Archiwa kategorii: praca

Nie chce mi się

Czytam właśnie magazynowe wydanie „Wysokich Obcasów”, w którym roi się od Pracowitych Kobiet Robiących Ważne Rzeczy. Czytam z podziwem i zajęciem: że też im się chciało, że też miały lub mają tyle zapału, siły i chęci.

Bo mnie się, niestety, nie chce. Nie chce mi się wstawać wcześnie i pół dnia pisać książkę, a drugie pół – „kawałki” za pieniądze („Kawałkami” nazywał swoje teksty Gałczyński, co bardzo mi się podoba). A powinnam. Nie chce mi się szukać zleceń, wobec czego budżet domowy podupada i jest mi wstyd (nie umiem, nie wiem, do tej pory praca znajdowała mnie, ratunku). Nie chce mi się pucować podłóg i piec ciast, wobec czego jestem złą panią domu. Nie chce mi się szyć i prasować – jestem złą dziewczyną dla mojego faceta. Nie chce mi się także wywijać elektrycznym depilatorem, smarować się codziennie balsamem do ciała i obsesyjnie pilnować linii brwi, więc nie jestem kobieca (w sumie to jestem, ale nie wiem, jakim cudem).

Nie chce mi się pisać na Ważne Tematy, ponieważ czuję się zbytnią ignorantką, żeby robić to solidnie i zbytnim leniem, żeby porządnie zgłębić Ważny Temat. Poprzestaję na dość płytkiej obserwacji, że po przeczytaniu dwóch trzecich podobno feministycznej gazety pilnie zajęłam się pielęgnacją ciała.

Izu się ze mnie śmieje, odkąd powiedziałam, że nie posiadam w zasadzie żadnych ambicji naukowych i zawodowych. Nie chcę być sławna, nie pożądam tytułu magistra (a właściwie pożądam, ale nie aż tak, żeby znów studiować). Chcę tylko dobrze pisać, godnie zarabiać, podobać się sobie i ludziom, którzy mnie interesują i mieć szczęśliwą rodzinę. Nie wiem, czy to mało.

Koniec dramy

No, skoro już tak ładnie zrobiłam z siebie dramatyzującą blondynkę, to trzeba będzie pociągnąć ten temat i napisać kiedyś o konsekwencjach nie mówienia, nieszczerości, milczenia i w ogóle o komunikacji męsko-damskiej. Ale to innym razem. Tymczasem spuśćmy zasłonę życzliwego milczenia na mój wczorajszy występ, na przyszłość skupiając się tylko na jego atrakcyjnej formie. Napiszmy natomiast, co u mnie.

Przede wszystkim wysypiam się.  Okazuje się, że naturalny rytm mojego organizmu oznacza spanie od północy do południa i aktywność od południa do północy. Dwanaście na dwanaście, przy czym doskonale zdaję sobie sprawę, że normalnemu człowiekowi wystarcza około ośmiu godzin snu. Za to, mimo wyspania, nie zaobserwowałam u siebie nagłego skoku energii. Żadnego przydatnego w codziennym życiu kobiety ADHD, szalonego wypełniania każdej godziny czymś konstruktywnym, nic w tym rodzaju. Szkoda.

Wstaję więc w południe, włączam komputer, witam się ze światem i idę do wanny. Wypełznąwszy, pracuję jakieś dwie godziny, a potem różnie: jem śniadanie, idę po zakupy, załatwiam coś na mieście, spotykam się z kimś, szukam zleceń, pracuję jeszcze trochę… Prócz tego dbam o wikt i opierunek, gotuję obiadki na odpowiednią godzinę i  w ogóle staram się być czynnikiem domotwórczym.

Dobre jest to, że mam czas na rzeczy, o których do tej pory mogłam tylko pomarzyć. Że w domu zapanował ład (choć do klinicznej czystości daleko), że mogę być w domu, kiedy Kain wraca z pracy, w razie potrzeby pójść do lekarza…

Fuck! Byłam zapisana na wizytę lekarską jakoś pod koniec marca i kompletnie o niej zapomniałam!

…czy do urzędu, odebrać zakupy od kuriera w godzinach, w których nie ma szalonych korków po domem. Te wszystkie drobiazgi, w związku z którymi na co dzień trzeba kombinować, brać wolne z pracy itd.
Niedobre jest to, że pracy jest o wiele mniej, niż myślałam. Po nocach marzę o dwóch firmach, które zamówią u mnie prowadzenie społecznościówek. Oferuję komplecik profili we wszystkich liczących się serwisach za jedną wspólną cenę. Ktoś chętny?

(Chciałam napisać coś jeszcze, ale przypomnienie o przegapionej wizycie tak mnie zbiło z tropu, że już nie wiem, co. Więc koniec notki.)