Archiwa kategorii: opinie

Krótki to był OSK Zryw

Kiedy kupowałam kurs na prawo jazdy, zapłaciłam z góry nieco mniej niż połowę, a resztę miałam wpłacać podczas jazd. Szybko okazało się, że instruktor jazdy jest firmą zewnętrzną i jeździ tyle, ile mu zapłacę. Problem w tym, że w pierwszej racie zapłaciłam z góry za siedem godzin, lecz, niestety, mój instruktor jak dotąd nie widział tych pieniędzy na oczy.

Mogę więc, jak wiele osób przede mną, wykłócać się z właścicielem firmy (podczas gdy instruktor próbuje robić to samo, także nie pierwszy raz) lub płacić za kolejne jazdy na bieżąco, a wykłócanie się przełożyć na później, gdy już zostaną mi tylko te nadpłacone. Ponieważ nie mam w tej chwili pieniędzy, przyjęłam opcję pierwszą, ale ani w czwartek, ani w piątek nie udało mi się złapać właściciela telefonicznie. Doskonale wiem zresztą, że pan powie mi: „jutro rozliczę”, a będzie to takie samo jutro, jakie znam z czasów freelansu.

Wszystko wskazuje więc na to, że co najmniej najbliższy tydzień mam z głowy, ergo nie zdążę skończyć jazd wtedy, gdy planowałam, ergo nie przystąpię do egzaminu przed porodem, ergo cały plan psu w dupę.

Czy jestem wściekła? Och, ależ skąd, kurwa mać.

Wtajemniczenia

Pierwszy stopień dziewczyńskiego wtajemniczenia osiągamy w szkole podstawowej. To ten, który pozwala nam wyczuć zainteresowanie. Mówcie, co chcecie, ale dziewczyna zawsze wie, kiedy ktoś na nią leci. Jeśli Adrian z siódmej be kocha się w Kasi z szóstej a, macie jak w banku, że Kasia o tym wie, choćby najudatniej zgrywała niewiniątko. To się po prostu wyczuwa, to się wie. Wcześniej albo później, ale raczej wcześniej. Każda laska to potrafi.

Drugi stopień to umiejętność odróżniania zainteresowania od prawdziwego uczucia i nieznajdowania symptomów miłości tam, gdzie jej nie ma. Czyli że jeśli mówi, że cię lubi, to prawdopodobnie znaczy tylko tyle, nie więcej. Jeśli podaje ci płaszcz, to znaczy, że jest dobrze wychowany. Jeśli kupuje ci kwiaty na urodziny, to pewnie lubi kupować kwiaty. Jeśli chętnie zaprasza cię do eleganckich restauracji, to zazwyczaj oznacza, że lubi do nich z tobą chodzić. Nic więcej. O dziwo ten poziom wtajemniczenia osiąga niewiele kobiet, a już nie daj Boże, jeśli się im trafi prawdziwy gentleman z zamiłowaniem do szarmanckich gestów. Taki ma przewalone, bo każda od razu myśli, że skoro te gesty takie szarmanckie – w oczy patrzy, gdy rozmawia, w dłoń całuje i nosi torby – to już na pewno kocha. Otóż nie, po prostu jest gentlemanem. To miłe, ale nie róbmy z siebie idiotki, ok?

Podobnie ma się rzecz z prawdziwym przyjacielem. Dolewa wina, trzyma za włosy, gdy rzygasz, pozwala szlochać  w marynarkę i kupuje trafione prezenty? Gratulacje, masz doskonałego kumpla, z którym możesz konie kraść. To nie znaczy, że on cię kocha (to znaczy pewnie kocha, ale nie tak, jak myślisz).

Jeśli to umiesz, to dasz sobie radę.

Ale jest jeszcze trzeci stopień. Polega na tym, żeby nauczyć się ufać sobie. Delikwent przez rok nie deklaruje, ale ty wiesz swoje i masz rację. Albo pitoli coś o przyjaźni, ale ty czujesz, że nie całkiem. Albo wyznaje po trzech latach, a ty od początku wiedziałaś. Kręci, daje znaki, okazuje czynem albo przeciwnie, milczy jak głaz. Rokminiasz to ze wszystkimi przyjaciółmi na sesjach indywidualnych i grupowych, wypijasz litry wina, próbując zgadnąć, co autor ma na myśli, a nawet stawiasz gościa pod ścianą i żądasz definicji, przy czym efekt każdej z tych prób jest taki sam, czyli wszyscy idę w zaparte, że nic, że nie. Ale, laska – jeśli czujesz, że coś jest na rzeczy, wsłuchaj się w ten wewnętrzny głos. Pozornie punkt drugi kłóci się z trzecim, wiem. Nie szkodzi.

