Archiwa kategorii: praca

A rzeczywistość skrzeczy

Pierwszy miesiąc bez nianiowania jest o tyle ciężki, że nie ma kasy co tydzień, tylko będzie na koniec miesiąca. Więc z deczka nam się nie dopina budżet, a w dodatku zapłaciłam playowe rachunki na zły numer konta. I teraz mamy zablokowane telefony, bo oni to wprawdzie przeksięgowali (na mój wniosek, już po drugiej prośbie i siedmiu dniach roboczych), ale wtedy sobie przypomnieli o nowym rachunku i nie chcą odblokować. Dla równowagi faktura od jednego mojego klienta miała termin płatności coś z dobry tydzień temu. Nadto sprzedajemy stare telefony i monitor, ale nic nie dzieje się od razu, więc, póki co, trochę panika na tle finansowym.

Dobra wiadomość jest taka, że w pracy się chyba układa oraz że poza pracą też jestem proszona to tu, to tam o jakieś drobiazgi; jeśli więc wszystko ułoży się tak, jak to sobie wymyśliłam, to z czasem będzie nieźle. Trzymać kciuki można.

Furgony z erami, wagony eonów

Pilnie przyjmę dostawę wolnego czasu. Po imprezowo-wypoczynkowym weekendzie w Krakowie nastąpił powrót do normalności, która okazała się bogata w zajęcia zawodowe i dodatkowe. Raz, że trzeba nastukać trochę kasy, więc staram się pracować jak najwięcej, a dwa że jakoś wszyscy mają urodziny/imieniny/parapetówki/niewiemcojeszcze w styczniu. Jesteśmy w związku z tym zaproszeni na jakieś pięć tysięcy imprez i niestety większość z nich organizują ludzie, których naprawdę lubimy na tyle, żeby nagiąć nieco nasze godziny snu.

Tymczasem wyjście z takiej imprezy przed drugą w nocy jest trudne, bo każdy pyta, co tak wcześnie i czy ty naprawdę zamierzasz iść spać, kaman, życie prześpisz. No prześpię, trudno, za to wolniej się zużyję. Jak żółw. Żółw przesypia dwie trzecie życia, znaczy hibernuje, i podobno hodując żółwia w domu trzeba go hibernować w lodówce, bo inaczej zużywa się za szybko i nie żyje sto lat, tylko na przykład 40. To ja wolę spać czasem, wątrobę i inne narządy wewnętrzne oszczędzać, choć znam takich, co trzy imprezy dziennie, praca, dom i jeszcze mają siłę. Trochę zazdr, a trochę, że w sumie po co? Dłuższe przebywanie wśród ludzi męczy mnie psychicznie i zaczynam się robić wredna, więc chyba nie warto.

W ogóle to zaczęłam tę notkę pisać wczoraj rano, podczas gdy miły pan wpuszczał mi kolorowe tusze w skórę na plecach. Było fajnie, ale miałam lekkie problemy z koncentracją („myśl, że to depilacja, to łatwiej wytrzymasz”). A że potem pojechaliśmy via sklep na pierwsze urodziny Konstantego, a potem na podwójne urodziny kolegów, a potem to już trochę „pandłam” (jak mawia mój dwuletni podopieczny), więc kończę dziś. Tatuaż jest przepiękny, ale na razie nie będę tu wrzucać zdjęć, niech się wygoi.

Dziś dzień siedzenia w domu, sprzątania, milczenia, wyrzucania choinki – bo żałosny drapak się z niej zrobił – i chyba pracowania, bo przypomniałam sobie, że mam coś do napisania na jutro. Tymczasem niemrawo klikam w klawiaturę i czekam, aż Kain mnie od niej oderwie śniadaniem. No tak, wiem, że jest piętnasta i to pora raczej na obiad, ale ojtam.

O, kanapki! :)

Kto mnie zapragnie?

Blondynka szuka etatu. Nie musi to być etat w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo mam działalność gospodarczą, chodzi raczej o stałą pracę za stałe pieniądze. Z wyzwaniami, nowymi doświadczeniami i kontaktem z branżą.

Najbardziej marzy mi się jakaś agencja interaktywna, ale nie będę zanadto wybrzydzać.

Polecam się łaskawej pamięci Państwa!
kontakt: lucrecja na gmailu :)

Tymczasem koniec lata

Burza wisiała w powietrzu od wielu dni. Mimo to wciąż świeciło słońce, było ciepło i pozornie spokojnie. Po jednym ze szczególnie pogodnych dni, spędzonych na dworze, opalonych, upalnych – wreszcie uderzyła i zmiotła, co popadło.

