Archiwa kategorii: nastroje

Doroczny (mniej więcej) post o wiośnie

Wreszcie. Więcej światła! (Podobno Goethe tak zawołał tuż przed śmiercią, #famouslastwords.) Szalone chmury na zmianę ze słońcem, pachnie ziemią, są pączki, kwiatki i cała reszta, elegancko, jak w marcu być powinno. To mi naprawdę bardzo pomaga, bo zimowe obniżenie nastroju zawsze mocno daje mi w kość.

Nie piszę: „zimowa depresja”, bo zbyt poważnie traktuję tę chorobę i myślę, że moje sezonowe doły nie mają nic wspólnego z prawdziwą depresją, nie mylmy pojęć. Zbyt wiele znam chorych osób, żeby sobie nią bezmyślnie wycierać klawiaturę. Ściskam je wszystkie z tego miejsca, zima za Wami, kochani, dobra robota.

Wraz z wiosną podniesiono mi dawkę leku na tarczycę i jak to nie pomoże, to chyba zwinę się w jakimś miękkim kąciku już na zawsze, bo wszystko inne wymaga przeogromnych ilości wysiłku. Zasypiam w locie, zapominam o wszystkim, mylą mi się różne rzeczy, a prócz mózgu straciłam też paznokcie. Włosy jeszcze się trzymają – dobre geny ukraińskich księżniczek – i mam nadzieję, ze tak zostanie, bo polubiłam je znów długie, gęste i ciemne. Ale jednocześnie wciąż targa mną na zmianę wkurw, miłość i paręnaście innych dość ekstremalnych emocji, czyli jeszcze Luca nie zginęła. Parę kciuków nie zaszkodzi.

Na parapecie obok mnie kiełkują jak szalone różne rośliny, moja córka ma niesamowitą rękę do kwiatków. Koty dostają szału przy każdym uchyleniu okna. Chodzę w tenisówkach i marzną mi kostki, ale co tam, Niech się jeszcze zrobi ciut cieplej, niech prochy zadziałają i niech się uda w maju trochę wyjechać z rodziną – i będzie całkiem pięknie :)

Bezradność

Jest kiepsko.

Właściwie jest kiepsko cały rok, począwszy od przedłużającego się połogu, przez infekcję, o której pisałam, a z którą wciąż walczę, przez cholerną, niepotrzebną dietę #bezwszystkiego, przez chorobę tarczycy, którą wciąż leczę i która funduje mi okresowe dołki – brak sił, ciągłą senność, walące serce, koszmarny brak cierpliwości – aż po złamaną nogę i unieruchomienie na kanapie.

Zupełnie nie tak sobie to wyobrażałam – sądziłam, że po kilku dniach zacznę kicać o kulach i zasadniczo ze wszystkim sobie poradzę. Tymczasem nie chodzi nawet o to, że wszędzie walają się kolorowe pułapki, Licho wchodzi pod nogi, a Kniaź chwyta mnie za kule, bo też chce się bawić – ale bardziej nawet o to, że każde pięć minut z nogą inaczej, niż w górze, generuje ból tej nogi, a stłuczony nadgarstek nie wytrzymuje ciężaru. Nie spodziewałam się, że nie będę mogła bezpiecznie zostać sama z dziećmi na dłużej niż godzinę. Okazuje się jednak, że nie mogę – literalnie nie jestem w stanie zająć się własnym dzieckiem (młodszym, bo z Lichem to jeszcze jakoś działa, chociaż o przyrządzeniu posiłku czy kawy w ekspresie mogę raczej zapomnieć).

