Archiwa kategorii: literatura

Możliwości

Co zrobić z kimś, kto coraz częściej się pojawiał
w snach, aż stał się najczęstszym w nich gościem? Obawiać
się tej częstotliwości? Tego przenikania
przez dwa przylegające do siebie naskórkami ciała

poruszane spokojnym oddechem? Bo toniesz.
Fale się zamykają. Zamókł proch ze spłonek,
wszystkie mosty przejęte, miasta oblężone,

drogami maszerują zwycięskie oddziały.
Śpisz, a on wpływa w ciebie, i jest w tobie cały,

z aparatem na zębach, owłosieniem łydek
i kruchymi biodrami. Szukać alternatyw?
Czy przyjąć, objąć, podjąć? Okryć eternitem?

Obracasz się na drugi bok, ale zostajesz,
choć wiesz, że jakieś zdanie albo partykuła
zawsze zdoła się wślizgnąć nieznanym fortelem
pomiędzy „żyli długo” a „żyli szczęśliwie”.

– Jacek Dehnel

Zakład

Zaczęłam dziś opowiadanie, które w śmiałym zamyśle ma być częścią książki i przynieść mi sławę oraz fortunę. Ponieważ mam ogromny problem z długimi formami, przy czym „długa” oznacza dla mnie więcej, niż cztery akapity, w bólach stworzyłam jedną stronę. Czyta się miło, ale to oczywiście dopiero sam początek, a ja już jestem trochę zmęczona wątkiem.

Tak to ze mną jest, że efekty swoich prac i pomysłów chciałabym widzieć od razu, już, natychmiast. Gdybym mogła napisać książkę tak szybko, jak ją wymyśliłam, przenieść na papier obrazy, które mam w głowie w takim tempie, w jakim one powstają – nawet nie obrazy, nawet i słowa. Pisze się tak powoli, a myśli tak szybko. Ta dysproporcja ogromnie mnie zniechęca, bo ja składam zdania natychmiast, rzadko muszę nad nimi myśleć, więc proces pisania jest dla mnie tak wolny i nużący, jakby ktoś kazał Wam cały dzień chodzić stópkami albo obierać ziemniaki w nieprzerwanym, zwolnionym tempie (jeden na godzinę), albo mówić po jednej głosce. Trudno mi, pisząc, utrzymać w głowie następne zdania i akapity, które już był wymyślone, gotowe i które rozwiewają się w dym w czasie, gdy ja zapisuję poprzednie.

Może to tylko problem z koncentracją, niestety towarzyszy mi on od zawsze. Z tego samego powodu nie potrafię się uczyć z książek oraz nie uprawiam sportu. To jest nuuudne, trzeba robić tę samą rzecz długo, nie da się jednocześnie robić czegoś innego i jeszcze (w przypadku uczenia się) trzeba przy tym być skoncentrowanym. I jeszcze filmów na jutubie nie oglądam, też z tego powodu. Raz na jakiś czas ktoś mi przysyła filmik („widziałaś to?”), a mi palec usycha od razu, jak mam kliknąć w „play”, bo wiem, że będę musiała porzucić wszystko, co robię – czyli pisanie i czytanie na raz fejsa, blipa, bloga, granie, rozmawianie, słuchanie muzyki i gotowanie – żeby przez kilka minut patrzeć w jedno miejsce, bez przełączania, bo stracę połowę akcji przecież. I jeszcze swoją muzę będę musiała wyłączyć, fuj.

Więc zaczęłam opowiadanie i od razu okazało się, że dukam je po akapicie, przerywając czym popadnie, i że przez pół dnia napisałam stronę.  Ale założyłam się z Bagherrą, która ma podobny problem (tylko już 6 stron) o to, która pierwsza dobije do setki. Przegrana robi wygranej masaż całego ciała, więc nie ma lekko. Żeby uniknąć wspólnej, spektakularnej przegranej, ustaliłyśmy dwumiesięczny termin i zakaz informowania się o postępach. Że niby cały czas będę myśleć: „A może ona ma już 90 stron i zaraz będę popylać na to jej zadupie z olejkiem do masażu?! Niedoczekanie!”

