Archiwa kategorii: life

Papiloty

Było tak, że umówiłam się z sąsiadką na basen. Ten słony. We dwie raźniej, a sama to się nawet do sauny wstydziłam pójść. Bo jeszcze nigdy nie byłam, taka mało światowa jestem. No i ona, sąsiadka, nie sauna, przyszła po mnie rano. Niedawno wstana, ubrana normalnie, nieumalowana.

I wyglądała jak pieprzony milion dolców.

A ja w mentalnych papilotach i realnych nie umytych włosach, w ciuchach, które chwilę temu wydawały się w porządku (czyste, nie bardzo stare), na szybko oskrobana maszynką do golenia, żeby nie było wstyd w kostiumie. (I starsza o blisko dekadę, tak.)

Poszłyśmy na ten basen, popływałyśmy, weszłyśmy do sauny suchej i do sauny parowej, a nawet oblałyśmy się wiadrem zimnej wody. No, niecałym. Wracając kupiłyśmy sobie kosmetyki – dla samopoczucia – i ciastka – dla urody. Było bardzo fajnie, bo ja moją sąsiadkę ogromnie lubię.

A gdzieś po drodze zrobiłam mocne postanowienie: nigdy więcej papilotów.

 

Glany

Miałam w życiu jedne, jedyne. Kupione w wieku bodaj 19 lat za 170 zł, co było niewysoką ceną za glany i ogromną kwotą dla mnie. Nosiłam je z poświęceniem, choć były trochę za ciasne, udając, że wcale nie mam stópek księżniczki (obtartych, dziurawych od byle pantofelka); wymieniałam kolejne sznurówki, pastowałam, pieściłam. Parę lat później pojechałam w nich w góry i dostałam zapalenia ścięgna Achillesa. Jakoś w międzyczasie odkryłam, co się robi ze stopami, gdy człowiek nosi wyłącznie glany i doszłam do wniosku, że ja jednak dziękuję.

Ale stały w szafie, stały latami, okazjonalnie pastowane, zakładane najpierw parę razy do roku na ogniska, potem raz, potem już wcale. Przeprowadzały się ze mną do kolejnych mieszkań, zajmując miejsce w kolejnych szafach. A dziś wreszcie obejrzałam je krytycznie, dostrzegłam ich stan, spakowałam w torbę i postawiłam obok śmieci do wyrzucenia.

Jakbym wyrzucała kawał życia normalnie.

Dbam o siebie

Doszłam do wniosku, że nie mogę być taka coraz słabsza i coraz szczuplejsza i trzeba się wziąć za siebie. Wyliczyłam sobie, że powinnam jeść 2500 kcal dziennie, zainstalowałam specjalny kalkulator w komórce i liczę. Nie jest łatwo. Primo, ja tyle nie jadam, nie jestem przyzwyczajona. I nie bardzo mam czas, zwłaszcza szykować, a gotowe często równa się mniej zdrowe, że o kosztach nie wspomnę. Koło 20.00 zwykle okazuje się, że brak mi jeszcze 700 kcal, czyli akurat tyle, o ile zwiększyło się moje zapotrzebowanie w związku z karmieniem Licha.
Secundo, w mojej aplikacji – a także na stronach internetowych – nie ma wielu rzeczy, które jem. Nic dziwnego; użytkownicy tego typu stron zwykle starają się schudnąć i nie jedzą napoleonek lub kurczaka w cieście.

Jednocześnie zaczęłam chodzić na aerobik, żeby nabrać trochę kondycji. Chodzę razem z Lichem, dzięki czemu mogę to robić dwa razy w tygodniu rano. Po pierwszych zajęciach kupiłam sobie spodnie do aerobiku i jestem szykowna. Na weekendy planuję samotny basen, a mam tu w okolicy taki słony, bez chloru. Kostium w drodze.

Po zakupach garderobianych widać, jaka ze mnie była sportowa dziewczyna. Miałam tylko ciuchy w góry (ale plecaka już nie). I efektowne bikini do świecenia brzuchem na plaży. Tymczasem wspomniany aerobik całkiem mi się spodobał. W życiu bym się tego po sobie nie spodziewała.

Po ponad tygodniu liczenia kalorii waga przestała spadać, a nawet jakby leciutko ruszyła w górę. Domyślam się, że na efekty ćwiczeń będę musiała czekać trochę dłużej, toteż trzymajcie kciuki za moją cierpliwość…

Kaawyyy

Pierwszy dzień bez mleka (lekarz młodej zalecił mi odstawienie mleka i jego przetworów). Sytuacja wygląda tak, że czarnej kawy nie piję, z mleka sojowego też zrezygnowałam, a ryżowego nie było ani w Tesco, ani w Carrefourze. Planuję odwiedzić sklep ze zdrową żywnością, tymczasem jednak czekam na kuriera z zakupami. Głodna, bo w domu tylko żółty ser. I bez kawy. Herbaty też nie mogę się napić, bo na pusty żołądek mi szkodzi. Piję więc wodę i tępo patrzę przed siebie.

Mózgu, obudź się.