Codziennie więc ktoś przychodzi, żeby się nami zaopiekować przez czas, gdy Cain jest w pracy. Zaangażowałam już prawie całą rodzinę i zaczęłam bezwstydnie żebrać wśród znajomych. Gdy Cain wraca, rzucają się na niego dzieciaki, zbite z tropu nagłą zmianą trybu życia, zdenerwowane, że mama nie nosi, nie krząta się i nie zabiera na spacery, speszone ciągłymi wizytami różnych ludzi. Rzucam się ja, spragniona posiłku, leków, chwili odpoczynku, sprzątania, wyniesienia śmieci i przygotowania potworów do snu. Widzę, że facet ma dość, maluchy mają dość i ja też mam dość. Wszystko wymyka mi się z rąk. Cudowni ludzie, którzy do mnie przychodzą, ogarniają wszystkie bieżączki, ale i tak się zbiera. Co ciekawe, okazuje się, że nie mam na nic czasu, choć głównie siedzę. Tę notkę na przykład zaczęłam pisać piętnastego listopada.

No więc jest kiepsko i czuję, jak ogarnia mnie depresja, tym razem chyba nie jesienna, a życiowa. Jeszcze śmieję się do Kniazia, całymi dniami robiąc „a kuku!”. Jeszcze wymyślam na dobranoc bajki z happy endem. Jeszcze śpiewam, robiąc sobie codzienne zastrzyki przeciw zakrzepicy („Mamo, jak masz taką minę przy zastrzyku, to ja się boję”). Ale coraz częściej jest to śmiech i śpiew przez łzy.

Pewnie zacznę chodzić jakoś tak w Święta. Mam nadzieję, że do tego czasu coś ze mnie zostanie.

Uszy ma takie wielkie jak kapcie

Zawsze lubiłam siebie, w tym i swój wygląd. (Kłamię, nie zawsze, ale naprawdę przez większość życia, a już na pewno przez całą dorosłość.) Przywykłam do tego, brak kompleksów to naprawdę miły stan i bardzo ułatwia życie. Do czasu, bo ostatnio jakoś nie bardzo. I powiem Wam, że mnie to, nieprzyzwyczajoną, nieźle rąbnęło.

Od pewnego czasu co spojrzę w lustro, to rozczarowanie. Nie zachwyca, no nie zachwyca. Cera jakaś nieświeża. Bruzdy na twarzy, no ja rozumiem, że #po30, ale kurwa, bez przesady. Włosy oklapnięte, a że zapuszczam, to jeszcze nieułożone i podkreślają chudość twarzy. Oczka całkiem maciupcie. Ciało znużone. Brzuch, niestety, zdecydowanie jest. A już nie daj Boże, gdy spojrzę na jakieś swoje zdjęcie. No masakra.

Logicznym zdawałoby się w takiej sytuacji zacząć ćwiczyć, używać balsamów i dbać o makijaż. Czy to robię? A skąd. Na myśl o codziennym wklepywaniu w siebie specyfików, malowaniu się, a potem zmywaniu, pilnym dbaniu o odpowiednio skrojony ubiór mam tylko wewnętrzne „meh, na chuj to komu, skoro zamiast tego można spokojnie poczytać książkę”.

No i tak to miało lecieć jeszcze przez parę akapitów, ale w trakcie pisania pochłonął mnie projekt pod hasłem #tydzieńbezniani, a w ciągu tego tygodnia aż dwie kobiety skomplementowały mnie tak miło i gorąco, a co ważniejsze, nieproszone, że jakoś mi lepiej. Wewnątrzsterowność level master, mać, ale grunt, że pomogło.

Następna notka będzie więc o samorozwoju. A mogła być o tłustych włosach.

Upał

Ogromnie Wam dziękuję za wyrazy wsparcia – te publiczne na fb i te prywatne. To naprawdę pomaga.

Cóż, każdemu się czasem ulewa, ulało się i mnie. Odpoczęłam, poczułam się lepiej i mogę jechać dalej. Tylko zmęczona jestem, może ze stresu, a może przez upały, które kocham ogromnie, pod warunkiem, że nie jestem w ciąży. Dziś zrobiliśmy krótką wycieczkę krajoznawczą samochodem, raptem półtorej godziny w obie strony, tyle, że było gorąco. W aucie też. Po powrocie byłam tak zmęczona, jakbym jechała cały dzień autobusem.