Zaufaj sobie. Wiesz lepiej. BTDT.

Oczywiście, że napiszę o Blipie.

Dawno, dawno temu, zanim fejsbuk był po polsku, zanim twitter był po polsku, zanim upadło grono i zanim można było logować się guglem na jutuba – jeden koleś zrobił blipa. Na blipa zaprosiła mnie Królowa i założyłam tam konto tylko po to, żeby obejrzeć sobie i z czystym sumieniem jej powiedzieć: „to nie dla mnie, nie zapraszaj mnie już”. To było we wrześniu 2008 roku i od tamtego dnia prawie codziennie tam pisałam. O czym? No o niczym, bo to jest/był blip, można było tam pisać o niczym, #bułka i #ludziektórzy, pierdolety najgorsze, takie, z którymi wchodzisz rano do kuchni i mówisz siedzącej tam osobie: że noga boli, że kupiłaś nowe cośtam, że czy nie wie, jak metro w weekend jeździ i czy może poleca jakiegoś neurologa w mieście X. To był dla mnie taki wirtualny pokój, pełen ludzi, z którymi mogłam pogadać o czymkolwiek, jeśli akurat miałam ochotę. Albo tylko posłuchać. Albo rzucić grubszym słowem i od razu usłyszeć: „co jest, co się stało, głowa do góry”.

Nie zliczę, ile razy blipowa społeczność niosła radę, pociechę lub inspirację. Wkurwa też, oczywiście, ludzie tak już mają, że czasem są wkurwiający. Ale najważniejsze, że poznałam tam fantastycznych ludzi. Alquanę, Cloudy, Siwą, Futureperfect i inne fantastyczne kobiety. Kilku fajnych facetów. Gdyby nie blip, nie znałabym Orkana! Nie zaprzyjaźniłabym się z Krakowem i nie miałabym z kim jeździć w góry. Spotkałam tam również kilka osób, z którymi wcześniej urwał się kontakt, jak choćby Lilarouge, co po niej moja córka ma imię.

Przez prawie pięć lat korzystałam z blipa non-stop. Cholernie mi żal, że teraz go zamykają. Jasne, wiedzieliśmy od dawna, że GG po kupieniu serwisu nie inwestuje w niego i traktuje po macoszemu, że blip nie przynosi kasy i generalnie że umiera. Ale to zamknięcie nastąpiło mimo wszystko jakoś nagle, jakoś sucho i choć mamy jeszcze prawie dwa miesiące, to jest to już w zasadzie stypa. I czuję się trochę tak, jakby mnie znienacka wykwaterowano bez przyzwoitego lokalu zastępczego, bo Wykop jest jak mieszkanie ze współlokatorami, którzy nie spuszczają wody. Pewnie skończy się na Twitterze, choć prawdopodobnie wyglądamy jak jak gromada oszołomów, to nie jest – podobnie jak facebook – medium do pisania dwudziestu statusów na minutę i wieloosobowych pogaduszek o przewadze placków z solą nad plackami z cukrem (albo karmienia piersią publicznie nad karmieniem w domu po kryjomu, albo…). Jakieś takie bardziej serio są te serwisy, a nam – sierotkom z niepoważnego blipusia – jest teraz poważnie smutno.

Przynajmniej mi jest. Smutno.

Polityka prorodzinna my ass

Będąc na umowie o pracę i prowadząc jednocześnie działalność gospodarczą płaciłam do ZUS-u składkę zdrowotną, coś koło 250 zł. Pracodawca płacił za mnie zdrowotną i społeczną (tak, zdrowotna dwa razy, bo czemu nie, urzędy też za coś trzeba, prawda, stawiać).

Będąc na urlopie macierzyńskim i prowadząc jednocześnie działalność gospodarczą, również płaciłam składkę na ubezpieczenie zdrowotne. To, co poprzednio uiszczał pracodawca, płaciło za mnie państwo.

A będąc na wychowawczym i prowadząc działalność, muszę płacić obie składki sama. Blisko 1000 zł. Różnica jest taka, że teraz nie otrzymuję pensji ani zasiłku macierzyńskiego, zarabiam tylko tyle, ile mi się uda wieczorami. W ten sposób, mimo wszelkich starań i postanowień, muszę zawiesić firmę.

