Archiwa kategorii: life

Nie mam czasu na pisanie, na słowotok, blogowanie

Jak się okazuje, pisanie książki zajmuje dużo czasu i niemało mózgu. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że od 19 maja nie było tu żadnej notki. W tym czasie starałam się codziennie pisać Czyżykowo, ale na długi weekend wyjechaliśmy na działkę, a tam cienko z internetem. Że niby mogłam pisać offline? Please! Oflajn to ja mogę harmonogramy do pracy pisać, a nie Sztukę. Więc napisałam tylko jeden kawałek, a po powrocie okazało się, że niepostrzeżenie minął maj, a w maju P. miał likwidować serwer, na którym od początku stoją wszystkie moje strony, my zaś nie ogarnęliśmy się z przeniesieniem. Więc przenoszenie, które, jak pewnie zauważyliście, nie poszło bezproblemowo i jakieś trzy dni na blogach świeciło 404. Więc znów nie pisałam, to znaczy napisałam tylko jeden kawałek Czyżykowa w edytorze tekstu, jak zwierzę. Wyszedł jakiś krótki.

Przy tym całym przenoszeniu Cain od niechcenia machnął mi nową stronę główną według spontanicznie zgłoszonego pomysłu Taty. Panowie, jesteście super.

Wracając do naszych blogów, okazuje się, że gdy tylko mam wolną chwilę, albo pracuję, albo piszę kawałek historii, albo notuję Lichowe postępy na jej blogu.  Bardzo często, gdy mam zajęte ręce i wolną głowę, układam notki na ten blog, ale potem i tak nie mam czasu ich napisać albo zapominam. Na pewno miałam takich z dziesięć od poprzedniego wpisu, tylko w głowie i tylko przez kwadrans. Nawet nie obiecam, że postaram się poprawić, to znaczy chciałabym, dla samej siebie, ale pracy będę miała raczej więcej, niż mniej, co ma swoje zalety, nie ukrywam.

W skrócie więc, co u mnie. Na działce byłam, nie pływałam, spacerowałam, dziecku rzekę pokazałam. Nie była zainteresowana. Miałam skakać na paralotni w miniony weekend, ale z miliona powodów przełożyłam na piątek. Trzymajcie kciuki, bo zostawiam rodzinę i muszę obrócić w ciągu jednego dnia, a to w Gliwicach jest i nie ma wieczornego pociągu. W dzień matkuję, w nocy pracuję zawodowo, tonę w bałaganie i pragnę odskoczni (paralotnia to może być to, owszem). I tyle w sumie.

Szafkę do łazienki muszę sobie kupić. Malutką, bo nie ma miejsca, ale dużą, żeby rzeczy pomieścić. Myślę o takiej: http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/30189024/

Papiloty

Było tak, że umówiłam się z sąsiadką na basen. Ten słony. We dwie raźniej, a sama to się nawet do sauny wstydziłam pójść. Bo jeszcze nigdy nie byłam, taka mało światowa jestem. No i ona, sąsiadka, nie sauna, przyszła po mnie rano. Niedawno wstana, ubrana normalnie, nieumalowana.

I wyglądała jak pieprzony milion dolców.

A ja w mentalnych papilotach i realnych nie umytych włosach, w ciuchach, które chwilę temu wydawały się w porządku (czyste, nie bardzo stare), na szybko oskrobana maszynką do golenia, żeby nie było wstyd w kostiumie. (I starsza o blisko dekadę, tak.)

Poszłyśmy na ten basen, popływałyśmy, weszłyśmy do sauny suchej i do sauny parowej, a nawet oblałyśmy się wiadrem zimnej wody. No, niecałym. Wracając kupiłyśmy sobie kosmetyki – dla samopoczucia – i ciastka – dla urody. Było bardzo fajnie, bo ja moją sąsiadkę ogromnie lubię.

A gdzieś po drodze zrobiłam mocne postanowienie: nigdy więcej papilotów.