W ogóle jakaś męcząca ta ciąża. Najpierw zawroty głowy, potem rwa, teraz czwartkowa akcja z awaryjną wizytą w szpitalu (zbadali, uspokoili, odesłali). Że niby się przemęczam? Helou, mam panią do pomocy w sprzątaniu, mam nianię, samotnie z dzieckiem spędzam dwa dni w tygodniu, odkurzacza do ręki nie biorę, zakupów nie dźwigam. To znaczy dźwigam, ale tak max cztery kilo i zawsze mi się wtedy zdaje, że nie dojdę do domu z tym ciężarem. Czyli bywało lepiej.

Byłam w tym tygodniu dwukrotnie na tych moich zajęciach dla ciężarówek i mam wrażenie, że to się zemściło. Może dlatego, że było zastępstwo i zupełnie inne ćwiczenia, bardziej męczące, choć wszystkie na piłce albo na leżąco. Znów muszę zrobić przerwę, zanim nie poczuję, że i ja, i człowiek w środku doszliśmy do siebie.

Na osłodę mieliśmy Baby Shower, które okazało się kameralną i przemiłą posiadówką. Goście zeszli się z mirrą, kadzidłem i złotem, Lichu też skapnęło co nieco, wszystko było śliczne i każdy miał wąsy. I zostało nam dużo wina, które teraz nie wiadomo, kto wypije.
Oh wait, wiadomo, przecież na szczęście mamy sąsiadów! ;)

 

1459839_903594499653979_7945280454776452317_n
10562925_903594396320656_5900192966764771220_n
10417806_903594436320652_4521575584249384333_n
10411907_903594472987315_3329303674298784213_n
10390087_903594376320658_5824115417098196250_n

Tak bardzo dość

Boję się. Boję się stracić jedno dziecko i skrzywdzić odstawieniem od piersi drugie, pozbawione już prawie całkowicie noszenia na rękach, skakania i tańczenia z mamą, zabawy ze mną. Boję się podejmować decyzje o braniu lub nie braniu kolejnych witamin, suplementów, preparatów i leków. Boję się o tę ciążę właściwie od początku, odkąd pierwszy lekarz, do którego poszłam, rozpoczął wizytę od długiego wykładu na temat wczesnych poronień, a następnie nic nie znalazł na USG.  Boję się kolejnych problemów: zawrotów głowy, kłopotów z kręgosłupem (przy półtorarocznym żywym srebrze, jakim jest moja córka), wczorajszej nagłej, nocnej wizyty w szpitalu położniczym, w którym niby wszystkie badania okej, ale w takim razie nie wiadomo, skąd objawy, niech pani poleży. Niby wszystko w porządku, tylko jakoś nie do końca.

Nie mam już siły walczyć o każdy skrawek mojego odpoczynku. Boję się o niego nie walczyć. Wyczerpują mnie usilne prośby i tłumaczenia, że pozmywaj, ogarnij, kup, zajmij się nią, bo mnie znowu kopie w brzuch. Są chwile, że prędzej padnę z pragnienia, niż powiem: „Zrób mi, proszę, herbaty”. Bo jeszcze jeden jęk niezadowolenia i, przysięgam, eksploduję. Jak przed chwilą. Kurwa, samo się nie zrobi. I tak trudno nie zerwać się i nie zrobić samej.

Boję się brać odpowiedzialność za to wszystko: dom, córkę, ciążę, siebie, plany bliższe i dalekosiężne, nawet lista zakupów staje się problemem, a tymczasem przed nami daleko poważniejsze decyzje. Których jestem motorem i prowodyrem, bo to mnie nie zadowala zastana rzeczywistość. Boję się tej odpowiedzialności i jeszcze bardziej boję się ją oddać. Dobitnie świadoma, że wtedy po prostu nic się nie wydarzy i już zawsze będzie tak, jak teraz, na wieki wieków, ad mortem. Tylko ciaśniej i trudniej.

Są takie chwile, że już naprawdę nie mogę. Przytłacza mnie to WSZYSTKO.