Wal się, przedsiębiorcza matko. Do fabryki albo, najlepiej, na utrzymanie męża, a nie robić zamach na tradycyjny model rodziny. A będziesz fikać, to za nogę do kaloryfera.

Oczywiście w kuchni.

Kocham internet

Jest 4.44 i moja córka właśnie obudziła się wyspana. Trzymam ją więc na kolanach i staram się być nudna. I myślę o tym, jak bardzo internet w telefonie ratuje moje noce, wczesne poranki, popołudnia i wszystkie te długie godziny z niemowlakiem na jednym ręku i wolną głową.

Gdy człowiek siedzi unieruchomiony dzieckiem, potrzebne jest dodatkowe zajęcie, które nie pozwoli umrzeć z nudów. A niewiele rzeczy można robić na siedząco, w miejscu, jedną ręką, często lewą. Czasami czytam książkę – Cain podarował mi pod choinkę czytnik i to był strzał w dziesiątkę: jest mały, lekki i wygodny do obsługiwania jedną dłonią. Jednak czytanie wymaga choć odrobiny koncentracji, a gdy co pół minuty zerka się poza ekran, łatwo zgubić wątek.

Dlatego najczęściej biorę smartfona i sprawdzam, co słychać w internecie. Jedną ręką mogę skomentować czyjś status na Facebooku, przejrzeć jakiś artykuł lub, jak teraz, napisać notkę na blogu. Mogę rozmawiać ze znajomymi albo włączyć sobie i małej muzykę z YouTube lub radia. Mogę poszukać informacji o czymś, co mnie zainteresuje, dokształcić się. A wszystko bez ruszania się i bez ruszania mojego naręcznego  dziecka.

Internet daje mi jeszcze jedną bardzo ważną rzecz: kontakt z ludźmi. W każdej chwili mogę z kimś pogadać, wymienić się doświadczeniami, pomarudzić, poplotkować, podtrzymać kontakt. Dzięki temu nie mam wrażenia, że siedzę cały dzień sama – no dobra, mam, ale mniej; to jest taki bufor, który nie pozwala mi całkiem zamknąć się w świecie pieluch i karmień.

Czy już wspominałam, że uwielbiam XXI wiek?

Sklep odnarodzin.pl – odradzam

Jak wiecie, w sierpniu kupiłam pas ciążowy na Allegro. Nabyłam go od użytkowniczki biala992, która okazała się reprezentować sklep odnarodzin.pl. Szukałam w internecie informacji o rozmiarach i zdawało się, że będzie ok. Okazał się o wiele za duży, a że producent nie ma mniejszych, sprzedawca zgodził się wymienić mi na pas innej firmy. I git, tylko że nie do końca.

Nowy pas był tańszy od starego, więc sklep zaproponował, żebym wybrała coś w brakującej kwocie. Niestety ich sklep internetowy jest o kant tyłka potłuc (cholernie ciężko znaleźć coś wg. rozmiaru i jeszcze żeby było zdjęcie) i po godzinie dałam sobie spokój. Poprosiłam o zwrot na konto.

Nowy towar dostałam bardzo szybko, a zwrotu nie było, nie było, nie było… Wysłałam kilka maili w pustkę, zadzwoniłam, natknęłam się na urlop jedynej kompetentnej osoby, zadzwoniłam ponownie, poproszono mnie o maila, wysłałam, odpisano, że już nazajutrz wszystko wyjaśnią. To było 2.10. Tydzień później dostałam przelew, ale na mniejszą kwotę (tak, uwzględniłam koszty wysyłki). Kolejne maile w pustkę, telefonu nikt nie odbiera.

Podsumowując: bardzo odradzam.

EDIT:
Kwotę chyba jednak ja źle policzyłam, a oni dobrze. Ale reszta, niestety, pozostaje w mocy :/

Ten straszny Woodstock

Przeczytałam dziś artykulik w Rzepie, który mnie zdenerwował, bo nie lubię, jak ludzie piszą o tym, czego nigdy na oczy nie widzieli (albo tylko przez chwilę) i przedstawiają fakty bez kontekstu. Przykład faktu bez kontekstu: Pan Wybranowski pisze, iż podczas festiwalu odnotowano „około 51 kradzieży” (ciekawe to „około”, swoją drogą). Pisze też, że przez pole przewinęło się 350 tys. osób (słyszałam gdzieś o 600 tysiącach, ale ok). Teraz zastanówmy się, ile kradzieży jest w ciągu 3 dni na przykład w Bydgoszczy (nieco ponad 350 tys. mieszkańców) – nie chce mi się sprawdzać, ale obstawiam, że TROCHĘ więcej.

