Archiwa kategorii: praca

Nie zamieniłabym się z nikim

Przez ponad połowę życia byłam uważana za freaka, niespecjalnie lubiana i permanentnie nieszczęśliwa w miłości. Mając dwadzieścia sześć lat, po rozstaniu z narzeczonym, zakochana bez wzajemności i zdecydowanie zbyt często wstawiona – byłam naprawdę przekonana, że nic mnie już w życiu osobistym nie czeka.

Wtedy właśnie, na jednej z imprez, poznałam Caina. A z Cainem stopniowo wszystko stało się proste i piękne. Może też trochę z wiekiem? Mam nie tylko miękkie lądowanie, ale też zasadniczo wyjebane na rzeczy mało ważne. Zaś pomiędzy tymi ważnymi (rzeczami i ludźmi) nie muszę wybierać, a może właśnie wybieram codziennie, w każdej chwili, ale to nie jest „wszystko albo nic”, „on albo ja”, to raczej pewna konsekwencja, o której może napiszę kiedyś osobno.

Gdybyś nie był sobą, kim chciałbyś być? Znacie to, prawda? Jeszcze całkiem niedawno, parę lat temu, mówiłam, że chciałabym być Amandą Palmer. Teraz myślę, że wprawdzie Amanda wymiata, ale z nikim nie zamieniłabym się na życia. Moje jest fantastyczne. Czuję się zadowolona, kochana, spełniona. To znaczy, znacie mnie, robię dramy średnio raz dziennie, bo czymże jest życie bez emocji, prawda. Moje zwłaszcza. Ale tak naprawdę jestem głęboko szczęśliwa.

Pisałam ostatnio na Facebooku, że jak mi ta bańka z miłości kiedyś trzaśnie, to będzie doprawdy epicki lot w dół. Ale w gruncie rzeczy są przecież w naszym życiu sprawy trudne. Kasa na przykład. Choroby i problemy rozwojowe dzieci. Brak czasu dla związku. Polityka niemiłościwie nam panujących. Tylko ja chyba wyprowadziłam się już z krainy pesymizmu (nigdy bym się tego po sobie nie spodziewała!) i patrzę przez tę moją bańkę, skupiając się na tym, co piękne, dobre i prawdziwe. To podejście wraca: im więcej we mnie wdzięczności, tym więcej świat mi daje.

Zajechało Pałlem Koeljem, bardzo przepraszam.


Tymczasem lato zmierza ku końcowi i gdzieś za miesiąc będę znów szukać strategii na sezonowe obniżenie nastroju. Zanim to jednak nastąpi, zaczynam pracę tu i ówdzie. Ponieważ Koeljo, oferty się mnożą i mogę wybierać te miłe. Dobre myśli mile widziane: jeśli budżet zacznie się luźno dopinać, jesienną deprechę pokoloruję sobie w studiu tatuażu. Amen :)

Back in game

Jaram się jak flota Stannisa. Powrót do pracy to był doskonały pomysł. Nie dzwonię do niani co dziesięć minut, chyba, że po to, żeby spytać, czy mogę być później. Poznałam nowych, fajnych ludzi. Ucho mniej boli. No, generalnie – jest dobrze.

Kto mi życzył, żebym się w nowym roku nie nudziła? Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie zaczęło wzrastać. Obecnie czuję, że moje życie pędzi jak TGV i właśnie mnie przegania. Nie nadążam za własnym kalejdoskopem emocji, bo wredne rzeczy przeplatają się z fajnymi tak szybko, że nawet ja nie daję rady. Mimochodem rozważam też, dlaczego zawsze przydarzają mi się scenariusze, których nie przepuściłby żaden szanujący się reżyser opery mydlanej.

Czasu, potrzebuję czasu. Na spotkania, rozmowy, na poświęcenie go ludziom. I sobie.

New year, new life

Idę jutro (właściwie dziś) do pracy pierwszy raz od ponad roku. Stresuję się tym nieco i choć wszystko mamy poukładane, to byłoby jednak odrobinę lepiej, gdybym nie zapadła właśnie na zapalenie ucha, a dziecko nie złapało ospy. Perfect timing, no naprawdę. Okoliczności są tak poetyczne, że udało im się zaćmić echa Sylwestra w Krakowie. Jeszcze wczoraj w nocy pisałam romantycznego maila, a dziś już, spięta jak choinka tuż po zakupie, z obłędem w oku kończyłam robotę i pakowałam Licho do Siostry, a siebie do biura, w międzyczasie zażywając pierwszy Apap od nie wiem nawet, jak dawna. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: w ciągu paru minut ból ucha i głowy zastąpiło lekkie ćmienie, ja zaś poczułam się nieco otumaniona. Bez kitu, zróbcie sobie dwuletni detoks od prochów, potem działają jak złoto.

