Archiwa kategorii: pudełko na człowieka

40

Czterdziesty tydzień. Brzuch jest wszystkim. Żyje własnym życiem. Nie mogę spać, wygodnie leżeć, siedzieć normalnie, stać, dłużej chodzić, schylać się, a zwłaszcza wstawać. Nie mieści się w wannie. Nie pozwala oddychać. Jest mi okropnie niewygodnie. Na domiar złego przeziębiłam się i nie mogę się leczyć.

Termin przypada w piątek i jeśli do tego dnia nie urodzę, powinnam zgłosić się kontrolnie do szpitala na KTG. Wyobrażacie sobie, jak strasznie się rwę do tego, prawda?

W blokach startowych

Odłożyłam prawo jazdy na potem, zimą, wiosną, nie wiem. Potem. Teraz jestem zajęta.

Zrobiłam milion badań, a każde zdawało się ostatnie (mam jeszcze dwa skierowania, na wypadek, gdybym nie urodziła na przykład jutro).

Kupiłam gaziki, podkłady, pieluchy. Uprałam ubranka. Uprasowałam stertę tetry.

Kąty wysprzątane, książki ustawione na nowym – starym regale, podłogi umyte, w zamrażarce obiady na czarną godzinę.

Na lodówce plan porodu i kartka dla sąsiadów, żeby nie wzywali policji.

W nocy nie mogę spać. Wiercę się, niepokoję, gdzieś się śpieszę. Wciąż mi niewygodnie, duszno, źle. W dzień jestem ciągle senna. I głodna.

Z jednej strony chciałabym już urodzić, z drugiej przeraża mnie myśl o kolejnych, nieprzespanych nocach, tym razem z dwójką dzieci.

Status update

Hormon jakby lepiej, mam więcej pary. Wyrabiam jazdy z instruktorem i mam spore ciśnienie, żeby jeszcze przez porodem przystąpić do egzaminu. Lubię zmieniać biegi, ale nie lubię skrzyżowań.

W listopadzie zamierzam poprowadzić kilka warsztatów o karmieniu piersią.

Uczestniczę w warsztatach okołoporodowych prowadzonych przez moją doulę, dziś na przykład nauczyłam się, że w dziecko w brzuchu też może być noszone w chuście.

Byłam w Poznaniu u dalszej rodziny, było fantastycznie i tak myślę, że może reaktywuję Czyżykowo.

W weekend będę miała sesję zdjęciową brzuchowo-karmieniową. To znaczy to drugie, o ile Licho zechce współpracować.

Jak widać, jestem bardzo zajęta. Mam nadzieję, że Jeremi nie pospieszy się na świat, bo nie zdążę zrobić wszystkiego, co zaplanowałam!

Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech

Jeremi rośnie i tyje, a moja przepona robi się coraz mniejsza. Obecnie dostaję zadyszki nawet od stania, nie mówiąc już o wchodzeniu po schodach, noszeniu dziecka czy śpiewaniu. Doszło do tego, że przy myciu zębów puszczam Lichu piosenkę z jutuba w komórce, bo zaśpiewać jestem w stanie najwyżej raz, a do porządnego umycia zębów potrzeba tak ze cztery razy.

Wystarczy poprosić

Wielokrotnie w ciąży prosiłam ludzi o ustąpienie mi miejsca lub przepuszczenie w kolejce. Równie często zdarzało mi się nie poprosić, bo zdarza się, że stres związany z uwagami i spojrzeniami paniuś czekających na poczcie jest dużo bardziej nieprzyjemny, niż stanie w ogonku. Najgorzej zawsze było w przychodniach i własnie na pocztach, ale w komunikacji miejskiej raczej nie mam z tym problemu, zwłaszcza, że jazda bywa długa, a w tłoku łatwo oberwać w brzuch czyjąś torbą lub łokciem.