Don’t grow up, it’s a trap.

Spróbuj to napisać, spróbuj to jakoś ograć

Jest niesamowicie. Ludzie wokół mnie są tak fantastyczni, tak inspirujący, tak otwarci, że przez większość czasu ledwo wierzę własnym zmysłom. Może nie powinnam wierzyć, bo zmysły wariują na wiosnę, a wiosna ewidentnie już w powietrzu. Ale w dniu, w którym stanę się nieufna z natury, ktoś z Was niech weźmie broń i zastrzeli mnie z litości, dobrze?

Inspiracje. Granice. Wyobraźnia. Emocje i relacje. A kiedyś nie wierzyłam, że życie zaczyna się po trzydziestce…

Kontroler

Jakim cudem przez półtora roku od tego wpisu zdążyłam zapomnieć, że jestem control freakiem? Nie mam najbledszego pojęcia. Ponownie doszłam do tego wczoraj po pięciu godzinach kompulsywnego sprzątania, nastawiając chleb na rano i wciąż nie tracąc rozpędu. (Doskonała metoda ukradziona od A. Następnym razem użyję do sprzątania szczoteczki do zębów.)  No cholera mnie trzaska, jak nie kontroluję swojego życia. A umówmy się, że nikt naprawdę nie kontroluje swojego życia. Logicznie rzecz biorąc nie ma więc powodu, żeby na widok zakrętu, którego się nie spodziewałam, dostawać gęsiej skórki ze strachu. Tymczasem, Jezus, Maria, co się dzieje, ja tego  NIE ZAPLANOWAŁAM, nie mam scenariusza i co teraz? Drama!

Nie wiem, skąd mi się to bierze. To znaczy pierwszy z brzegu terapeuta znalazłby pewnie od razu kilka etykietek, ale żadna mnie nie przekonuje (tak, wiem, żarówka musi chcieć się zmienić). Rozważam przyczepienie sobie karteczki na lustrze czy gdzieś: „Keep calm  You control freak” – tak dla przypomnienia, bo rzecz nie tyle w tym, żeby się nie bać nieznanego, co żeby nie dopisywać do tego Bóg wie jakich teorii. Ot, sytuacja nie mieści się w założonym planie, a mnie to stresuje. Proste.

Korzyść jest oczywiście taka, że mam posprzątane, a że troszkę się znów nie wyspałam? Detal, wyśpię się po śmierci. Porządkując natomiast przestrzeń wokół siebie, powoli porządkuję również w głowie. Aż szkoda, że nie mam więcej czasu na szorowanie kuchni i łazienki.


Sorry, że znów enigmatycznie. Obiecuję, że kolejny wpis będzie normalny.

Ach bój się, bój

Strach jest sygnałem, że dzieje się coś niezwykłego. Coś innego niż zawsze, do czego nie przywykłam, czego się nie spodziewałam. Zawsze najbardziej bałam się nieznanego, dlatego przez całe życie obmyślam scenariusze i plany, a jeśli oddaję komuś kontrolę, to tylko pod kontrolą. Nie znoszę zmiany planów, choć jednocześnie nieoczekiwane zwroty akcji powodują przyspieszone bicie serca i radosne wyczekiwanie niespodzianki. Lubię ten dreszczyk. Cóż, to nie nowość, że strach i podniecenie często występują razem i że kręci nas to, czego się boimy. Tylko jedni oglądają horrory, a innym wystarcza życie.

Strach nigdy mnie nie powstrzymywał. Wychodziłam na tym źle albo dobrze, raz salwując się ucieczką z nocnej, dalekiej Pragi w środku zimy, a innym znów razem zyskując piękną przygodę i wspaniałą historię do opowiadania. Albo męża, na przykład. Tym bardziej nigdy mnie nie powstrzymywały ostrzeżenia. Ach, więc mam nie chodzić po tym wysokim krawężniku, bo można spaść? A właśnie, że ja nie spadnę. Więc powiadasz, że powinnam uważać, bo się w tobie zakocham? Ha, nie tacy mi to mówili. Mhm, nie powinnam, bo to niebezpieczne? Just watch me.