 

Glany

Miałam w życiu jedne, jedyne. Kupione w wieku bodaj 19 lat za 170 zł, co było niewysoką ceną za glany i ogromną kwotą dla mnie. Nosiłam je z poświęceniem, choć były trochę za ciasne, udając, że wcale nie mam stópek księżniczki (obtartych, dziurawych od byle pantofelka); wymieniałam kolejne sznurówki, pastowałam, pieściłam. Parę lat później pojechałam w nich w góry i dostałam zapalenia ścięgna Achillesa. Jakoś w międzyczasie odkryłam, co się robi ze stopami, gdy człowiek nosi wyłącznie glany i doszłam do wniosku, że ja jednak dziękuję.

Ale stały w szafie, stały latami, okazjonalnie pastowane, zakładane najpierw parę razy do roku na ogniska, potem raz, potem już wcale. Przeprowadzały się ze mną do kolejnych mieszkań, zajmując miejsce w kolejnych szafach. A dziś wreszcie obejrzałam je krytycznie, dostrzegłam ich stan, spakowałam w torbę i postawiłam obok śmieci do wyrzucenia.

Jakbym wyrzucała kawał życia normalnie.

Dbam o siebie

Doszłam do wniosku, że nie mogę być taka coraz słabsza i coraz szczuplejsza i trzeba się wziąć za siebie. Wyliczyłam sobie, że powinnam jeść 2500 kcal dziennie, zainstalowałam specjalny kalkulator w komórce i liczę. Nie jest łatwo. Primo, ja tyle nie jadam, nie jestem przyzwyczajona. I nie bardzo mam czas, zwłaszcza szykować, a gotowe często równa się mniej zdrowe, że o kosztach nie wspomnę. Koło 20.00 zwykle okazuje się, że brak mi jeszcze 700 kcal, czyli akurat tyle, o ile zwiększyło się moje zapotrzebowanie w związku z karmieniem Licha.
Secundo, w mojej aplikacji – a także na stronach internetowych – nie ma wielu rzeczy, które jem. Nic dziwnego; użytkownicy tego typu stron zwykle starają się schudnąć i nie jedzą napoleonek lub kurczaka w cieście.

Jednocześnie zaczęłam chodzić na aerobik, żeby nabrać trochę kondycji. Chodzę razem z Lichem, dzięki czemu mogę to robić dwa razy w tygodniu rano. Po pierwszych zajęciach kupiłam sobie spodnie do aerobiku i jestem szykowna. Na weekendy planuję samotny basen, a mam tu w okolicy taki słony, bez chloru. Kostium w drodze.

Po zakupach garderobianych widać, jaka ze mnie była sportowa dziewczyna. Miałam tylko ciuchy w góry (ale plecaka już nie). I efektowne bikini do świecenia brzuchem na plaży. Tymczasem wspomniany aerobik całkiem mi się spodobał. W życiu bym się tego po sobie nie spodziewała.

Po ponad tygodniu liczenia kalorii waga przestała spadać, a nawet jakby leciutko ruszyła w górę. Domyślam się, że na efekty ćwiczeń będę musiała czekać trochę dłużej, toteż trzymajcie kciuki za moją cierpliwość…

Kaawyyy

Pierwszy dzień bez mleka (lekarz młodej zalecił mi odstawienie mleka i jego przetworów). Sytuacja wygląda tak, że czarnej kawy nie piję, z mleka sojowego też zrezygnowałam, a ryżowego nie było ani w Tesco, ani w Carrefourze. Planuję odwiedzić sklep ze zdrową żywnością, tymczasem jednak czekam na kuriera z zakupami. Głodna, bo w domu tylko żółty ser. I bez kawy. Herbaty też nie mogę się napić, bo na pusty żołądek mi szkodzi. Piję więc wodę i tępo patrzę przed siebie.

Mózgu, obudź się.

