najbardziej motywuje mnie myśl o ciemnych okularach. Kapelusz, ciemne okulary i szminka – z takim arsenałem kobieta może wszystko!

Świat zza krat

Osiatkowaliśmy balkon. Mówiono mi, że takiej siatki prawie nie widać. Niestety, widać, i to jak. Zamiast balkonu mamy teraz sporą klatkę, wygląda to dość groteskowo, w dodatku nie można sąsiadom podać piwa przez balkon, co dotychczas zdarzało nam się praktykować.

Ale.

Czymże są te niedogodności w obliczu faktu, że nareszcie można wietrzyć? A jak zdobędę jakiś stół, to będzie też można jadać na balkonie, co bardzo lubię. A jak posprzątam, to Licho będzie mogło też tam przesiadywać. Czyli w sumie na plus, nie?

Hura, jestem chora

Nie jestem wredną suką, która warczy na wszystkich wokół bez żadnego powodu.

Nie jestem leniwą flądrą, która nawet nie potrafi zadbać o własną cerę i dietę.

Nie jestem leniem o słomianym zapale, co to wszystko zaczyna, ale nic nie doprowadza do końca, bo mu się nie chce, za to ciągle by spał, choć nic nie robi (ha,ha).

Nadczynność tarczycy powoduje, najogólniej mówiąc, nadmierny metabolizm, a w konsekwencji – rozdrażnienie, zmęczenie, chudnięcie. „Wszystko by się chciało na raz, ale w gruncie rzeczy nie ma się na to siły” – powiedziała lekarka i tym zdaniem opisała mnie trafniej niż ktokolwiek. Brzydka cera, sterczące żebra, ciągły głód, zmęczenie, gorąco, permanentny wkurw – wszystko to nie jest wynikiem mojego beznadziejnego charakteru, tylko choroby i da się wyleczyć.

Co za ulga.

P. S. Laski, badajcie sobie tarczycę, już chyba co druga moja rówieśniczka ma z nią problemy. A leczyć się trzeba. Oraz dziękuję Aleksandrze za ten artykuł, a Monice za to, że mi go pokazała.

W wiecznym niedoczasie

Dużo pracuję, choć jakoś dziwnie wciąż nie mamy kasy. Dużo to znaczy, że codziennie, gdy Licho w końcu zaśnie, siadam do komputera i piszę, poprawiam, szukam obrazków, wymyślam i znów piszę. Bywa, że schodzi mi do drugiej w nocy. Skonana kładę się spać, żeby zostać obudzona o szóstej (na szczęście czasem później dosypiamy we dwie). A potem rajd: aerobik, jakieś warsztaty, to lub tamto załatwić, zadzwonić, umówić, ustalić, kupić, tu lub tam wpaść, do pracy podjechać. Do tego gotowanie, bo Licho lubi często podjeść. Po powrocie Kaina obiad (kolacja w sumie), kąpiel, bawienie, usypianie, praca, pad na twarz. I tak ciągle.

Zaniedbuję już nie tylko blogi, ale też książkę. Zaniedbuję także dom, męża, o sobie już nie wspomnę. Każda chwila czasu to najpierw szybkie planowanie: co zrobić najpierw, zanim coś mnie znów oderwie; co jest najważniejsze? Po pół roku treningu doszłam do tego, że najważniejsze jest siusiu i jedzenie, reszta potem. Jestem z siebie dumna.

Kain też zabiegany, praca, dom, dziecko, żona. Jakoś jednak to on ma czas na godzinkę lub dwie grania na komputerze i to on ma siłę na tête-à-tête, podczas gdy ja jestem tą zimną i złą, która zasypia, gdy tylko znajdzie się w pozycji horyzontalnej.

Dochodzę do etapu, w którym osiem godzin pracy w biurze wydaje mi się miłą, odprężającą rozrywką.

Nie mam czasu na pisanie, na słowotok, blogowanie

Jak się okazuje, pisanie książki zajmuje dużo czasu i niemało mózgu. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że od 19 maja nie było tu żadnej notki. W tym czasie starałam się codziennie pisać Czyżykowo, ale na długi weekend wyjechaliśmy na działkę, a tam cienko z internetem. Że niby mogłam pisać offline? Please! Oflajn to ja mogę harmonogramy do pracy pisać, a nie Sztukę. Więc napisałam tylko jeden kawałek, a po powrocie okazało się, że niepostrzeżenie minął maj, a w maju P. miał likwidować serwer, na którym od początku stoją wszystkie moje strony, my zaś nie ogarnęliśmy się z przeniesieniem. Więc przenoszenie, które, jak pewnie zauważyliście, nie poszło bezproblemowo i jakieś trzy dni na blogach świeciło 404. Więc znów nie pisałam, to znaczy napisałam tylko jeden kawałek Czyżykowa w edytorze tekstu, jak zwierzę. Wyszedł jakiś krótki.

Przy tym całym przenoszeniu Cain od niechcenia machnął mi nową stronę główną według spontanicznie zgłoszonego pomysłu Taty. Panowie, jesteście super.

Wracając do naszych blogów, okazuje się, że gdy tylko mam wolną chwilę, albo pracuję, albo piszę kawałek historii, albo notuję Lichowe postępy na jej blogu.  Bardzo często, gdy mam zajęte ręce i wolną głowę, układam notki na ten blog, ale potem i tak nie mam czasu ich napisać albo zapominam. Na pewno miałam takich z dziesięć od poprzedniego wpisu, tylko w głowie i tylko przez kwadrans. Nawet nie obiecam, że postaram się poprawić, to znaczy chciałabym, dla samej siebie, ale pracy będę miała raczej więcej, niż mniej, co ma swoje zalety, nie ukrywam.

W skrócie więc, co u mnie. Na działce byłam, nie pływałam, spacerowałam, dziecku rzekę pokazałam. Nie była zainteresowana. Miałam skakać na paralotni w miniony weekend, ale z miliona powodów przełożyłam na piątek. Trzymajcie kciuki, bo zostawiam rodzinę i muszę obrócić w ciągu jednego dnia, a to w Gliwicach jest i nie ma wieczornego pociągu. W dzień matkuję, w nocy pracuję zawodowo, tonę w bałaganie i pragnę odskoczni (paralotnia to może być to, owszem). I tyle w sumie.

Szafkę do łazienki muszę sobie kupić. Malutką, bo nie ma miejsca, ale dużą, żeby rzeczy pomieścić. Myślę o takiej: http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/30189024/