Archiwa kategorii: nastroje

Powroty

Powroty są łatwiejsze, gdy ma się do pokonania kilkaset kilometrów. Trzy godziny w pociągu pomagają poukładać sobie w głowie na nowo i wrócić także mentalnie.

Gdy ma się na to zaledwie kilka minut, jest trudniej. Chociaż widok niemowlęcia od progu sprawia, że proces wracania gwałtownie przyspiesza, a mózg matki robi voltę i zatrzymuje się w pozycji: „rodzina”.

(Tak, wyszłam z domu bez dziecka i męża po raz pierwszy od dwóch miesięcy.)

Nie jestem kobietą

Od pewnego czasu nie jestem kobietą. Jestem mamą. Moje zainteresowania sprowadzają się do mojej córki, która pochłania 90% uwagi. Pozostałe 10% to jedzenie, mycie, sen i czytana właśnie książka. Na Bycie Kobietą nie zostaje mi już ani kawałeczek mózgu. Nie robi mi szczególnej różnicy czy jestem ubrana i w co, jak wyglądają moje włosy i czy mam makijaż. Czasem się stroję i maluję, ale tylko, gdy okazja tego wymaga. Na co dzień, przy moim facecie, chodzę potargana, w byle jakich majtkach, zazwyczaj z jedną piersią na wierzchu, bo właśnie karmiłam albo właśnie będę karmić. Wolne chwile pożytkuję na jedzenie, zrobienie herbaty lub odpisanie na wiadomości, zamiast na tuszowanie rzęs albo wkładanie pończoch. Zresztą po co się stroić, skoro całe dnie i noce spędzam na materacu, wśród rozrzuconych poduszek, kocyków, kołderek, smoczków i tetrowych pieluch?

Najgorzej, że nawet mi z tym dobrze. Doszło do tego, że na rzuconą przy obiedzie uwagę: „masz sos na twarzy” odparłam, iż mam to w dupie. I zaiste mam.

To pewnie zwykłe zmęczenie i przejdzie. Kiedyś. Jakoś. Tymczasem jednak powoli zbliża się oficjalny koniec połogu i wypadałoby się nieco ogarnąć. Przestać straszyć własnego męża okiem spuchniętym, odrostem brzydkim, majtami starymi. Tylko kiedy, pytam się, iść do fryzjera, na zakupy lub w łazience godzinę robić się na bóstwo? No nie ma kiedy.

Tymczasem moje dziecko właśnie zasnęło i nie mogę się zdecydować: odrobić choć trochę snu czy poćwiczyć, bo plecy zaraz mi wyjdą przez piętę?

Nowy, szczęśliwy

Sylwestra spędziliśmy w domu, bo córka jeszcze za młoda na huczne imprezy. W ostatniej chwili zaprosiliśmy kilkoro znajomych, którzy nie mieli innych planów, ale ostatecznie wyszło tak, że byliśmy tylko we trójkę. Młoda przespała wszystkie hałasy (nie wiem, jak jej się to udało), a my tuż po północy otworzyliśmy bezalkoholowego szampana i wyszliśmy na balkon oglądać fajerwerki.

I w tym momencie poczułam nastrój Nowego Roku. Ludzie na ulicy krzyczeli z radości, niebo było jasne od kolorowych pióropuszy, z niektórych balkonów puszczano lampiony. Mieliśmy doskonały widok na ulicę w perspektywie i na fajerwerki puszczane na całej jej długości (na południu, bo na północy ulica nieco zakręca). Pięknie, głośno, kolorowo i wesoło. W tym wszystkim my, z naszymi dwoma kieliszkami, telefonem przy uchu (robił za elektroniczną nianię) i zimnymi ogniami. I z poczuciem, że miniony rok był wspaniały. Pełen sukcesów, dobrych ludzi, miłych niespodzianek, zrealizowanych planów i miłości w ilościach przerastających nawet mnie ;) Dobrze zaczęty i dobrze skończony.