Ponieważ burze są naturalną i pożądaną koleją rzeczy, obecnie stopniowo powraca ładna pogoda. Pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że może jednak tornado nie nastąpi i nie rozwali mi dachu nad głową. Tylko patrzeć, a wyluzuję zupełnie i nikt w najbliższym otoczeniu nie osiwieje, a nawet może ja sama też nie.

Tymczasem koniec lata i właśnie skonstatowałam, że wrzesień już za trzy dni. Wczoraj robiłam duże sprzątanie i ponieważ miałam zajęte ręce, a wolną głowę, mimochodem obmyśliłam plan finansowo-zawodowy na wrzesień. Nie jest to plan przyjemny, ponieważ, nie ma co się oszukiwać, nie stać mnie na luksus rozwijania firmy. Zlecenia owszem, przyjmę coraz chętniej, walcie jak w dym, bo chcę pisać i pisać, i pisać. Ale że jest to dość niepewny chleb, a nadal gardzę etatem (zresztą, w którym mieście miałabym go szukać?), plan zakłada także realizowanie się jako zawodowa ciocia. Jeszcze tylko nie wiem czyja, bo wszędzie na raz nie zdążę.

Drugą częścią planu jest sporządzenie czarnej listy. Na czarnej liście będzie wszystko to, czego we wrześniu NIE kupujemy. Bo jak bym nie liczyła wychodzi mi, że zarabiamy na rachunki, ubezpieczenie i inne stałe koszty – tak na styk. Drugie tyle chętnie byśmy przejedli, przepili, przepodróżowali i wymienili na praktyczne przedmioty codziennego użytku, ale, no cóż.

Jedno, co jest w tym wszystkim dobre, to że mam skille oszczędnościowo-kulinarne. Ugotowanie obiadu za 4 złote, zwłaszcza o tej porze roku, nie stanowi dla mnie problemu i nawet w szczególnie chudych tygodniach z głodu nie umrzemy. Żeby jeszcze tylko koty chciały jeść fasolę! ;)

Klucz do międzyczasu pilnie kupię

Nie za bardzo wiem, jak i kiedy to się stało, ale pracuję po 12 godzin dziennie. Lubię swoją pracę i lubię dzieci, którymi się zajmuję, ale muszę przyznać, że po tych 12 godzinach wracam ledwo żywa. Co więcej, garstka rodziców grozi, że też mnie zatrudni, jeśli tylko znajdę czas. Za to zleceń copywriterskich jak na lekarstwo. Szykuje mi się jedna fajna współpraca, muszę tylko jakimś cudem znaleźć się na jeden dzień pod Częstochową.

O dziwo i na szczęście mam jeszcze wolne weekendy, które poświęcam na intensywny odpoczynek. Tak intensywny, że wczoraj rano lewo się zwlekłam z łóżka ;-)

Cały ten stan potrwa do końca miesiąca, a potem nic nie wiadomo. Dobra wiadomość jest taka, że możliwości mam wiele, a zła taka, że do ostatniej chwili nie będę wiedziała, na czym stoję. Najbardziej chciałabym, żeby moja firma zaczęła porządnie zarabiać, wciąż bowiem moim celem i marzeniem jest praca w domu (albo gdziekolwiek akurat się znajdę z moim netbuczkiem), w godzinach, jakie mi samej będą najbardziej odpowiadać. Niestety ciągłe szukanie nowych zleceń jest nieco męczące. Jednak raz na jakiś czas zlecenia znajdują mnie same i to są te miłe momenty.

Poza tym dojrzałam do zmiany miasta. Kain już dawno proponował przeprowadzkę do Krakowa, ale ja nie chciałam wyjeżdżać. Jednak im częściej A. robi sobie dwu- lub jednodniowe wypady z miasta na K. w góry, tym bardziej mu tej bliskości gór zazdroszczę. Stąd to wielka wyprawa, stamtąd tylko wycieczka. W międzyczasie jednak Kain zmienił zdanie. Pertraktacje trwają, do września zapewne podejmiemy jakąś decyzję.

Dzień

Wstałam rano, wykąpałam się biegiem, poszłam do pracy, wróciłam, odpisałam na maile, pojechałam do centrum, pojechałam na Ursynów, wróciłam, wstawiłam pranie, sprzątnęłam kotom, poprawiłam mężowi ważnego maila, zrobiłam obiad, zrobiłam zlecenie, napisałam to wszystko, padłam. Jak na prawie 17 godzin to w sumie mało zrobiłam…

Pracownia Tekstylia

W tym tygodniu rozpoczęłam weekend w czwartek. Miałam jutro jechać do Krakowa, ale kolejny raz odłożyłyśmy z Najmłodszą tę wyprawę na bliżej nieokreślony termin, w którym nie trzeba się będzie tak szczypać z kasą.

