Archiwa kategorii: muzyka

Spróbuj to napisać, spróbuj to jakoś ograć

Jest niesamowicie. Ludzie wokół mnie są tak fantastyczni, tak inspirujący, tak otwarci, że przez większość czasu ledwo wierzę własnym zmysłom. Może nie powinnam wierzyć, bo zmysły wariują na wiosnę, a wiosna ewidentnie już w powietrzu. Ale w dniu, w którym stanę się nieufna z natury, ktoś z Was niech weźmie broń i zastrzeli mnie z litości, dobrze?

Inspiracje. Granice. Wyobraźnia. Emocje i relacje. A kiedyś nie wierzyłam, że życie zaczyna się po trzydziestce…

Status update

Właśnie zajrzałam na bloga i zobaczyłam, że ostatni wpis jest sprzed miesiąca. Miesiąca! Kiedyś pisałam tu dwa razy dziennie, inna rzecz, że o tak kompletnych pierdołach, że aż strach. Co prawda warsztat można szlifować i na zatkanej toalecie, że ie wspomnę o podtrzymywaniu więzów, bo ostatnio znów sobie przypomniałam, że blog powstał właściwie po to, żeby znajomi mieli update, a ja żebym nie musiała tych samych historii opowiadać po pięć razy. Potem przy każdym spotkaniu pytano mnie: „co słychać, oprócz tego, co na blogu, bo już czytałem?”. A później założyłam konto na ś. p. Blipie, a potem na fejsie i zaczęłam tam zapisywać myśli, i teraz łapię się na tym, że nawet dłuższe (to znaczy kilkuzdaniowe) posty zazwyczaj zamieszczam na Facebooku, a nie blogu. Pewnie dlatego, że tam jest szybszy kontakt, a dla mnie esencją tego dzielenia się pisaniem jest właśnie kontakt.

No dobra, na bezludnej wyspie też bym pisała. Ale to by nie było to samo. (Ani tyle samo, wzdech, na bezludnej wyspie miałabym tyylee czasu i mogłabym napisać WSZYSTKO.)

Byłam na koncercie Amandy Palmer, w ramach tej samej trasy, co rok temu w Pradze. Wyrwał mnie z butów. Przy każdym kawałku rozsadzało mnie z emocji i wiem, że brzmię jak nastoletnia psychofanka Backstreet Boys, ale trudno. W koncertach piękne jest to, że muzykę odbiera się ciałem. Organicznie. Tętno bije w rytmie perkusji, bas czuje się w płucach, a serce robi się jakby coraz większe, za duże, i czujesz, że zaraz rozsadzi nie tylko ciebie, ale całą tę budę. I, oczywiście, wokalistka śpiewa każde słowo właśnie do ciebie, trafiając cię tekstem prościutko w splot słoneczny. Tak właśnie było.

Pojutrze moje dziecko, które na tym praskim koncercie było jeszcze w brzuchu, kończy rok. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało. Będę piekła ciasta i się wzruszała. Zaraz potem zajmę się listą świątecznych prezentów, która jak zawsze jest za długa w porównaniu do naszych finansów, a ja tak strasznie lubię obdarowywać. Ale coś wymyślę. Poza tym chcę Wigilię u nas w domu, z całą bliższą i dalszą rodziną. Będzie bosko, jak co roku.

Listopad był łaskawy. Owszem, trochę ciemno, ale nie tak najgorzej. Mrok i mord ogarnia mnie tylko czasem i nie na długo. Może dlatego, że żyję w bańce z miłości. Związek mam niesamowity, a poza związkiem tak samo dobrze. Żyję w świecie szczerych rozmów, ciepłych wyznań, niezwykłych prezentów (materialnych i nie), dobrego seksu i komplementów. Oczywiście nadal jestem mamą małego dziecka, które nie lubi mnie puszczać, więc jestem bardzo zmęczona. Ale daję radę i jest coraz lepiej. Joga bardzo pomaga.