No, tak więc trzymajcie kciuki, a jak będziecie dobrze trzymać, to dostaniecie próbkę. Tekstu, nie masażu ;)

anksfoto

Zamiastem

Nie jadę w Bieszczady. Może za tydzień. Jadę zamiast tego do Krakowa, gdzie zamierzam spędzić trzy i pół dnia na spotkaniach, rozrywkach i pisaniu.

Chodzi mi po głowie zbiór opowiadań. Do napisania. Kilka tematów czeka tylko na chwilę, kiedy usiądę przy komputerze sama i z oceanem wolnego czasu. Jest szansa i są wielkie chęci, tak więc jestem dobrej myśli.

Natomiast zabawnie będzie, jeśli się okaże na przykład, że wcale nie umiem pisać nic dłuższego, niż artykuł sposorowany na dwa i pół tysiąca znaków ;)

Bezsenność, a więc Homer

„Bezsenność. A więc Homer. Naprężone żagle.
W okrętów katalogu jestem już połowie,
za stadem nieobjętym, za żurawi mrowiem,
co kiedyś nad Helladą przeciągnęły nagle.

Granice w obcej ziemi sznur żurawi kraje
osiada na królewskich głowach święta piana.
I dokąd tak płyniecie? Gdyby nie porwana
Helena, sama Troja po cóż wam, Achaje?

Ożywia wszystko miłość: morze i Homera.
I kogóż mam usłuchać? Milknie głos rapsoda
i wieszcząc wśród poszumu czarna morska woda
z hurgotem ociężałym ku wegłowiu wzbiera.”

– Osip Mandelsztam, przekład nie pamiętam, czyj

A tutaj przekład Rymkiewicza.

Besźel

„Chodziłem do pracy na piechotę, mijając ceglane łuki: ich szczyty, którędy prowadziły tory, znajdowały się gdzie indziej, ale nie wszystkie ich podstawy leżały za granicą. Przy tych, które mogłem zobaczyć, ulokowano małe sklepiki, znajdowały się tam też zajęte przez dzikich lokatorów pustostany, ozdobione barwnymi graffiti. W Besźel była to spokojna dzielnica, ale na ulicach roiło się od tych, którzy przebywali gdzie indziej. Przeoczałem ich, ale omijanie wszystkich zajmowało sporo czasu.”

„Wziąłem taksówkę i ruszyłem powoli przez korki. Ruch na Pont Mahest był intensywny, miejscowo i gdzie indziej. Gdy posuwaliśmy się ospale ku zachodniemu brzegowi, przez kilka minut nie miałem nic do roboty poza wpatrywaniem się w zanieczyszczoną rzekę, dym i brudne statki lśniące w odbitym blasku wieżowców o lustrzanych ścianach, stojących na cudzoziemskim brzegu, gdzie znajdowała się budząca zazdrość dzielnica finansowa. Besźańskie holowniki kołysały się na falach za ignorowanymi przez nie taksówkami wodnymi.”

„Rankiem po nasypie odległym o kilkanaście metrów od mojego domu okna przejeżdżały pociągi. Nie znajdowały się w moim mieście. Wagony były tak blisko, że mógłbym zajrzeć do środka i spojrzeć w oczy cudzoziemskim pasażerom, ale rzecz jasna nie robiłem tego.”

China Miéville „Miasto i miasto”

Ojczyzną moją jest muzyka

„Ojczyzną moją jest muzyka. A ty jesteś jak nuta rzewna,
z którą na ustach, po latach, wraca się w muzykę jak do domu.
Tylko się nie trwóż, Saskia. A możesz mi być jeszcze tak strasznie potrzebna,
że chyba tylko śmierci. Ale już cię nie oddam nikomu.

Jeżeli wszystkie niebiosa i wszystkie w nich serafiny
krzykiem tęsknoty wybłagam, by się spełniła twa chwała,
jeżeli powiem ci więcej: że jesteś ponad rubiny,
O jedno proszę cię, Saskia: – Nie bądź zarozumiała.

Pięć lat milczałem jak głaz stoczony ponad pochyłość,
pięć lat milczałem jak lód – co będzie, gdy lody popłyną?
I nagle na wargi spieczone żywą wodą upadła miłość
i rozwiązała mi język jak wino.