Czego się nigdy nie nauczyłam, to analizować swojego strachu. Zauważam drania, mówię sobie: „O, boję się, to ciekawe” – i idę dalej, a on sobie zostaje z tyłu. Zazwyczaj. Bo czasami nie i wtedy zupełnie nie wiem, co począć. Co to za model i kto on jest? O co gościowi chodzi?

Że może tam z przodu jest gęsty, czarny, dziki las i warto by było zawrócić?

Just watch me.

I gdy poczujesz nowy smak, to będę ja

Pewnej jesieni w Bieszczadach, częściowo zasypanych już śniegiem, poszliśmy z A. drogą, którą nigdy wcześniej nie szłam. W moich górach tym razem to on wybrał trasę i poprowadził mnie w nieznaną ścieżkę, na której z zachwytu nie zamykały mi się usta. W krainie, którą znam, którą zeszłam wzdłuż i wszerz, znalazłam się naraz w miejscu zupełnie nowym i bardzo pięknym. Wystarczył przypadek i przewodnik skory do eksperymentów.

W chodzeniu po górach, jeśli jesteś doświadczonym górołazem, na pozór nie ma nic zaskakującego. Wiesz, czego się możesz spodziewać. Masz szlak i cel. Wiadomo, gdzie są przystanki, a gdzie trudne podejścia i że chwilami będzie z górki, na luzie. Wchodzisz na szczyt i, kurde, doskonale wiesz, jaki jest stamtąd widok przy jakiej pogodzie. Wspinasz się tą ścieżką i znasz ją na pamięć, jesteś przygotowany na każdą ewentualność włącznie z załamaniem pogody i skręceniem kostki, masz procedury alarmowe i pamiętasz to drzewo na zakręcie, ale serce wali ci jak młot, endorfiny wypełniają organizm i ledwo możesz oddychać. Znasz ją na pamięć, ale za każdym zakrętem wypatrujesz szczytu, choć wcale nie chcesz tak prędko zakończyć wędrówki. Robisz przystanki tam, gdzie zawsze, łapiesz oddech i jęczysz na samą myśl o kolejnym podejściu w górę, ale do głowy ci nigdy nie przyjdzie, by zawrócić.

Aż wreszcie wspinasz się na szczyt i choć widziałeś to setki razy, teraz  jest zupełnie inaczej i jesteś oszołomiony z zachwytu. Przy takiej akcji serca efekt jest zresztą czysto biologiczny. Organizm pompuje hormony szczęścia i choćby widok był zupełnie nijaki, i tak poczujesz się w niebie. Ale, oczywiście, panorama zatyka dech w piersiach i chcesz na tym szczycie zostać na zawsze.

A potem schodzisz i wszystko jest normalnie. Pijesz zimne piwo, wreszcie możesz myśleć o jedzeniu, przez jakiś czas jeszcze bolą cię uda.

Ale wrócisz. Górołazy to recydywiści.

Back in game

Jaram się jak flota Stannisa. Powrót do pracy to był doskonały pomysł. Nie dzwonię do niani co dziesięć minut, chyba, że po to, żeby spytać, czy mogę być później. Poznałam nowych, fajnych ludzi. Ucho mniej boli. No, generalnie – jest dobrze.

Kto mi życzył, żebym się w nowym roku nie nudziła? Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie zaczęło wzrastać. Obecnie czuję, że moje życie pędzi jak TGV i właśnie mnie przegania. Nie nadążam za własnym kalejdoskopem emocji, bo wredne rzeczy przeplatają się z fajnymi tak szybko, że nawet ja nie daję rady. Mimochodem rozważam też, dlaczego zawsze przydarzają mi się scenariusze, których nie przepuściłby żaden szanujący się reżyser opery mydlanej.

Czasu, potrzebuję czasu. Na spotkania, rozmowy, na poświęcenie go ludziom. I sobie.