Życzę Wam, żeby 2013 był dla Was co najmniej taki, jak dla mnie 2012. Sobie też tego życzę.

Święta idą!

Kocham święta, mówiłam to sto razy i będę powtarzać. Nie muszą być ortodoksyjne. Zdaje się, że trzeci rok nie myję okien przed Wigilią. Rok temu dużo gotowałam, zrobiłam nawet pierwsze w życiu domowe pierogi. W tym roku zamawiamy sushi, a potem, owszem, idziemy na tradycyjną kolację do mojej mamy. Zabiorę ze sobą sałatkę jarzynową i rybę w galarecie, może upiekę jakieś ciasto. I tyle. Nie napinamy się, nie robimy noworocznych porządków, skupiamy się na rodzinach, prezentach, które bardzo lubimy dawać i spędzaniu czasu razem.

Tak sobie myślę, że kocham Boże Narodzenie właśnie dlatego. Jego wymiar duchowy – w jak najszerszym znaczeniu tego słowa – zdecydowanie jest dla mnie ważniejszy niż wymiar materialny. Zaraz mi ktoś wytknie prezenty, ale przecież nie chodzi nam o bogate podarunki (nie jesteśmy bogaci z domu), tylko o radość dawania. Od tego, co na stole i pod choinką, ważniejsze są uśmiechy dzieci, zapach choinki, bycie razem.

Nieprzepraszam za banał.

Koszmary

Z każdej drzemki, każdego snu budzę się przerażona. Śnią mi się bardzo różne rzeczy, których już po krótkim czasie nie pamiętam, ale wspólnym ich mianownikiem jest to, że jestem sama. Bez bliskiej osoby, zostawiona sama sobie w traumatycznej sytuacji. Czasem tylko ktoś do mnie zajrzy, a ja nie mogę dowołać się pomocy.

Najgorszy jest moment tuż przed przebudzeniem, kiedy już wiem, że wystarczy zawołać Caina, a on się obudzi i mnie przytuli. I wołam, krzyczę, ale we śnie, i – jak to we śnie – nie mogę wydobyć z siebie głosu (tym lepiej, przecież wystraszyłabym dziecko na amen). Z trudem brnę ku jawie i kiedy wreszcie się budzę, jestem już tak przerażona, że boję się choćby drgnąć.

Może to po szpitalu; ostatni raz leżałam w szpitalu 25 lat temu i mało co pamiętam. Tym razem było w zasadzie dobrze. Wygodnie, opieka, pomoc i porada, jedzenie pod nos, a w ciągu dnia był Cain. Jednak odkąd mnie przyjęto do momentu, w którym urodziła się Lila, najbardziej przerażała mnie myśl, że kiedy się naprawdę zacznie, będę sama. Bo na przykład skończą się godziny odwiedzin, on pojedzie do domu, a mnie dopiero wtedy przeniosą na porodówkę. Potem z kolei cały czas myślałam tylko o tym, żeby już być w domu.

Mówią, że poród jest szokiem dla organizmu. Może to to. Hormony – hormonami wszystko można wytłumaczyć.

Niedoczekanie

Nie umiem czekać, mówiłam już? Pewnie ze sto razy. Jeśli jedzenie – to ma być natychmiast, 20 minut szykowania obiadu wystawia moją cierpliwość na bardzo ciężką próbę. Jeśli zakupy, to kurierem, szybko, bo ja już chcę się nimi cieszyć! Jeśli miłość, to zaraz, już, na maksa i do końca, do bólu.

A jeśli nie? To cóż, pójdę i wezmę sobie coś innego, równie fajnego, za to natychmiast. Ostatecznie świat jest pełen dobrego jedzenia, pięknych rzeczy i wspaniałych mężczyzn. Tylko potem będę troszkę żałować, że jednak nie udało się zjeść obu dań.