Słuchaj, Saskia, cokolwiek się stanie,
złotą chmurą zostaniesz w legendzie.
Bo wypisane jest ogniem na ścianie:
już cię nikt tak jak ja kochać nie będzie.

Sięgnij po nieśmiertelność, Saskia, tak jak się sięga po szmaragd,
gitarę, wstążkę lub jabłko, wysokie, rumiane ogromnie.
Gitara, jabłko przeminą. Jak komar brzęczy gitara.
Lecz ja to w księgę zamykam. Saskia, uśmiechnij się do mnie.”

Konstanty Ildefons Gałczyński
1945

Dobra Wróżka nie istnieje

Nauczyłam się czytać w wieku czterech lat. Nie było wtedy kolorowych telewizorów, kablówki, internetu, wypożyczalni video i bogatego repertuaru kinowego. Połknąwszy „Kubusia Puchatka” i różne „Poczytaj mi, mamo” zabrałam się kolejno za „Doktora Dolittle”, „Mary Poppins”, Muminki, baśnie braci Grimm, Andersena, „Alicję w Krainie Czarów”…
po czym skończyły mi się bajki i gdzieś w okolicach pierwszej klasy wzięłam się za Montgomery, Maya i Chmielewską.

Z powyższych przyczyn z większością baśni zapoznałam się, zanim dobrała się do nich wytwórnia Disneya lub przynajmniej za nim te, do których się już była dobrała, dotarły pod polskie strzechy. Uładzone i wygładzone wersje znanych mi historii przyjęłam bez rewelacji, nauczona od początku, że książka sobie, a film sobie. Do dziś unikam oglądania ekranizacji, jeśli przedtem nie przeczytałam książki, a do filmów na podstawie lub
„na motywach” moich ulubionych powieści podchodzę bardzo ostrożnie
i sceptycznie, co mi oszczędza wielu rozczarowań. Ale nie o tym. Z wiekiem bowiem coraz częściej spotykam ludzi, którzy edukację „bajkową” odbyli tylko za nieudolnym pośrednictwem pana Disneya i jego ekipy, a jeśli czytali książki, to zazwyczaj były to kolorowe cudeńka wydane razem z filmem – okrojona opowieść na podstawie okrojonej filmowej wersji.

Ponieważ do tych ludzi należy także Kain, rozpoczęłam edukację.
Na pierwszy ogień poszedł „Mały Książę”, teraz jesteśmy w połowie „Kubusia Puchatka” i pomału zezuję w stronę braci Grimm i Andersena. Trochę przy tym spoileruję, a mój mąż z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami przyjmuje informacje, że Kopciuszek nie miał żadnej Dobrej Wróżki Matki Chrzestnej, że Mała Syrenka nie wyszła za księcia, Pan Sowa był rodzaju żeńskiego (przynajmniej w polskim przekładzie), a roszpunka to rodzaj sałaty.

Nie jest lekko, proszę Państwa ;) Ale staramy się, działamy, praca
u podstaw i te sprawy. Czytam na głos wieczorami lub rano w weekendy,
w łóżku lub w wannie, po jednym rozdziale, czasem dwa. To miłe i ciepłe chwile, lubię czytać mu na głos bajki z mojego dzieciństwa i razem się
z nich cieszyć.

Jednakowoż apeluję: edukujcie swoje dzieci. Czytajcie im wartościowe książki, rozmawiajcie o literaturze i kinematografii, większym podsuwajcie oryginalne wersje. Wszak czego Jaś się nie nauczy, to Janowi będzie musiała wtłoczyć do głowy Małgosia ;)

Dziś już dla dam świat nie ten sam

Można mnie kupić za słowa. Pewnie nie powinnam się do tego przyznawać, ale co tam, i tak już wszyscy wiedzą, taktykę na mnie można zgadnąć w pięć sekund. Kiedy ktoś do mnie ładnie mówi, poddaję się bez walki, nie licząc walki na słowa, ale to akurat silniejsze ode mnie.