Jak to więc jest z tym Woodstockiem? Samo zło, narkotyki, satanistyczna muzyka, pijane siedemnastolatki i deficyt prezerwatyw? Kałuże błota i ścieków (sic!), o których pisze pan Wybranowski, a w nich odurzone marihuaną nieletnie dzieciaki uprawiające seks w rytm ostrej muzyki? Miałoby to w sobie wiele z nostalgii za latami 70. i epoką wolnej miłości, ale niestety. Prawda jest dużo nudniejsza.

Przystanek Woodstock to przede wszystkim ludzie. Bardzo dużo ludzi w jednym miejscu, od kilkuletnich brzdąców po wiek średni. Są rodziny z dziećmi, są rodzice dzieci już dorosłych, jest młodzież szkolna, studenci i pracujący ludzie po 30 (żeby daleko nie szukać, prawda). Są najprawdziwsze, ekstremalne punki, są podstarzali hipisi, są motocykliści, księża, działacze społeczni, artyści najrozmaitszej maści, turyści z Niemiec i spacerujące z torebeczkami stateczne panie z Kostrzyna. Młodych widzi się chyba najwięcej, co nie dziwi, bo trzeba mieć młodość i kondycję, żeby wytrzymać 3 lub więcej dni w palącym słońcu, w kolejkach po picie i jedzenie, i do umywalek, i do toalet, śpiąc w namiotach (niewiele śpiąc, bo koncerty do późna, a potem impreza trwa dalej). Ja już trochę nie mam i wróciłam zmęczona, choć wybraliśmy wersję de luxe, czyli ze spaniem 1,5 km od sceny i spontanicznymi samochodowymi wycieczkami a to nad jezioro, a to do Frankfurtu.

Foto: wosp.org.pl

Ci ludzie na festiwalu mają jedną cechę wspólną: przyjechali tu po to, żeby dobrze się bawić. Panuje atmosfera wszechogarniającej imprezy. Jeśli ktoś nie lubi imprez, owszem, może się poczuć rozczarowany. Muzyka gra zewsząd. Z dwóch scen i trzeciej u Krysznowców, z samochodów, z gitar i bębnów, z gardeł, Bóg wie skąd. Znajomi i obcy tłoczą się też zewsząd i zwykle mają piwo w ręce i we krwi. Mimo to poziom agresji jest znacznie niższy, niż pod przeciętnym monopolowym. Trzeźwi też się zdarzają, bo np. chcą oddać krew albo skoczyć na bungee, albo akurat religia im nie pozwala na regularną najebkę, albo pilnują dzieci, albo nikt im nie sprzedał piwa, bo nie mają dowodu (no, to akurat najłatwiej obejść, ale zaręczam, że sprawdzają). Nieobeznani sądzą, że przyjeżdża się tu dla koncertów, ale to wierutna bzdura. Przyjeżdża się dla atmosfery, dla tej wielkiej, trzydniowej imprezy z ludźmi, którym hasło „Miłość, przyjaźń, muzyka” coś naprawdę mówi, którzy są otwarci na innych, umieją się bawić, zagadają, pomogą w razie potrzeby. Tutaj można wszystko, a na pewno można więcej. Trzydziestoletni stateczni mężczyźni zjeżdżają na tyłku z górki (pozdrawiam mojego męża). Osobnicy w dowolnym wieku i dowolnej płci przebierają się za dowolne rzeczy (rycerz, Borat, anioł, królik, Supermen, pirat – królik był najlepszy). Najprawdziwsi Indianie łażą z jakimś totemem i  mówią w niezrozumiałym języku. Co kilkadziesiąt kroków stoi ktoś z tabliczką „Free hugs”. Są też tabliczki „Zbieram na…” – bilet do domu, piwo, kurs masażu, konia (!), cokolwiek. Zwykle udaje się uzbierać. Rok temu widziałam dwóch gołych panów, którzy najspokojniej w świecie minęli policjantów pilnujących ruchu na przejściu dla pieszych. Policjanci nie zareagowali. To jest Woodstock, golizna tu nikogo nie gorszy, a policja jest od pilnowania bezpieczeństwa na pasach. Opieprzają natomiast za przechodzenie na dziko.