Tymczasem są takie rzeczy, na które warto czekać. I czasami wiem, czuję to na pewno, gdzieś głęboko – że to tylko kwestia czasu i cierpliwości, pogodnego popatrzenia jak mija czas, a wyrafinowanie danie nabiera smaku i mocy. Że jeśli się na rok-dwa zamknę w tej cholernej wieży, to bajka skończy się tak, jak chcę (nawet, jeśli wszyscy mówią, że nie).  I będą fajerwerki, kwiaty, szampan z truskawkami i rejs jachtem w kierunku zachodzącego słońca.

Na myśl jednak o biernym czekaniu bierze mnie taka, pardon, kurwica, że zrywam się z miejsca i z wrzaskiem „a takiego wała!” rzucam się do walki o swoje, o nowe, inne, ekscytujące i dostępne od zaraz. Wyrywam życiu co się da, zgarniam dla siebie, konsumuję zachłannie, do wyrzygania, a potem od nowa. Jest wspaniale. Mam wszystko, o czym marzyłam i wiele z tego zdobyłam sama. Żyję w bajce, może nieortodoksyjnej, ale za to kolorowej i intensywnej.

Że czasem po czterech latach ryczę w poduszkę za tym, na co nie chciałam poczekać? Och, drobiazg. Każdemu się może zdarzyć.

Melancholijna poro, oczu oczarowanie

Jesień poznaje się po pierzchnących ustach i szorstkich dłoniach. Nagle, z dni na dzień, smaruję, wklepuję i nic. Pora na balsamy i cienkie rękawiczki, na krem do rąk w każdym pokoju i kupowanie kolejnych pomadek.

Jesień poznaje się też po chęci na gotowanie. Wczoraj spontanicznie ugotowałam wielki gar pomidorowej – do odgrzewania i picia w kubku po powrocie do domu. Nie ma nic lepszego na rozgrzanie ciała i ducha, niż kubek domowej zupy zaraz po przekroczeniu progu. Zrobiłam też gulasz na co najmniej dwa dni, rozgrzewający, z cynamonem, pyszny. A że ostatnio kocham kasze, ugotowałam do niego kaszę jęczmienną i aż się nie mogę doczekać dzisiejszego obiadu.

Jesień trzeba celebrować. Nie przeganiać, nie narzekać, nie tęsknić za latem. Trzeba piec ciasto, grzać wino, doprawiać herbatę imbirem i miodem, palić świece, zbierać kasztany i kupować puszyste swetry. Trzeba siadywać na kanapie, pod kocem, z książką i kubkiem czegoś dobrego. Trzeba kupić glog i nie oszczędzać go.

Wszystko to, a nawet jeszcze więcej, zamierzam robić pomiędzy pracą a szykowaniem różnych rzeczy dla małej. W planach między innymi pierwsza samodzielnie ugotowana zupa dyniowa. Dam Wam znać, jak wyszła ;) Chcę też pojechać w Bieszczady, odpocząć, powdychać pachnące powietrze, przewietrzyć umysł. Trzymajcie kciuki.

O tym nie piszą w książkach

Kiedy rodzi się dziecko, wszystko staje się podporządkowane temu dziecku. Bo jest małe, bo jest bezradne i zdane tylko na nas, a czekać nie będzie, ponieważ nawet tego jeszcze nie potrafi. Wszyscy o tym wiemy, jedni w teorii, inni z doświadczenia.

Tak naprawdę jednak cała zabawa zaczyna się wcześniej. Przynajmniej dla matki. Ciąża jest wymagająca. Ciąża ma swoje prawa i dostosujesz się do nich, czy tego chcesz, czy nie.

