Archiwa kategorii: miasto

Danek, czyli oczyszczacz powietrza nowym członkiem polskiej rodziny

O matko, znowu Was zaniedbałam! Ale nie ogarniam swojego życia, strasznie wielka ta kuweta i jakoś wiecznie zasyfiona.

A co nowego, spytacie?

Myślałam niedawno, że wyprowadzę nas do Trójmiasta w trybie pilnym. Gdyż smog, Dzidek coraz bardziej grawituje w kierunku astmy, oboje bez przerwy mają zapalenie oskrzeli, Cain też choruje i nawet mnie zaczyna coś jakby częściej boleć głowa, a jestem przecież Matka Polka z Żelaza. No więc patrząc na tę moją chorą rodzinę i wyobrażając sobie wszelkie konsekwencje na przyszłość, a także małe twarzyczki przez połowę roku codziennie w maskach, doszłam do wniosku, że to jest już, kurwa, jakieś postapo. No sorry, ale mnie ta wizja nie bawi, a maluch w obowiązkowej masce antysmogowej wydaje mi się jednak bardziej biedny, niż cool.

Jednakowoż małżonek stawił opór. Ja mu się jakoś bardzo nie dziwię, bo to właśnie on musiałby porzucić bardzo fajną pracę i szukać nowej trzysta kilometrów stąd. Wyliczyłam przełamywanie oporu wraz z realizacją na jakieś kilka miesięcy i wybrałam kompromis. Jak ja, kurwa, nienawidzę kompromisów, to wiem tylko ja i ten biedny mężczyzna, za którego wyszłam. Ale że sama nie mogę zmienić mu pracy (ani wytrzymać sama z dziećmi w innym mieście), to kupiłam sama oczyszczacz powietrza.

Nie no, nie, że samodzielnie zrobiłam research i jeszcze sfinansowałam. Na szczęście mam bliskich ludzi do pomocy (dziękuję po raz setny!).

Teraz Danek mieszka w salonie, który jest też naszą sypialnią i gabinetem, i bawialnią, więc nic z życia domowego chłopak nie traci. W papierach ma Daikin MC70L, ale uznałam, że to zbyt oficjalne, w końcu spędzamy razem całe dnie i noce. Raz na dobę robimy mu turnee po chacie: pokój dzieci i przedpokój. Bo Danek ogarnia wprawdzie prawie 50 metrów kwadratowych, ale przecież nie przez ściany. W ogóle ma wymagania: od ściany pół metra z lewej i tyleż z prawej, z tyłu 10 cm, z góry ileśtam, nie pamiętam, z przodu chce mieć luz, żeby bez przeszkód wciągać powietrze. Powierzchnia koniecznie równiutka. Z dala od anten, bo będzie zakłócał. Koca przy nim nie strzepywać, niczym drobnym koło paszczy mu nie sypać, do kuchni nie brać. Pilota nie zgubić. Trzy różne filtry czyścić i wymieniać (ale rzadko, co parę miesięcy, a te wymienne wniósł w posagu).

Co zyskaliśmy? Przede wszystkim spokój. Na maksa oszczędzamy na nerwach. Krótkie wyjście z dziećmi na dwór w gorszy dzień nie stresuje nas tak bardzo, gdy wiemy, że w domu czysto. Wietrzymy bez specjalnej krępacji, dopóki nie gryzie w gardło (a zdarza się, niestety; parę dni temu po otwarciu okna czułam prawie popiół na języku, paskudne). Danek ma tryb „turbo” i czujki pyłów oraz brzydkich zapachów. Te ostatnie bywają krępujące. Ma też zabezpieczenie przed dziećmi, tryb automatyczny oraz nocny, czujniki do filtrów i schowek na swój posag. Jest wielkości grzejnika i w zasadzie nie zawadza, nawet w tym naszym bajzlu. Nie ma natomiast takiego czujnika, który by pokazywał stopień i rodzaj zanieczyszczeń, więc świeci tak samo na smog, alergeny i wirusy (gdyż, owszem, podobno czyści też z wirusów i bakterii). Aha, gdy aplikacje pokazujące zanieczyszczenie powietrza mają alarmujące słupki, to i Danek dostaje wścieku po otwarciu okien. Świeci kontrolkami i wiuwa wtedy jak dziki, póki się nie upora z tym, co wleciało. To mnie nastraja dość optymistycznie.