Ostatnio w metrze podeszłam do pierwszego siedzącego faceta (wokół same dzieci, wycieczka, a dzieci ze względów bezpieczeństwa nie powinny stać w komunikacji miejskiej) i powiedziałam: „Przepraszam, czy mogłabym usiąść?”

Pan, w średnim wieku, zdębiał, podniósł oczy znad papierów, obejrzał mnie z wyraźnym zdumieniem, dotarł wzrokiem do brzucha i powoli zaczął zbierać i chować do teczki papiery, okulary i jakieś drobiazgi. Zanim skończył, dziewczynka obok chyba chciała wstać, ale cierpliwie patrzyłam na pana. Wreszcie się spakował i podniósł, powiedziałam: „Serdecznie dziękuję”, usiadłam, a facet stał potem jeszcze długo taki komicznie zdziwiony. Chyba nigdy mu się nic takiego nie przydarzyło.

Irenka

W pierwszej ciąży poszliśmy do szkoły rodzenia, wybraliśmy szpital, spakowaliśmy torby… a potem pojechaliśmy do tego szpitala i stałam się trybikiem w maszynie. O niektóre rzeczy trzeba było walczyć, niektóre osoby z personelu były niemiłe, niektóre badania niepotrzebnie bolały. Dziś sądzę, że w innych warunkach, przy innej opiece, Lila mogłaby się rodzić znacznie krócej i przyjemniej.

Na urlopie macierzyńskim i później uczestniczyłam w różnych warsztatach i spotkaniach kręcących się wokół tematyki dziecięcej, ciążowej i porodowej. Myślę, że nigdy nie dowiedziałam się tak wiele na żaden temat i nigdy nie byłam na tylu interesujących spotkaniach, co za czasów niemowlęctwa Lili. Zalety mieszkania w dużym mieście – tutaj zajęć dla mam z małymi dziećmi jest naprawdę mnóstwo, w tym wiele bezpłatnych. Trzeba tylko chcieć, ruszyć się z domu. Był taki czas, gdy, uziemiona między tymi wszystkimi pieluchami i marchewką na parze, z ulgą przystałam do plemiennej wspólnoty Matek. To był naprawdę inspirujący okres.
(Hint: właśnie trwa Tydzień Bliskości i w wielu miastach dzieje się dużo dobrego, poguglajcie sobie, drogie Matki Polki.)

Skutkiem ubocznym ;) jest pozyskana wiedza, a wiadomo, że „im mniej wiesz, tym dłużej pożyjesz”. A im wiesz więcej, tym trudniej się zgodzić na bycie częścią systemu i bierne poddawanie się otoczeniu. U mnie przekłada się to na trochę zdrowsze jedzenie (nie powiem, że zdrowe, ale mniej gotowców, domowy chleb, czytanie etykiet na opakowaniach to zawsze coś), na wychowywanie naszej córki trochę pod prąd i, no właśnie, na to, że nie po drodze mi ze szpitalnym porodem. Toteż, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, Jeremi urodzi się w domu.

Plan zakłada pełen wypas: domowa położna – nieoceniona Irena Chołuj, która jest mamą polskich porodów domowych, przyjmowała Najmłodszą, towarzyszyła kilku moim znajomym w ich domach i jest n i e s a m o w i t a; zastępczyni położnej; doula – Justyna, która tak serdecznie wprosiła się do towarzystwa w tym wydarzeniu, że teraz już nie wyobrażam sobie rodzenia bez niej; no i mąż, najważniejszy z nich wszystkich. Na moim biurku piętrzy się stos książek o naturalnych narodzinach i z każdej z nich dowiaduję się czegoś nowego. Niekiedy są to rzeczy z pozoru oczywiste, których jednak nigdy sobie nie uświadomiłam (na przykład że rodzące się dziecko również odczuwa ból, stres i całą resztę porodowych atrakcji – a także p o  c o  je odczuwa). Im więcej czytam, tym trudniej mi uwierzyć, że to jeszcze dwa miesiące. Z drugiej strony wiem, że miną one, zanim się obejrzę i wcale nie mam tak dużo czasu na edukację. A chcę wiedzieć jak najwięcej, chcę tym razem zrobić to po mojemu, w zgodzie ze swoim ciałem i z tym, czego będzie potrzebować dziecko.