W styczniu wracam do pracy i myślę, że to doskonały moment. Potrzebuję zmiany, potrzebuję swojego życia. Spodziewajcie się miliona postów o tym, jak bardzo jestem wyczerpana podwójną rolą – pracownika i mamy ;)

 

„Ślad” Kicked Rotator – płyta z moimi tekstami

Pierwszy tekst specjalnie z myślą o tym albumie powstał prawie trzy lata temu, po pewnej wyprawie w góry. Pierwsza myśl o mojej współpracy z Jankiem Olszakiem – dużo dawniej, na pewnej imprezie. W sumie to nie wierzę, że wreszcie się udało.

Po tych trzech latach patrzę na projekt trochę jak na ciekawy eksperyment, ale nie da się ukryć, że mam sentyment do wszystkich tych tekstów. To kawał mojego życia, kilka ważnych historii, bardzo dużo ze mnie.

Nie byłoby płyty bez jej twórców, to oczywiste, ale nie byłoby jej także bez pewnego wyjazdu w Tatry z A. Po powrocie usiadłam w parku, wyciągnęłam zeszyt i napisałam z marszu dwa kawałki. Od tego czasu nauczyłam się pisać piosenki, nagrałam jedną (marzenie z młodości!), wspólnie z sąsiadami stworzyłam kolejne i poszłam daleko do przodu, ale cały czas czekałam, czekałam, czekałam na „Ślad”.

I oto wreszcie jest, bierzcie, jeśli chcecie.
Na Bandcampie.
Albo na Groovesharku.

Amanda again

Tyle rzeczy się we mnie kłębi, o których chcę mówić, ale wolę pomilczeć. Wszystko dobrze, bardzo dobrze, tylko po każdym dobrym weekendzie zostaje bałagan, prawda? Kiedyś założyłabym w autobusie albo na spacerze słuchawki na uszy i głośno słuchała muzyki, obracając ją w głowie razem z całą, wirującą resztą. Kiedyś walnęłabym flaszkę wina, bo najlepsze pod bigos.

Na szczęście jest jeszcze Amanda.

Tookah

Zachwyciłam się, zupełnie nagle, albumem Emiliany Torrini, którą dotąd znałam tylko z hitu „Jungle Drum”.

Płyta „Tookah” jest w zupełnie innym stylu, poetyczna, tajemnicza, szepcząca. Słucham jej dużo i inspiruję się.

I sporo myślę o górach.

Na dwa kolejne weekendy zostaję sama, bo Cain rozbija się po konferencjach. Pewnie, że zjada mnie zazdrość, też bym się tu i ówdzie porozbijała. I obawa, jak ja sobie, biedactwo, poradzę sama.

Poza tym? Poza tym czuję się dobrze. Nie liczę kalorii, nie patrzę na wagę, lepiej śpię, bo córka śpi lepiej. Mam doskonały humor i czuję się świetnie. Znalazłam sposób, żeby więcej jeść, ćwiczę, gdy chcę, rozważam jogę, mam dużo nowych pomysłów. Zawsze jesienią mam dużo nowych pomysłów, a jesień jest w tym roku piękna.

Te pomysły zasną na zimę, bo już niedługo zrobi się szaro i melatoninka jak mi przyłoży, to się nogami nakryję. Ale to nic nie szkodzi, wróci wiosna, baronowo, a z nią i moje Plany.

Ten straszny Woodstock

Przeczytałam dziś artykulik w Rzepie, który mnie zdenerwował, bo nie lubię, jak ludzie piszą o tym, czego nigdy na oczy nie widzieli (albo tylko przez chwilę) i przedstawiają fakty bez kontekstu. Przykład faktu bez kontekstu: Pan Wybranowski pisze, iż podczas festiwalu odnotowano „około 51 kradzieży” (ciekawe to „około”, swoją drogą). Pisze też, że przez pole przewinęło się 350 tys. osób (słyszałam gdzieś o 600 tysiącach, ale ok). Teraz zastanówmy się, ile kradzieży jest w ciągu 3 dni na przykład w Bydgoszczy (nieco ponad 350 tys. mieszkańców) – nie chce mi się sprawdzać, ale obstawiam, że TROCHĘ więcej.