Czy zmieniło się coś w kwestii naszego zdrowia – trudno powiedzieć. Mamy go od dwóch tygodni, w tym czasie dzieci wyzdrowiały z zapalenia oskrzeli i nie zapadły na kolejne, to znaczy były oczywiście chore, ale tak normalnie, ze zwykłym kaszlem, katarem i całą resztą. Dzidek od tych samych dwóch tygodni przyjmuje na stałe steryd wziewny, więc nie sposób ocenić, co mu pomogło. Licho się nie odurza, więc może to zasługa Danka, że tym razem jej przeszło ulgowo. Cain miał coś podobnego do grypy. Tak że nie mamy cudownego ozdrowienia w ciągu dwóch dni, prawdaż, choć czytuje się takie historie, zwłaszcza na stronie dystrybutora. Mimo to ja czuję się bezpieczniej i uważam, że to był dobry zakup. Będę raportować, choć zaraz wiosna i znowu za dużo zmiennych ;)

Wczoraj rano Cain spojrzał w apkę i zakrzyknął:
– 208 procent! Otwierać okna, wietrzymy, jest CZYSTE POWIETRZE!

Tak że tak. Warszawa, luty 2017…

Praha 2.0, czyli ostatni romantyczny wypad we dwoje

Dziewięć godzin w pociągu to oczywiście nie jest bułka z masłem nawet dla „normalnego” człowieka, a co dopiero dla ciężarówki. Ale daliśmy radę i w sobotę wieczorem wylądowaliśmy w czeskiej Pradze. Najtrudniejsze okazało się wyjście z dworca ;P Potem już poszło gładko, choć pod górkę. Hostel zarezerwowała nam Izu i uprzedziła, że nie mówimy po czesku. Nie było to najmniejszym problemem, bo cała obsługa swobodnie porozumiewała się po angielsku. Ja, o dziwo, zmuszona okolicznościami też się bez problemu porozumiewałam i od tego momentu stałam się lingwistycznym przewodnikiem wycieczki. Znajomość angielskiego nie jest jednak w Czechach szczególnie powszechna, więc w knajpach mówiłam przedziwną mieszanką czeskiego, polskiego i angielskiego. Jakimś cudem wszędzie udało nam się zamówić mniej więcej to, o co nam chodziło – tylko raz dostałam małe ziemniaczane kluseczki z boczkiem, które na podstawie menu wydawały mi się pierogami z kozim serem. Znaczy ser też tam był, gdzieś pod tą sutą okrasą.

Przewodnikiem geograficznym został Cain. Świadomi cen roamingu danych przygotowaliśmy – znaczy Cain przygotował – zawczasu mapę z zaznaczonymi kluczowymi punktami (tu śpimy, tu jemy śniadanie, tu odbieramy bilety, tu balujemy na koncercie), żeby nie korzystać z aplikacji mapowych. Sama zginęłabym z tą mapką sto razy, bo bez kompasu nigdy nie wiem, jak strony mapy mają się do stron świata. Bardzo było miło w chwilach zmęczenia pozwolić się zaprowadzić za łapkę prosto do ciepłego pokoju. Poza prowadzaniem mnie za łapkę mój mąż robił dużo zdjęć i testował ciemne piwa w kolejnych knajpach. Wśród czeskich wygrał (ponownie) Kozel, ale przebija go Belgijski Leffe. Ja skusiłam się na jakieś bezalkoholowe – było ohydne. Prócz tego obżeraliśmy się smażonym serem i innymi niezdrowymi rzeczami, udzieliwszy sobie weekendowej dyspensy od diety.

Koncert Amandy Palmer był niesamowity. Znalazłam sobie miłe miejsce na galerii, blisko sceny, gdzie mogłam siedzieć na podłodze i nikt mnie nie deptał. Cain cykał foty jedna za drugą (wszystkie nieostre), a ja chłonęłam show. Młoda troszkę się przestraszyła hałasu, ale dała radę, zapewne oszołomiona endorfinami matki.