W ogóle to kalejdoskop, bo najpierw Święta z rodzinną Wigilią u nas w domu (taką miałam wizję i było świetnie), potem Kraków, zaraz po powrocie zaś lazaret: koszmarna migrena Kaina, dzień później jeszcze lepsza gorączka Licha, potem hipoteza z ospą i zaraz potem moje ucho. Wszystko w jeden, uroczy, długi weekend, więc jutro po pracy muszę ogarnąć jakichś lekarzy.

Skłamałam, że się nieco stresuję. Tak naprawdę cykam się jak tchórzofretka.

The best of the bests

Dobra, no więc mam taki problem, że muszę być zajebista. Muszę być dobrą mamą, dobrze się zajmować domem (nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o codzienne mycie podłóg, tylko raczej, żeby nie tonąć w brudzie, a tonę, piszę z dna), muszę mieć wartościowy obiad dla dziecka i świeże jedzenie w lodówce, a zarazem uśmiechać się do męża, uczesana być i wydepilowana, czuła i wspierająca, i jeszcze muszę być dobra w pracy, bo jak mi spada poziom, to mnie szlag trafia, że nie wspomnę o milionie maili z poprawkami. Muszę zarabiać, wydawać, bo samo się nie kupi, spacerować, karmić, dbać i dogadzać, a, i zapomniałam, że jeszcze muszę być dobrą przyjaciółką, sąsiadką, kochanką, siostrą.

Takie mam ciśnienie, żeby to wszystko robić może nie najlepiej, ale dobrze, żeby niczego nie zaniedbywać i sama przy tym być zadbaną.

No bo jak to – obiadu dziecku nie dam? Mężowi odmówię tête-à-tête, zarzucając nieświeżą grzywką? Okruchy muszkom owocówkom na stole zostawię (plaga)? Prania nie zrobię i co będziemy nosić? Kasy nie zarobię i za co na wakacje? Przyjaciół w potrzebie spuszczę na drzewo?

Nie mogę, no nie umiem. I tak się staram, i tak daleko mi do ideału, zamiast dziecku dawać dobry przykład, to ja przy stole klepię w komórkę pisząc tę notkę, na podłodze mam syf, nie obcięte paznokcie i nie wysłane maile, i cos mi śmierdzi w kuchni. I tyle mi to wszystko pochłania czasu, tak bardzo nie mam kiedy spać, odpoczywam rzadko, tak strasznie nie mam siły. Oraz nie pamiętam.

Znacie to, nie? Poradźcie mi, co robić, jak żyć, gdy nic się nie da odpuścić, bo przecież jak się potem nazbiera, to zaleje po czubek głowy. Bul, bul.

W wiecznym niedoczasie

Dużo pracuję, choć jakoś dziwnie wciąż nie mamy kasy. Dużo to znaczy, że codziennie, gdy Licho w końcu zaśnie, siadam do komputera i piszę, poprawiam, szukam obrazków, wymyślam i znów piszę. Bywa, że schodzi mi do drugiej w nocy. Skonana kładę się spać, żeby zostać obudzona o szóstej (na szczęście czasem później dosypiamy we dwie). A potem rajd: aerobik, jakieś warsztaty, to lub tamto załatwić, zadzwonić, umówić, ustalić, kupić, tu lub tam wpaść, do pracy podjechać. Do tego gotowanie, bo Licho lubi często podjeść. Po powrocie Kaina obiad (kolacja w sumie), kąpiel, bawienie, usypianie, praca, pad na twarz. I tak ciągle.

Zaniedbuję już nie tylko blogi, ale też książkę. Zaniedbuję także dom, męża, o sobie już nie wspomnę. Każda chwila czasu to najpierw szybkie planowanie: co zrobić najpierw, zanim coś mnie znów oderwie; co jest najważniejsze? Po pół roku treningu doszłam do tego, że najważniejsze jest siusiu i jedzenie, reszta potem. Jestem z siebie dumna.

Kain też zabiegany, praca, dom, dziecko, żona. Jakoś jednak to on ma czas na godzinkę lub dwie grania na komputerze i to on ma siłę na tête-à-tête, podczas gdy ja jestem tą zimną i złą, która zasypia, gdy tylko znajdzie się w pozycji horyzontalnej.

Dochodzę do etapu, w którym osiem godzin pracy w biurze wydaje mi się miłą, odprężającą rozrywką.