Jak to więc jest z tym Woodstockiem? Samo zło, narkotyki, satanistyczna muzyka, pijane siedemnastolatki i deficyt prezerwatyw? Kałuże błota i ścieków (sic!), o których pisze pan Wybranowski, a w nich odurzone marihuaną nieletnie dzieciaki uprawiające seks w rytm ostrej muzyki? Miałoby to w sobie wiele z nostalgii za latami 70. i epoką wolnej miłości, ale niestety. Prawda jest dużo nudniejsza.

Przystanek Woodstock to przede wszystkim ludzie. Bardzo dużo ludzi w jednym miejscu, od kilkuletnich brzdąców po wiek średni. Są rodziny z dziećmi, są rodzice dzieci już dorosłych, jest młodzież szkolna, studenci i pracujący ludzie po 30 (żeby daleko nie szukać, prawda). Są najprawdziwsze, ekstremalne punki, są podstarzali hipisi, są motocykliści, księża, działacze społeczni, artyści najrozmaitszej maści, turyści z Niemiec i spacerujące z torebeczkami stateczne panie z Kostrzyna. Młodych widzi się chyba najwięcej, co nie dziwi, bo trzeba mieć młodość i kondycję, żeby wytrzymać 3 lub więcej dni w palącym słońcu, w kolejkach po picie i jedzenie, i do umywalek, i do toalet, śpiąc w namiotach (niewiele śpiąc, bo koncerty do późna, a potem impreza trwa dalej). Ja już trochę nie mam i wróciłam zmęczona, choć wybraliśmy wersję de luxe, czyli ze spaniem 1,5 km od sceny i spontanicznymi samochodowymi wycieczkami a to nad jezioro, a to do Frankfurtu.

Foto: wosp.org.pl

Ci ludzie na festiwalu mają jedną cechę wspólną: przyjechali tu po to, żeby dobrze się bawić. Panuje atmosfera wszechogarniającej imprezy. Jeśli ktoś nie lubi imprez, owszem, może się poczuć rozczarowany. Muzyka gra zewsząd. Z dwóch scen i trzeciej u Krysznowców, z samochodów, z gitar i bębnów, z gardeł, Bóg wie skąd. Znajomi i obcy tłoczą się też zewsząd i zwykle mają piwo w ręce i we krwi. Mimo to poziom agresji jest znacznie niższy, niż pod przeciętnym monopolowym. Trzeźwi też się zdarzają, bo np. chcą oddać krew albo skoczyć na bungee, albo akurat religia im nie pozwala na regularną najebkę, albo pilnują dzieci, albo nikt im nie sprzedał piwa, bo nie mają dowodu (no, to akurat najłatwiej obejść, ale zaręczam, że sprawdzają). Nieobeznani sądzą, że przyjeżdża się tu dla koncertów, ale to wierutna bzdura. Przyjeżdża się dla atmosfery, dla tej wielkiej, trzydniowej imprezy z ludźmi, którym hasło „Miłość, przyjaźń, muzyka” coś naprawdę mówi, którzy są otwarci na innych, umieją się bawić, zagadają, pomogą w razie potrzeby. Tutaj można wszystko, a na pewno można więcej. Trzydziestoletni stateczni mężczyźni zjeżdżają na tyłku z górki (pozdrawiam mojego męża). Osobnicy w dowolnym wieku i dowolnej płci przebierają się za dowolne rzeczy (rycerz, Borat, anioł, królik, Supermen, pirat – królik był najlepszy). Najprawdziwsi Indianie łażą z jakimś totemem i  mówią w niezrozumiałym języku. Co kilkadziesiąt kroków stoi ktoś z tabliczką „Free hugs”. Są też tabliczki „Zbieram na…” – bilet do domu, piwo, kurs masażu, konia (!), cokolwiek. Zwykle udaje się uzbierać. Rok temu widziałam dwóch gołych panów, którzy najspokojniej w świecie minęli policjantów pilnujących ruchu na przejściu dla pieszych. Policjanci nie zareagowali. To jest Woodstock, golizna tu nikogo nie gorszy, a policja jest od pilnowania bezpieczeństwa na pasach. Opieprzają natomiast za przechodzenie na dziko.