Wróciliśmy we wtorek i po jednym dniu pracy z przyjemnością celebrujemy długi weekend. Ja z tym większą, że od poniedziałku przechodzę całkowicie w tryb pracy zdalnej. Dziś w planach kolejna sesja zdjęciowa Brzucha, a w ogóle mnóstwo spotkań, imprez i zobowiązań – ale nie mam ciśnienia. Tyję. Puchnę. Odpoczywam.

W oczekiwaniu na śniadanie

Uff, bilety odebrane

Słońce wyszło!

Stary, daj łyka

Odjazd

Na Pragie, kochana, na Pragie

Na warszawskiej Pradze mieszkam od niespełna roku i trochę przez przypadek. Pamiętam, że kiedyś dziwiłam się Duszakowi, iż kupuje tu mieszkanie, bo czemu Praga, taka niemiła okolica, problemowa, niebezpieczna. Mówił, że kocha Pragę i już nigdzie indziej mieszkać nie zamierza. No i proszę – przeprowadziłam się tutaj i mnie też trafiło. Jestem z Pragi i koniec.

„Ja nie wiem, dziecko, co ty tak tę Pragę uwielbiasz” – mówi mama. Ja też nie wiem, ale im dłużej tu mieszkam, tym więcej widzę rzeczy niesamowitych i rozbrajających :) O niektórych piszę na blipie pod tagiem #pragawita – jak na przykład o bardzo pijanym panu, który w tramwaju pytał, czy dojedzie pod Wileński i jedna pani mu odparła, że nie, musi się przesiąść. Facet posłusznie przesiadł się na koniec wagonu.

Albo o sprzedawcy w sklepie monopolowym, do którego wstąpiliśmy po mleko i który uraczył nas miejscową mądrością: „Dzielnica Grochowa najlepiej wychowa”. Wychodząc co rano z domu i mijając ostrożnie nowe szklane konfetti na chodniku trochę wątpię w tę praską prawdę, ale to nie jedyne smaczki dzielnicy. Ot, idę sobie wieczorem z pracy do domu, na Gocławku idę chodniczkiem, a z przeciwka dwóch młodzieńców. Kurwią niemiłosiernie, o robocie sobie opowiadają. Mijamy się, oni szurają nogami, „Dobry wieczór!” mówią, i idą dalej. Albo facet w tramwaju kicha, a obca pani mu życzy „Na zdrowie”.

Albo, też w tramwaju, siedzą dwie damy w średnim wieku i rozmawiają. O ile mogę się zorientować, tematem są stare praskie kamienice i ich stan – po adresach, nazwiskach właścicieli i lokatorów, z sentymentem i żalem. „O ile mogę się zorientować” – bo choć panie mówią po polsku i bez wulgaryzmów i choć jestem rodowitą warszawianką, rozumiem tylko połowę słów, reszta to dla mnie czarna praska magia.

Zróbmy sobie ciepło w zbiorkomie!

No dobra, ciepło to przesada, ale trochę, troszeczkę cieplej możemy sobie zrobić. My, pasażerowie.

Warszawa, późny wieczór, siarczysty mróz. Na przystanek podjeżdża stary, prawie pusty, niedogrzany tramwaj. Otwierają się trzy pary drzwi, każdymi wysiada jedna osoba. Tramwaj stoi jeszcze dłuższą chwilę, zanim drzwi się automatycznie zamkną, a mróz z dworu radośnie wdziera się do środka. Każdy z wysiadających użył tak zwanego „ciepłego guzika”, otwierając drzwi tylko dla siebie. Gdyby te trzy osoby wysiadły jednymi drzwiami, tramwaj – TA DAM – nie wyziębiałby się tak szybko.