Jeśli to wszystko brzmi dla kogoś skandalicznie, to faktycznie, nie powinien jechać na Woodstock. Chyba, że zamierza napisać o tym artykuł. Wtedy byłoby wskazane, żeby jednak się pofatygował, spędził ze dwa dni na miejscu, pogadał i popił z ludźmi, pojadł krysznowcowego żarcia, popatrzył na kolejki do oddawania krwi, zobaczył, jak koleś na drodze rysuje boskie portrety albo robi profesjonalny masaż i mówi: „Zapłacisz, ile uważasz” (i ludzie płacą, a nie, że łapią obrazek i w nogi). Niech spędzi z nami kilkadziesiąt godzin, a potem, proszę bardzo, niech pieprzy głupoty, ale poparte jakąś prawdziwą obserwacją. Bo tak to tylko niepotrzebnie denerwuje 600 tysięcy ludzi, którzy byli, widzieli, poczuli i, w przeciwieństwie do pana dziennikarza RP, wiedzą coś o Przystanku Woodstock.

A na rozluźnienie proponuję, żebyście w komentarzach pisali, co najfajniejszego Wam się przytrafiło na festiwalu :)

Carpe diem

„Ty masz takie ciekawe życie. Też tak chcę. Tyle historii, ludzi, znajomości, facetów, przeżyć. Ja mam nudne, nic ciekawego. A tobie się wszystko udaje.” Nie wiem, czy mam ciekawe życie, ale lubię je.

Nigdy nie byłam ostrożna, nigdy nie słuchałam „nie”. Zakazy budzą we mnie bunt, nakazy – chęć zrobienia odwrotnie. Normy poddaję próbom, zasady wolę tworzyć, niż ich przestrzegać. Nie cofam się. Walczę do upadłego (najbardziej o miłość, do ostatniej krwi, zębami i pazurami).

Nigdy nie hamował mnie lęk. Boję się często, ale nie pamiętam, żeby mnie to kiedyś powstrzymało. Podobnie jak zdrowy rozsądek; owszem, posiadam, używam, ale nie dla zasady, tylko dla własnego bezpieczeństwa. Kalkuluję ryzyko i biorę je na klatę. Zaboli? Okej. Coś za coś. Było warto. To jak kac po imprezie: on musi być, jest wliczony w cenę, przecież wiedziałam, żeby tyle nie pić. Żałuję tej śliwowicy na weselu? Za grosz.

Nigdy nie żałuję. Gdybym miała powtórzyć swoje życie jeszcze raz, prawdopodobnie popełniłabym dokładnie te same błędy, co do jednego. One mnie ukształtowały, nauczyły wielu rzeczy i – co tu kryć – zazwyczaj sprawiały mi niesamowitą frajdę. One są najlepszymi historiami, które opowiadam, są moim doświadczeniem i moim szaleństwem młodości, hołubię je jak pierwsze pocałunki (nie, pierwsze pocałunki nie były ani w połowie tak ekscytujące).

Jestem jak Polak z dowcipu: „Ja nie skoczę?” Ja nie wejdę do górskiego potoku jesienią, ja nie wyznam miłości, ja nie polecę szybowcem? Ja nie pójdę na imprezę, bo przeziębienie? No halo, tam może mnie ominąć najlepsza zabawa życia – nigdy nie wiadomo!

Więc – jeśli zazdrościsz – rusz się. Przestań się bać. Wyjdź z domu. Zrób to, i to też, i tamto. Szybko, szybko! Bo minie, odleci, wyjedzie. Nie czekaj, działaj.

Jako nastolatka przeczytałam taki cytat. Nie znam autora:
„Za dwadzieścia lat będziesz żałował wielu rzeczy, których nie zrobiłeś, bardziej, niż tych, które zrobiłeś. Rzuć cumy. Wypłyń z bezpiecznego portu, chwytaj wiatr w rozwinięte żagle. Poszukuj. Śnij. Odkrywaj.”