Nigdy nie jadłaś śniadań, nie cierpisz jeść rano – teraz wstajesz i jesz. Nie jesteś głodna, ale nauczyłaś się już dawno, że nie nakarmiona ciąża rzuci Cię na glebę w kwadrans po wyjściu z domu. Lubisz imprezy – niestety ciążę wkurza hałas, denerwują ludzie, a poza tym chodzi spać o 22.00. Masz jakieś plany – nie, żeby spektakularne: ogarnąć burdel w mieszkaniu, uprasować te małe ubranka. W połowie prasowania wdzięcznie osuwasz się na podłogę i możesz już tylko dyrygować mężem, który zresztą widzi te ciuchy pierwszy raz w życiu i nie odróżnia uprasowanych od nieuprasowanych, więc chowa do komody wszystkie naraz i potem sobie dziel, Kopciuszku. Chcesz iść do sklepu, kupić sobie choćby pieprzoną pastę do zębów. Ugotować obiad. Pospacerować. Ciąża rzuca Cię na łóżko, szlochającą ze złości, i nie zapomnij podłożyć poduszki pod nogi, bo rano nie wstaniesz.

Zawsze spałaś jak suseł, w każdej pozycji i dowolnym miejscu. Teraz przez pół nocy żonglujesz poduszkami, mężem i sobą. Na prawym boku niedobrze, bo dziecko ma tam pięty i już trenuje skakanie po łóżku rodziców (niedoczekanie). Oraz duszno. Na lewym ujdzie, acz teraz wbija się w materac dupką. Bez kitu, ta dziewczyna wszędzie ma jakieś kanty. Na plecach spoko, pod warunkiem, że okno jest otwarte, poduszki pod nogami i że szybko zaśniesz, zanim kot Ci wlezie na brzuch i zacznie przepychanki z młodą.

To są drobiazgi, ale z tych drobiazgów składa się cały Twój dzień, każdy, a także każda noc. Wszystko, co robisz, podporządkowane jest brzuchowi i tylko jemu. Każda rozmowa z ludźmi zaczyna się od tematu ciąży lub nań schodzi. 10 na 10 osób, widząc Cię, pyta: „Jak się czujesz?” lub wprost: „Jak brzuch?” Nie masz już pracy, związku, rodziny, planów na weekend – masz tylko ciążę. Mam wrażenie, że gdybym w dowolnym miejscu publicznym krzyknęła, że mój dom się pali, ludzie chórem odparliby: „A jak brzuch?”. Gdzieś tam, pod brzuchem, jesteś Ty, jeszcze niedawno człowiek z osobowością i sexapilem. Siedzisz i wyglądasz przez żebra z nikłą nadzieją, że ktoś Cię tam wypatrzy.

Wściekła i smutna, zaczynasz się złościć na ciążę, co oczywiście natychmiast powoduje wyrzuty sumienia. Toteż, targana sprzecznymi emocjami, których nie wybiegasz, nie zapijesz i nie… no, mniejsza z tym, no więc targana tymi emocjami robisz nocną dramę z godzinnym płaczem, świadoma, że hasło „nikt mnie nie kocha” nie brzmi poważnie w sytuacji, gdy oto jesteś ukochaną, hołubioną żoną i matką.

Nie szkodzi, wszystko i tak zostanie zrzucone na konto burzy hormonalnej. Na szczęście bowiem kobiety w ciąży nie mają problemów: one mają tylko wahania nastroju.

Dyskopatio, daj żyć

Wczorajsze obchodzenie rocznicy ślubu zaczęliśmy od porządków w domu (same się nie chciały zrobić, nie rozumiem, dlaczego). Po 40 minutach przy zlewie trochę mnie jakby rozbolały plecy, więc zaległam na kanapie. Skąd tego zmywania tyle, ja się pytam? Dziś znowu cała kuchnia zajebana (pardon, no ale właśnie tak) i tym razem stał nad zlewem Kain, ale kaman, żeby codziennie tyle garów? A nawet obiadu nie gotowaliśmy. Zmywarka jest teraz moim pragnieniem namber łan.

No ale wracając. Leżałam tak sobie, plecy bolały, a młode w brzuchu chyba uznało, że musi być symetrycznie, i kopało jak dzikie. Do tego doszedł rozpaczliwy ból głowy i NAGLE poczułam, że znikąd litości ni ulgi.