Spróbujcie tak zrobić – nie otwierać sobie osobnych drzwi, tylko wysiąść tymi, które już otworzył inny pasażer. Albo przed którymi na przystanku czekają inni, żeby wsiąść. Im więcej osób zechce stosować tę prostą regułę, tym więcej cennej energii zaoszczędzimy, przynosząc ulgę przemęczonym, starym grzejnikom w tramwajach i autobusach ;)

Bo na to, że miłościwie nas wożący wymienią na już cały tabor i jeszcze zaczną w nim porządnie grzać, raczej bym nie liczyła.

A twoja stara pali w piecu

Urodziłam się w Warszawie i przemieszkałam na Ochocie, w budynku przedwojennym, z sufitem na wysokości prawie czterech metrów, ale z centralnym ogrzewaniem, dwa lata, zanim moi rodzice postanowili zbudować dom pod miastem. Dom budowali latem, a kiedy już zbudowali, mieli tam piec gazowy. Skrzynka gazowa była za domem i kiedyś ciotka nakryła mnie i mego przyjaciela na podpalaniu pobliskich suchych traw i próbach zgaszenia ognia piaskiem. Ogień był czarną magią, a piasek białą, i ta biała, jak to w życiu, nieco przegrywała, a płomień coraz bardziej zbliżał się do skrzynki, na którą nie zwracaliśmy najmniejszej uwagi , bo i po co – nikt nam nigdy nie mówił, że ona jest jakoś ważna. Burę uznaliśmy za grubo przesadzoną.

Następnie moi rodzice się rozwiedli (ale bez związku z gazową skrzynką) i znów mieszkałam w przedwojennym budynku, a potem w wielkiej płycie na Ursynowie, która do dziś wydaje mi się klaustrofobiczna, aczkolwiek, co cenne, również ma centralne ogrzewanie. Później z własnej woli przeprowadziłam się do kolejnej wielkiej płyty, znów na Ochotę. Teraz jestem dumną mieszkanką Pragi Południe, wreszcie ponownie w kamienicy z uczciwej cegły, choć do sufitu również nie jest daleko. I jest centralne ogrzewanie.

Jak widać, nigdy nie musiałam palić w piecu i, co istotniejsze, nigdy nie mieszkałam w okolicy, gdzie się domy ogrzewa piecami. W bezpośrednim sąsiedztwie nadal nie mam takich domów, ale są one niedaleko, na Gocławku, gdzie spędzam trzy-cztery dni tygodniowo, opiekując się dziećmi. I po raz pierwszy w moim prawie trzydziestoletnim życiu jesień pachnie dla mnie dymem z kominów. Dym ma piękny, dymny zapach, snuje się siwo i pachnie najbardziej wieczorami, kiedy już po ciemku wychodzę z pracy w chłodne powietrze. A najlepsze jest to, że mimo mojej miastowości, niewiedzy i zawsze oczywistego centralnego, od razu wiedziałam, co to za zapach. Zapach dymu z pieca, zapach jesieni, zapach dobrze ogrzanego domu i ciepłej cegły, który tak pięknie się miesza z wonią liści.

Nie mam – oczywiście –  bladego pojęcia, czym się pali w takim piecu. Czy najlepiej węglem? Ale może najdrożej i dlatego raczej pali się zbieranymi przez całe lato kawałkami drewna, papierami, sklejką z mebli i czym tam jeszcze? Sentyment i niewyrobiony piecowo węch mówią mi, że zapach, który czuję wieczorami na Gocławku, to palone drewno. Ale od sentymentu centralnie ogrzewanej panienki z Ochoty do historycznej prawdy starych praskich kamienic jest pewnie droga długa jak Saga o Ludziach Lodu. Może dlatego tak mnie rozśmieszyły posty A., który z piecami w sąsiedztwie ma do czynienia nieco dłużej: o, ten i ten. Jakby ktoś się zastanawiał, skąd mało sentymentalny tytuł.

Notabene teraz mam najlepiej, bo prócz centralnego mamy też wspólnotę mieszkaniową, co oznacza, że w pierwszy zimny dzień jesieni pani Zosia dzwoni do pani Basi i mówi: „Basieńko, zimno, może by tak włączyć kaloryfery?” To znaczy nie wiem, czy tak to było, ale grzali już od pierwszych wrześniowych chłodów. Za co im chwała.