Żyję, żyję

Cisza na tym blogu nie znaczy wcale, że nic się u mnie nie dzieje. Przeciwnie, jak na matkę niemowlęcia, które nie lubi spędów, prowadzę dość szalone życie towarzyskie. Spotykam się z innymi mamami, bywam na imprezach – często z dzieckiem, czasem bez – zdarza mi się też urwać gdzieś samej. Dwa tygodnie temu byłam w Oceanie Spokojnym – centrum relaksu, gdzie zamknęłam się w kapsule ze słoną wodą i dryfowałam w niej bitą godzinę. Tydzień temu pojechaliśmy do teściów pod Warszawę. A w ostatni weekend zaliczyliśmy trzy imprezy: najpierw w trójkę, potem w podgrupach podzielonych według płci, a następnie sami dorośli. Na przyszłą sobotę mamy pięć zaproszeń; z konieczności wybraliśmy jedno, ale i to może okazać się zbyt wiele dla naszej lubiącej spokój córki.

Dziś natomiast Cain jest pierwszy dzień w nowej pracy, Licho zostało zaszczepione, a ja noszę, bujam i zaciskam zęby. I od trzech godzin wieszam jedno pranie. To może pójdę i dokończę, życzcie mi szczęścia.

Młoda staruszka

Boli mnie WSZYSTKO. Łydki, kolana i uda. Plecy (ojezu, ale jak). Ręce, barki, nadgarstki. A najbardziej kostki nóg. Kostki bolą od kilku tygodni i w dodatku puchną. Nie pomaga wapń, witamina D ani spacery. Ani ruch, ani odpoczynek. Słowem – ogólna masakra.

Większość tych dolegliwości to zwykłe uroki macierzyństwa. Żałuję, że nie weszłam w nie z lepszą kondycją; niestety zawsze byłam raczej z tych drobnych i słabych. Z kostkami przejdę się chyba do lekarza, ale podejrzewam, że przejdzie samo. Za jakieś pięć lat ;)

Luty struty

Chorowaliśmy – można rzec, że rodzinnie, bo zarówno my, jak i Siostra z całą czeredą. Zaraza krótka, lecz zjadliwa; po dwóch dniach choroby – tydzień osłabienia. Tylko najmłodsze dzieci, te na maminym mleku, wykpiły się lekką wersją.

Kain dostał się do chirurga, który miał mu wyleczyć ganglion. Czy wyleczył – to się okaże, bowiem prywatny ortopeda wspominał coś o lekach, ale państwowa przychodnia ani myślała je stosować. Przebili igłą, wyciągnęli płyn i mówią, że jak wróci, to zapraszają ponownie. Podobno jest szansa, że nie wróci. Wolałabym, żeby leczył się prywatnie, ale o kosztach już pisałam :/ Notabene jedna państwowa przychodnia zarzekała się, że to do ortopedy, a druga, że do chirurga. Ta druga miała krótszy termin oczekiwania – ortopeda na NFZ dostępny JUŻ w czerwcu.

Luty się kończy i wciąż nie wiadomo, gdzie Kain będzie pracował. Chciałabym, żeby już coś zostało klepnięte.

Zmarła przyjaciółka mojej mamy, ciocia, z której synem byliśmy w dzieciństwie nierozłączni. Zaledwie w zeszłym tygodniu odwiedziłam ją z Lilą i wmawiałam sobie, że będzie dobrze. Byłam na pogrzebie, ale ze wszystkich sił staram się nie myśleć o sprawach ostatecznych. O tym na przykład, że były z moją mamą niemal w tym samym wieku. Albo o tym, jak się czują jej dzieci. Nie mogę. Wkładam zbroję, skupiam się na sprawach praktycznych, myję podłogę, umawiam się z ludźmi, planuję budżet.

Zimo, odpuść już.

Zaraza

Cain złapał trzecią w tym miesiącu infekcję i tą trzecią wreszcie zdołał mnie zarazić. Leżę więc i czuję się paskudnie, on powoli dochodzi do siebie, a Licho głównie śpi – pewnie też walczy, choć, odpukać, nie ma żadnych objawów choroby.

Nie ma jak gorące Walentynki.

Ruch

Brakuje mi ruchu. Pierwszy raz w życiu. Ciążę spędziłam głównie na siedząco, zwłaszcza drugą połowę, odkąd kręgosłup dał o sobie znać. Potem kilka tygodni polegiwania w łóżku po urodzeniu małej, powolny powrót do pionu, pierwsze spacery.
Teraz córka ma dwa i pół miesiąca i waży 6 kg, a ja ją noszę. Codziennie też chodzimy na spacery, godzinne lub dwugodzinne. Jednak chodzenie z wózkiem lub z dzieckiem na ręku to ruch specyficzny, przy którym plecy i ramiona są spięte. A mi – jak nigdy – brakuje ruchu swobodnego. Pływania. Biegania. Gimnastyki. Nie wiem, czego.

Staram się codziennie robić moje ćwiczenia rehabilitacyjne. To jakiś kwadrans delikatnych ćwiczeń na mięśnie pleców i brzucha. Czuję się po nich trochę lepiej, choć szczerze ich nienawidzę. Poszłabym na basen, ale tu jest mały haczyk: okazuje się, że powinnam pływać kraulem, a umiem tylko żabką. Muszę więc pójść na jakiś kurs, a to już trudniejsze i droższe zadanie.

Kiedy przyjdzie wiosna, zacznę chyba biegać. Ja! Biegać!