To trochę żenujące, jak łatwo mnie podbić dobrym komplementem, oryginalnym cytatem, zgrabną frazą. Są ludzie, których uwielbiam za słowa i cała reszta ich osoby mogłaby być zupełnie nieciekawa – nie, wróć, nie wierzę w nieciekawych ludzi, którzy tylko ciekawie mówią.
I wpadam jak śliwka w kompot, wpadam z deszczu pod rynnę, podkładam się jak ostatnia idiotka, bo wszystkie ładne słowa zapadają mi gdzieś głęboko. Potem, kiedy zderzają się z rzeczywistością, jestem niezmiennie (niezmiernie) zdziwiona, otwieram szeroko oczęta i mrugając pytam:
„Ale jak to? Przecież tak pięknie mówił?”

Pociesza, że nie jestem jedyna. Co ciekawe, najlepiej o tym piszą mężczyźni: Przybora (patrz tytuł), Szymkiewicz (patrz piosenka), Debergerac (w moim ulubionym z jego wierszy):

„Dziewczyna z językiem

Ona ma dar języka i słowa się do niej garną
elektryzują powietrze skacząc dokoła jak iskry
albo strzelają do góry z fajerwerkowym poświstem
względnie malują po ścianach na biało, czerwono i czarno.

I każde z nich jest kobietą. Przed szafą pełną znaczeń
staje co rano niepewne co dzisiaj na siebie włoży
czy będzie ostre jak oset czy trawą się będzie płożyć
i żadne z nich, nawet w zdaniu, nie jest ci dane na zawsze.

Ona ma dar języka. Potrafi go owinąć
w mgłę miękką o poranku. Potrafi nim zespolić
wieczór, papieros i wino

Język. W ust aureoli
jest serpentyną.
Poliż.”

Poeta w czasie pisania

„Poeta w czasie pisania
to człowiek odwrócony
tyłem do świata
do nieporządku
rzeczywistości

Poeta w czasie pisania
jest bezbronny
łatwo go wtedy zaskoczyć
ośmieszyć przestraszyć

wynurzył się
wyszedł ze świata
zwierzęcego
na wędrownych piaskach
widać ślady jego ptasich
nóżek

z oddali dochodzą jeszcze
głosy słowa
ziarnisty śmiech
kobiet

ale nie wolno mu
spojrzeć
za siebie

wyrzucony na powierzchnię
pusty poniewiera się
po mieszkaniu

zakrywa twarz
na której maluje się
zdumienie
błąka uśmiech

jeszcze nie potrafi
odpowiadać
na najprostsze pytania

słyszał oddech wieczności
przyspieszony
nieregularny”

Tadeusz Różewicz

Wierszyk z przedszkolnego przedstawienia:

„Żabie kłopoty”

Pewna żaba, chociaż miła,
zmywać naczyń nie lubiła
i mówiła tak z przejęciem:
– Oj, okrrropne to zajęcie,
wolę z boćkiem jeść śniadanie,
niż na głowie mieć zmywanie!

W kuchni tworzy się bałagan
i mąż żabkę co dzień błaga:
– Moja żabciu, zmyj naczynia,
patrz co w kuchni się wyczynia!

Żabka na to mu odpowie:
– Mycie naczyń psuje zdrowie,
nie daj boże się ochlapię
i paskudny katar złapię!

Już sąsiadki proszą żabkę:
– Weź zmywaczek, żabko, w łapkę,
drugą łapką chwyćże talerz!
Na to żabka skrzeczy:  – Ależ!
Jeśli o zmywanie chodzi,
to mi na urodę szkodzi!

Mąż ją prosi, przekonuje,
ale nic już nie skutkuje…
– Przyczepili się jak rzepy,
a do naczyń trzeba krzepy,
żeby zmywać trzeba siły,
sam pozmywaj, mężu miły!

Brudnych naczyń sterty rosną…
Może tak pozmywać wiosną?
Deszczyk wiosną często bywa,
przy okazji niech pozmywa!

Mąż wyłysiał ze zgryzoty!
– Zmywasz, żabciu moja?
– Co ty! Ani o zmywaniu myślę,
najpierw chcę się kąpać w Wiśle,
po kąpieli pogadamy,
może razem pozmywamy?

Lecz jak wyszła, tak zginęła,
żabka Wisłę przepłynęła,
prosto na zielone łąki,
by tam wreszcie zbijać bąki!

Mąż zaś rzekł: – Przebrała miarkę!
Pora kupić mi zmywarkę,
co pozmywa i nie skrzeczy!
Ot i koniec całej hecy!

(Mariusz Niemycki)