Skoro miałam wolny dzień, zrobiłam kilka konstruktywnych rzeczy,  między innymi napisałam sobie nowe teksty na moją stronę internetową. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to o, proszę, tu jest. Ma też fanpage’a, więc można promować mnie na fejsiku, jak ktoś ma ochotę.

W ogóle to chętne zrobiłabym coś nowego. Jakąś szeroko zakrojoną akcję marketingową z porządnym budżetem, w której można nieco zaszaleć. Nudzę się zawodowo i czuję, że stoję w miejscu, a to bardzo niedobre uczucie, szczególnie w mojej branży. Zatem od dziś będę się modlić o wyzwanie zawodowe.

Na początek jedno.

Sufit kapiący nade mną

W domu syf jak jasna cholera. Nie pozmywane, nie odkurzone, pranie nie powieszone gnije w pralce, kwiaty nie podlane. Łóżko się rozkręciło i skrzypi, kiedy się przewracam na drugi bok. Odkurzacz zepsuty: nie ciągnie. Rozpadł się ostatni stołek, automatycznie pozbawiając nas wspólnych posiłków przy stole. Fotele zasiedziane na śmierć (w dwa lata!) – do wymiany. Dziś rano komputer zaśmierdział i zgasł: tym razem już naprawdę trzeba kupić nowy. Tylko trochę nie ma za co. Męża boli głowa; proszka sam nie zażyje, trzeba mu podać. Lawiruję między wieloma pracami, tu coś, tam coś; wiem, sama chciałam, przecież nienawidzę cyrografów.

Jestem zmęczona, przeziębiona, niezadowolona i zła.

Chyba zacznę od herbatki na pms i czekolady.

Co to ja chciałam?

Miałam jakiś pomysł na notkę, ale zupełnie zapomniałam. Ale ponieważ w tym blogu generalnie chodzi o to, żeby pisać, co u mnie, to tak właśnie zrobię.

Doszłam do wniosku, że jeśli nie chcę się zaprzedać korpo (a bardzo nie chcę), to muszę sobie znaleźć dodatkowe zajęcie. Jeden zawód zdecydowanie bowiem nie dostarcza pożądanej ilości środków materialnych. Toteż teraz piszcie do mnie nie tylko wtedy, kiedy macie do ogarnięcia jakieś teksty, korekty albo fejsbuki, ale także wtedy, kiedy macie dziecko. Szlify zdobywałam od szesnastego roku życia, a trenowałam niekiedy i na piątce na raz, więc bez krępacji.

Pomysł jest dobry, w tym tygodniu dwa dni byłam nianią i trzy copywriterką (tak, wiem, że jest czwartek, ale odziedziczyłam po mamie klucz do międzyczasu). Oby tak dalej, to może mój bank znów mnie polubi. Mam też bliższe cele – w następny weekend zamierzam być w górach, których zawsze mi mało, w towarzystwie, którego też mi zawsze mało. Trzymajcie kciuki za pogodę…

Czyżby miało się udać?…

Rozdzwoniły się telefony. Zapycha się skrzynka mailowa. Znajomi i nieznajomi: że tu szukają, tam potrzebują, jaki masz cennik, ile by kosztowało, fanpejdża, scenariusz, stronę, to, tamto. Nie wiem, czy najpierw aktualizować profil jednej firmy, czy pisać do znajomej, jak stoimy z drugą firmą, czy zwiedzać pewien portal, bo może współpraca, czy przekopywać się przez tonę materiałów od potencjalnego-ale-prawie-na-pewno-klienta. Tonę w pomysłach. Wszystko trochę palcem na wodzie pisane póki co, bo z każdym trzeba się dogadać, zapoznać z tematem, podpisać umowę, coś tam jeszcze. To wszystko trwa, przeciąga się, a ja przeskakuję z tematu na temat, jedną ręką piszę maila, drugą rysuję schematy, trzecią wrzucam zdjęcia, czwartą czytam materiały… Piątą i szóstą gotuję, sprzątam, robię makijaż i tak dalej, sami rozumiecie.

Na razie nic nie wiadomo. Ale pomału, po cichu, szeptem mogę wyrazić nadzieję, że po miesiącach chudych nastąpią tłuste, a po etapie odpoczynku etap wytężonej pracy. Życzcie mi tego, moi Drodzy, i trzymajcie kciuki.

Update:

Za to hiobowe wieści wyprzedzają jedna drugą. Aż się trochę boję, co dalej. Zły sezon :/