Polityka prorodzinna my ass

Będąc na umowie o pracę i prowadząc jednocześnie działalność gospodarczą płaciłam do ZUS-u składkę zdrowotną, coś koło 250 zł. Pracodawca płacił za mnie zdrowotną i społeczną (tak, zdrowotna dwa razy, bo czemu nie, urzędy też za coś trzeba, prawda, stawiać).

Będąc na urlopie macierzyńskim i prowadząc jednocześnie działalność gospodarczą, również płaciłam składkę na ubezpieczenie zdrowotne. To, co poprzednio uiszczał pracodawca, płaciło za mnie państwo.

A będąc na wychowawczym i prowadząc działalność, muszę płacić obie składki sama. Blisko 1000 zł. Różnica jest taka, że teraz nie otrzymuję pensji ani zasiłku macierzyńskiego, zarabiam tylko tyle, ile mi się uda wieczorami. W ten sposób, mimo wszelkich starań i postanowień, muszę zawiesić firmę.

Wal się, przedsiębiorcza matko. Do fabryki albo, najlepiej, na utrzymanie męża, a nie robić zamach na tradycyjny model rodziny. A będziesz fikać, to za nogę do kaloryfera.

Oczywiście w kuchni.

Kumulacja

Nie jest dobrze.

Najpierw ZUS nie wypłacał mi zasiłku macierzyńskiego, o czym pisałam tu już ze trzy razy, bo bardzo mnie to zdenerwowało. Okazało się, że nie dostali na czas najważniejszego dokumentu. Nie moja wina i nie ich, ale nie było wesoło, bo naprawdę bardzo nie lubię pożyczać pieniędzy.

Potem okazało się, że pakiet medyczny dla córki wymaga więcej czasu i pieniędzy, niż się spodziewaliśmy. Było sporo stresu i kombinowania, wreszcie wybraliśmy, podpisałam, zapłaciłam (auć) i, tadam, nadal nie mam jej polisy. A tymczasem termin badania bioder nadszedł i przeminął. A że ja sama mam wrodzone krzywe biodro, co stwierdzono, gdy miałam jakieś 25 lat i było już za późno na wszystko, to TROCHĘ się denerwuję.

W ramach kolejnej atrakcji Kaina zwolniono z pracy. W pięknym stylu, bowiem powiedziano mu, że źle wykonuje swoje zadania i powołano się przy tym na opinie dwóch osób, z których, a jakże, żadna nic takiego nie mówiła, a nawet wręcz przeciwnie. Zabawnym zbiegiem okoliczności firma niedawno zainwestowała w nową, wypasioną siedzibę, Kain zaś miał umowę o pracę, wyrabiał wszystkie premie, prosił o podwyżki i wyrabiał cele do nich wyznaczone, a przy tym lubił wykorzystywać swoje urlopy i wychodzić do domu o ludzkiej porze. Drogo im wychodził, jak mniemam. Najlepsze jest to, że o planach rozwiązania umowy wiedzieli jeszcze przed jego urlopem ojcowskim i przed świętami, ale po co dać człowiekowi więcej czasu, no po co. Jeszcze by sobie podczas urlopu nową pracę znalazł lub, nie daj Boże, nie wydał na Gwiazdkę całej kasy. Kiedy sobie o tym wszystkim myślę, przychodzą mi do głowy różne słowa i frazy. „Gówniarzeria bez wyobraźni” to jedna z łagodniejszych. Nie przepraszam.

Potem zepsuło się zdrowie. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że – jak wiadomo i nie jestem szczególnie zaskoczona – gdy dzieje się coś poważnego, prywatne pakiety medyczne można sobie wsadzić w dupę. Otóż na chwilę obecną wygląda to tak, że albo trzy tysie prywatnie, albo pięć miesięcy oczekiwania na wizytę państwową. Cudnie po prostu, a czas leci i zdrowie razem z nim.

Na koniec Kain się przeziębił i dziecko choruje.

Ja zaś niechybnie wyląduję w Tworkach. Może nawet poczuję się tam swojsko, w końcu do żłobka tam chodziłam. Tak, jest to jakiś plan.

Nie spać, pisać

Muszę pisać na blogu, powinnam się przymuszać, lekce sobie ważąc zmęczenie i senność. Muszę, bo na co dzień piszę hasła i krótkie posty, i myśl moja zaczyna zbyt często zawierać się w kilkudziesięciu znakach. A przecież nie tak miało być i wciąż nie tracę nadziei, że pewnego dnia, ot – usiądę i napiszę powieść. Niekiedy, jadąc autobusem, układam w głowie krótkie opowiadania o Pradze lub fragmenty sagi rodzinnej, czy raczej czegoś w rodzaju memuarów, co u nas (u nas w rodzinie) trochę na jedno wychodzi. Potem wysiadam i zajmuję się innymi sprawami. Po pracy mam zmęczone plecy, ręce i głowę, ale to żadne wytłumaczenie, skoro i tak siadam do fejsa, jak tylko zdejmę buty i naleję sobie wody.