Żyję, żyję

Cisza na tym blogu nie znaczy wcale, że nic się u mnie nie dzieje. Przeciwnie, jak na matkę niemowlęcia, które nie lubi spędów, prowadzę dość szalone życie towarzyskie. Spotykam się z innymi mamami, bywam na imprezach – często z dzieckiem, czasem bez – zdarza mi się też urwać gdzieś samej. Dwa tygodnie temu byłam w Oceanie Spokojnym – centrum relaksu, gdzie zamknęłam się w kapsule ze słoną wodą i dryfowałam w niej bitą godzinę. Tydzień temu pojechaliśmy do teściów pod Warszawę. A w ostatni weekend zaliczyliśmy trzy imprezy: najpierw w trójkę, potem w podgrupach podzielonych według płci, a następnie sami dorośli. Na przyszłą sobotę mamy pięć zaproszeń; z konieczności wybraliśmy jedno, ale i to może okazać się zbyt wiele dla naszej lubiącej spokój córki.

Dziś natomiast Cain jest pierwszy dzień w nowej pracy, Licho zostało zaszczepione, a ja noszę, bujam i zaciskam zęby. I od trzech godzin wieszam jedno pranie. To może pójdę i dokończę, życzcie mi szczęścia.

Młoda staruszka

Boli mnie WSZYSTKO. Łydki, kolana i uda. Plecy (ojezu, ale jak). Ręce, barki, nadgarstki. A najbardziej kostki nóg. Kostki bolą od kilku tygodni i w dodatku puchną. Nie pomaga wapń, witamina D ani spacery. Ani ruch, ani odpoczynek. Słowem – ogólna masakra.

Większość tych dolegliwości to zwykłe uroki macierzyństwa. Żałuję, że nie weszłam w nie z lepszą kondycją; niestety zawsze byłam raczej z tych drobnych i słabych. Z kostkami przejdę się chyba do lekarza, ale podejrzewam, że przejdzie samo. Za jakieś pięć lat ;)

Luty struty

Chorowaliśmy – można rzec, że rodzinnie, bo zarówno my, jak i Siostra z całą czeredą. Zaraza krótka, lecz zjadliwa; po dwóch dniach choroby – tydzień osłabienia. Tylko najmłodsze dzieci, te na maminym mleku, wykpiły się lekką wersją.

Kain dostał się do chirurga, który miał mu wyleczyć ganglion. Czy wyleczył – to się okaże, bowiem prywatny ortopeda wspominał coś o lekach, ale państwowa przychodnia ani myślała je stosować. Przebili igłą, wyciągnęli płyn i mówią, że jak wróci, to zapraszają ponownie. Podobno jest szansa, że nie wróci. Wolałabym, żeby leczył się prywatnie, ale o kosztach już pisałam :/ Notabene jedna państwowa przychodnia zarzekała się, że to do ortopedy, a druga, że do chirurga. Ta druga miała krótszy termin oczekiwania – ortopeda na NFZ dostępny JUŻ w czerwcu.

Luty się kończy i wciąż nie wiadomo, gdzie Kain będzie pracował. Chciałabym, żeby już coś zostało klepnięte.

Zmarła przyjaciółka mojej mamy, ciocia, z której synem byliśmy w dzieciństwie nierozłączni. Zaledwie w zeszłym tygodniu odwiedziłam ją z Lilą i wmawiałam sobie, że będzie dobrze. Byłam na pogrzebie, ale ze wszystkich sił staram się nie myśleć o sprawach ostatecznych. O tym na przykład, że były z moją mamą niemal w tym samym wieku. Albo o tym, jak się czują jej dzieci. Nie mogę. Wkładam zbroję, skupiam się na sprawach praktycznych, myję podłogę, umawiam się z ludźmi, planuję budżet.

Zimo, odpuść już.

Zaraza

Cain złapał trzecią w tym miesiącu infekcję i tą trzecią wreszcie zdołał mnie zarazić. Leżę więc i czuję się paskudnie, on powoli dochodzi do siebie, a Licho głównie śpi – pewnie też walczy, choć, odpukać, nie ma żadnych objawów choroby.

Nie ma jak gorące Walentynki.