Jeśli to wszystko brzmi dla kogoś skandalicznie, to faktycznie, nie powinien jechać na Woodstock. Chyba, że zamierza napisać o tym artykuł. Wtedy byłoby wskazane, żeby jednak się pofatygował, spędził ze dwa dni na miejscu, pogadał i popił z ludźmi, pojadł krysznowcowego żarcia, popatrzył na kolejki do oddawania krwi, zobaczył, jak koleś na drodze rysuje boskie portrety albo robi profesjonalny masaż i mówi: „Zapłacisz, ile uważasz” (i ludzie płacą, a nie, że łapią obrazek i w nogi). Niech spędzi z nami kilkadziesiąt godzin, a potem, proszę bardzo, niech pieprzy głupoty, ale poparte jakąś prawdziwą obserwacją. Bo tak to tylko niepotrzebnie denerwuje 600 tysięcy ludzi, którzy byli, widzieli, poczuli i, w przeciwieństwie do pana dziennikarza RP, wiedzą coś o Przystanku Woodstock.

A na rozluźnienie proponuję, żebyście w komentarzach pisali, co najfajniejszego Wam się przytrafiło na festiwalu :)

Najpiękniejszy weekend

Spędziłam piątek i sobotę z cudownymi, cudownymi ludźmi. Z ludźmi, których lubię, których uwielbiam i których kocham. W sobotę nad ranem rozsadzało mnie z emocji, w porze śniadania czułość wylewała mi się uszami, wieczorem śmiałam się z zachwytu, a o północy płakałam ze szczęścia.

Mam najcudowniejszego Budowniczego Okrętów na świecie.

Mam ciepły wiatr z południa.

Mam wiele więcej jeszcze, mam całe pudełka niespodziewanych cudów.

Chciałabym Wam – Wy już wiecie, komu – dać choć połowę tego, co otrzymuję.

Rosół

Popełniłam, tak. Od południa do siedemnastej gotowałam ten rosół, a poprzedniego dnia wróciwszy do domu całkiem skonana po pracy gotowałam kurczaka z czymś tam, a po rosole jeszcze, czy raczej w trakcie, klopsiki z sosem i do tego kopytka (ale kopytka gotowe, ze sklepu, bez przesady). Następnie upiekłam muffinki i zrobiłam sałatkę i poczułam, że po całym dniu w kuchni już nigdy, nigdy nie weźmie mnie nagła ochota na ugotowanie czegoś dobrego.

Ale nazajutrz trzeba było połowę rosołu przerobić na pomidorową, i w ogóle ogarnąć te warzywa i mięsa z obu zup. No to ogarnęłam. A dziś, jak wróciłam z pracy, zrobiłam sos do makaronu. Nie bolało, ale też nie sprawiło mi to jakiejś wielkiej radości.

Czasem gotuje też Kain. Dobrze gotuje, trochę metodą prób i błędów, a więcej metodą przepisów z internetu, czasem moich przepisów z mojego kawałka internetu, co jest słodkie. Bardzo lubię, wróciwszy zmęczona, dostać pod nos talerz czegoś dobrego i ciepłego, mru. Przypuszczam, że każdy lubi. I chyba głównie dlatego, kiedy mam czas, robię te obiady, myśląc przy tym, a jakże, o moim kochanym mężu, który wróci z roboty głodny i zmarznięty, i oto dostanie pyszne, gorące, prosto na stół.

Ale zazwyczaj jednak nie mam czasu. Trochę szkoda. Rosół wyszedł niezły.

P.S. U nas wszystko dobrze. Bardzo dobrze. Buziaki dla Was :)

Luzuj poślady

Nie potrafię wyluzować. Nie umiem olewać, wykładać lachy, chrzanić i mieć w nosie. Ani we wręcz przeciwnie. Nie jestem w stanie zluzować pośladów, bimbać na coś (kto jeszcze dziś mówi: „bimbać”?) oraz, ogólnie, nie przejmować się.

Mógłby mnie ktoś nauczyć? Przyjmę szybki kurs chilloutu oraz nie dawania faka. Albowiem, jak mówi poeta, ze wszystkich rzeczy, które można mieć na świecie, najbardziej chciałabym mieć wyjebane.