Porzuciłam moich starych klientów, żeby nie pracować ponad 8 godzin dziennie. Dopuszczam tylko malutkie wyjątki po znajomości. Brzuch ma swoje prawa i domaga się ich nieubłaganie: jedzenie co dwie godziny, cień, sen. Mózg, gdy przeciążony, wyłącza się sam bez uprzedzenia. Trudno, widać musi; czuję się dobrze, nadspodziewanie dobrze jak na moją dość żałosną kondycję (od dziecka, ten typ tak ma), no ale jednak natura wie swoje i swoje robi, a ja nie należę do umartwiających się super-kobiet „ducha wyzionę, a wszystko zrobię”. Toteż za moimi plecami piętrzy się pół góry naczyń (połowę pozmywał Cain), odkurzacz siedzi w szafie i udaje, że go nie ma, torba podróżna jest prawie rozpakowana po weekendzie, ale prawie robi różnicę, wanna z lekka obrasta. Za to jeszcze ani razu nie zemdlałam, powoli tyję i jestem zadowolona z życia. W nagrodę za pierwszą pensję z nowej pracy kupiłam sobie komplet bielizny, niestety jest na styk. Cóż, za miesiąc będę musiała kupić następny ;)

Cain jest cudowny. Myślę, że powinno się go sklonować i rozdawać innym kobietom w ciąży w charakterze męża idealnego. Odkąd jestem mniej aktywna, przejmuje domowe sprawy, bierze na siebie rzeczy, przy których ja siadam i rozpaczam; kiedy trzeba, zmusza mnie do wzięcia się w garść, kiedy trzeba, pozwala wylać nadmiar emocji w mężowską klatę. Jest niebywale elastyczny i w przeciwieństwie do mnie nie planuje życia na zapas, lecz dopasowuje się do zastanej sytuacji. Doskonale rozumiem, dlaczego tak dobrze radzi sobie w każdej pracy. Naprawdę, ten człowiek ma skille, jakich nawet nie podejrzewałam.

Jak te ślimaki się rozbiegły, to był dosłownie moment

Kolejny tydzień śmignął mi koło nosa, nie wiem, kiedy. Trochę nie dziwne, gdyż od 9 do 17 jadę pełną parą, a potem albo kontynuuję, albo padam na twarz. Zależnie od ilości obowiązków pozasłużbowych. Praca jest zajebista, robię fajne rzeczy, uczę się dużo i chwalą mnie. Póki co zostaję więc w Socializerze, firmie rozwijającej się szybciej, niż ludzki zarodek (naprawdę robią wrażenie).

———————————–

Właśnie poszłam na pół godziny na Golden Line aktualizować profil i kompletnie zapomniałam, że pisałam notkę. Tak to mniej więcej teraz u mnie wygląda: koncentracja motylka, sto rzeczy na raz, dziury w mózgu i zapominanie. Np. od trzech tygodni zapominam sobie zrobić badania, a właściwie nabyć stosowny pojemniczek jałowy, i WTEM! jest czwartek wieczorem, ja nadal nie mam pojemniczka, wyjeżdżam na weekend, a wizyta u lekarza – z wynikami, a jakże – w poniedziałek o ósmej czterdzieści rano. I trochę nie wiem, co teraz.

Zapominam też, który to właściwie tydzień. Chyba ośmnasty, ale nie przysięgnę. Z Kainem w każdym tygodniu czytamy sobie z internetów, co też tam przyszły potomek akurat wyczynia w brzuchu. Piszą, że może niedługo zacznie rozrabiać wystarczająco, żeby matka się zorientowała. Ja chętnie, gdyż doskwiera mi brak kontaktu. Nuda taka, nic się nie dzieje, tylko tu sobie człowiek czegoś zapomni, tam zasłabnie, ówdzie w spodnie się nie zmieści. Ale zero gratyfikacji, a ja nie lubię czekać :)

Poza tym nadal nie mam za bardzo siły, czasu i chęci na ludzi. Jak już nie mam co robić po południu, to bym sobie pospała, albo choć odpoczęła. Albo na spacer poszła. W grudniu ocknę się bez znajomych i będę łkać, niemowlęciu do wtóru. Ale w zeszły weekend byliśmy na działce – ognisko, pływanie, słońce, grill – a jutro jedziemy razem do Miasta Na K, żeby oblewać urodziny Suchego. Jak mi znów zamkną toaletę w busie, to zrobię im jesień średniowiecza.