Cóż to jednak dla mnie. Poleżałam, poleżałam, potem zrobiłam się na bóstwo i poszliśmy na obiad. Pieszo, bo to jakieś 20 minut drogi, a ja wszak powinnam spacerować. Po paru krokach plecy zaczęły jakby nieco łupać, ale nic to, nie pierwszy raz w życiu. Dojdę do knajpy i sobie usiądę, będzie dobrze, pomyślałam, jednocześnie uważnie wsłuchując się w organizm i ustalając, co mnie właściwie boli i dlaczego – bo wrażenie było nieprzyjemne, peemesowe jakby i trochę tak w dole człowieka, więc nie bardzo fajnie. No i tak w połowie drogi, w połowie zapewniania Kaina, że to tylko kręgosłup i wszystko jest OK, nagle zacisnęłam zęby, zawisłam na nim i tak pozostałam na dłuższą chwilę.

Do knajpy jednakowoż dotarłam, usiadłam wygodnie i mi się poprawiło. Dziś natomiast na wszelki wypadek spędziłam dzień głównie siedząc lub leżąc. Mój boski mąż wymasował mnie trochę. Wyjścia ograniczyłam do pięciominutowego spaceru po wodę oligoceńską (nosił Kain), obiad zamówiliśmy przez telefon, porządków palcem nie tknęłam.

A cholerny kręgosłup boli.

Podłożę się jeszcze Siotrze, gdyż nikt tak nie pomoże dyskopatce w ciąży, jak druga dyskopatka, a nawet matka-dyskopatka. Jeśli jednak nie uratują mnie jej arystokratyczne dłonie (obrączka A. wchodzi mi na mały palec tak prawie do połowy), przyjdzie mi potoczyć się do lekarza i przyznać do przypadłości. A potem, obawiam się, to już tylko sobie poleżę. Niestety na leżąco gorzej się pracuje, a już w ogóle najgorzej pakuje graty – przeprowadzka za dwa tygodnie.

Czarny scenariusz, wiem i może trochę desperuję na zapas, ale rozumiecie. Jak się ma krzywe WSZYSTKO (podobno zaczęło się od biodra i to już za życia płodowego), skoliozę ze zwyrodnieniami, dyskopatię i rwę kulszową, to się człowiek uczy dmuchać na zimne. Do tej pory dramat był tylko raz – jak się nieco przedźwigałam za czasów pracy w sklepie. Wtedy leżałam w łóżku dwa tygodnie – uczciwie! –  na lekach przeciwbólowych i przeciwzapalnych, a potem wreszcie mnie skierowano na jakąś rehabilitację. Dali mi zestaw ćwiczeń, ale w ciąży ich nie wykonuję, bo nie wiem, czy wolno. Krążki mi latają w tę i wewtę swobodnie, jak chcą – dawno przywykłam. Póki jakiś nie przeskoczy z nagła, jest ok. Rwa daje żyć, lekko mnie tylko czasem tyłek boli z jednej strony (na zmianę, po równo).

Teraz chyba kręgosłup uznał, że mu ciężko. Trudno się dziwić. Ważę niewiele, zwłaszcza jak na szósty miesiąc, ale przyrost wagi jakoś chyba nie poszedł w parze z przyrostem mięśni pleców. I oto proteścik. Tak więc trzymajcie kciuki, proszę Was bardzo, bo nie uśmiecha mi się taka zabawa przez kolejne trzy miesiące.

Z innej beczki – istnieje spore grono, które na wiadomość, że po porodzie zamierzam pracować nadal, tyle, że z domu, reaguje pogodnym śmiechem. Walcie się, moi kochani, no chyba, że rzucicie parę tysiączków miesięcznie oraz zapewnicie autouzupełnianie wiedzy z branży wraz z bezproblemowym powrotem na rynek.

A z jeszcze innej – bardzo bym chciała czuć się w tej ciąży tak, jak wyglądam! Bardzo.