Jesteśmy piękni, młodzi i wartościowi (nawet, jeśli samotni)

Przeraża mnie to, że ludzie widzą siebie i innych głównie przez pryzmat związków lub ich braku. Ostatnio znajoma na imprezie opowiadała swojemu towarzyszowi o obecnych tam ludziach. Opowiadanie sprowadzało się zasadniczo do informacji, kto z kim jest zaręczony, zaślubiony lub na kogo leci. Pomyślałam, że to straszne. Jestem sobą, Lucą – blogerką, copywriterką, poetką, imprezową dziewczyną, jestem wieloma rzeczami i pasjami, a nie „żoną Caina”, on zaś jest szalenie interesującym człowiekiem poza tym, że moim mężem. Tymczasem skrócona, imprezowa informacja sprowadza się do tego, że jesteśmy razem. Booriing. *

Gorzej, że ludzie w ten sposób patrzą też na samych siebie. Jeśli ktoś jest singlem, najczęściej dobija go towarzystwo par, wkurza rozmawianie o ślubach znajomych, a nawet przygnębia spotykanie atrakcyjnych przedstawicieli płci preferowanej (bo przecież i tak nic z tego nie wyjdzie). Wielu znanych mi singli – singli nie z wyboru, a z braku szczęścia, bo ci z wyboru to inna historia – wydaje się żyć w przekonaniu, że skoro nikogo nie mają, to są beznadziejni, zapóźnieni w rozwoju życiowym, nieustatkowani i w ogóle skończą nadjedzeni przez owczarka alzackiego lub stado kotów. Inne sprawy, jak stabilizacja zawodowa, ciekawe zainteresowania, osiągnięcia na różnych polach, uroda, inteligencja, styl, wykształcenie i masa innych rzeczy wydają się kompletnie tracić znaczenie wobec faktu, że nie dzielą łoża, stołu i kredytu z drugim człowiekiem. Tak, jakby dopiero czyjaś stała obecność czyniła nas wartościowymi ludźmi, godnymi miłości.

Problem w tym, że jeśli poczucie swojego szczęścia i własnej wartości opieramy na obecności drugiego człowieka i jego do nas stosunku, to już na wstępie jesteśmy w czarnej dupie. Raz dlatego, że ludzie są zmienni i relacje są zmienne, toteż każdy gorszy moment w takiej relacji będzie nas od razu wbijał w poczucie beznadziei. A gorszy moment może pojawić się choćby tylko dlatego, że partner jest chory albo przemęczony. Nie ma to jak łapać doła za każdym razem, kiedy narzeczona ma grypę, PMS albo problemy w pracy, prawda?

Dwa – i tu rzucę nie dość, że banałem, to jeszcze górnolotnym, sorry – dwa, że jeśli nie kochasz sam siebie, to utrudniasz innym pokochanie cię. Jeśli nie umiesz uszczęśliwić siebie, tym bardziej nie uszczęśliwisz dwojga. Jeśli nie żywisz głębokiego szacunku i głębokiego uczucia sam do siebie, to podświadomie dasz w związku sygnały, że nie jesteś go wart. Nieco upraszczam, ale zasadniczo mam rację ;)

Zdaję sobie sprawę, że jak napiszę tutaj: „ludzie, nie róbcie tak”, to nie sprawię magicznie, że osoby, które tak czują, przestaną tak czuć. Ale powiem tak: nie znajdziecie w drugim człowieku tego, czego tak szukacie. Macie to w sobie, w środku, i kiedy już się do tego dokopiecie, druga osoba na pewno pomoże Wam to powiększyć, pomnożyć i rozdmuchać w wielki ogień. Ale nigdy nie polegajcie tylko na niej – polegajcie na sobie, bo nikt Was tak nie potrafi uszczęśliwić, jak Wy sami.


*Uwaga, tłumaczę się: absolutnie nie chodzi mi o to, żeby zgłaszać pretensje do znajomej, którą w ogóle uwielbiam, ale ładnie mi pasowało do tematu. Koniec tłumaczenia się.

Nie lubię

Nie lubię pierwszego kwietnia. To znaczy lubię to, że jest to pierwszy dzień miesiąca, który z całą pewnością jest miesiącem wiosennym, zaraz zrobi się ciepło, zakwitną drzewa i w ogóle. Ale nie lubię Prima Aprilisu.

Człowiek cały dzień, już od północy, chodzi czujny. Z głową w ramionach. Z każdej strony spodziewa się ciosu. Znajomi, rodzina, radio, telewizja, internet – kłamią jak z nut, to znaczy bardziej, niż zwykle, prawda. Niczym się nie można na serio podekscytować, ucieszyć, zmartwić,  bo każda informacja może się jutro okazać wkrętem.  W szkole nienawidziłam durnych dowcipów innych dzieci, a dziś, jako dorosła, chodzę po internecie ma paluszkach. Fuj.

Nie wiem, może po prostu nie lubię żartów, nie mam poczucia humoru i w ogóle jestem drętwa.

Tak, to na pewno to.