Wczoraj byliśmy z wizytą u Irenki. To cała wyprawa, bo trzeba jechać do Góry Kalwarii. Wyszliśmy rano, wróciliśmy pod wieczór (via odbieranie Licha). Było bardzo serdecznie i ciepło, a także bardzo merytorycznie. Zaimponował mi arcydokładny wywiad medyczny, jaki przeprowadza Irenka przed podpisaniem umowy. Nawet podpisując umowę o prywatne ubezpieczenie medyczne nie miałam tak dokładnego wywiadu (na szczęście!). Trochę zgroza, bo formularze mam wypełnione od góry do dołu tam, gdzie większość pań ma ponoć głównie kreski. Wyglądało to dość zabawnie, gdy przez godzinę co chwilę mówiłam: „a, jeszcze mam atopowe zapalenie skóry!” albo „ach, no i zapalenie mięśnia sercowego miałam”. O paru drobiazgach, jak na przykład trzy wstrząśnienia mózgu, w ogóle bym zapomniała, gdyby nie Cain. Irenka kręciła głową i notowała, notowała, notowała. A potem obmacała mój brzuch …i rękami wyczuła pozycję dziecka. WOW.

Wyszliśmy wzruszeni. Dla mnie ta wizyta była inspirująca, a jednocześnie bardzo spójna z czytaną właśnie książką Ireny. Przede mną jeszcze parę drobiazgów, które zadecydują o kwalifikacji do porodu domowego. Trzymajcie kciuki.

 

Jestem brzuchem

Brzuch jest wszędzie. Rozpycha się i zawłaszcza przestrzeń zupełnie bez opamiętania. Od góry zgniata mi żołądek i przełyk, od dołu pęcherz, z obu boków dziecko kopie jak szalone. Gdy się schylam, ucisk na przeponę sprawia, że nie mogę wcale oddychać, za to zaczyna mi się odbijać. Gdy kucam, ciężko mi się ponownie podnieść. Kiedy się kładę albo wstaję, Młody w środku zaczyna się wiercić i rozpychać z powodu zmiany pozycji. Poza tym nie mam w co się ubrać. To znaczy, ustalmy fakty, mam pół szafy ciążowych ubrań. Ciążowe spodnie obcierają i uciskają, ciążowe rajstopy zjeżdżają mi z tyłka, ciążowe legginsy robią wszystkie te rzeczy na raz, z wyjątkiem jednej pary, która jest spoko, ale, niestety, trzeba ją czasem prać. Ciążowe tuniki przestały mi zakrywać tyłek i stały się jedynie ciut dłuższymi bluzkami, ciążowe sukienki dają radę, z wyjątkiem tej najładniejszej, ciepłej, miłej, idealnej na jesień, gdyż tę jedną Brzuch uznał za zbyt obcisłą, co wyraził próbą połamania mi żeber.

Na litość Boską, to nie bliźnięta przecież. I dopiero koniec siódmego miesiąca (ale nie jestem tego pewna, to znaczy wiem, kiedy mam termin, ale liczenie tygodni i miesięcy mnie przerasta, synku, nie kop, bo nie mogę pisać). Jeszcze jakieś 9 tygodni przede mną, akurat ten czas, gdy człowiek w pudełku rośnie najbardziej.

Kupiłam dziś buty, których się nie wiąże. Ani nawet nie zapina się ich. Niestety wciągnięcie ich na piętę wymaga męskiej siły, której nie mam, tak samo, jak łyżki do butów. Nawet chciałam kupić, pierwszy raz w życiu, ale nie mieli. Tak więc gdy zakładam moje nowe, fioletowe botki wygląda to trochę jak ta scena, w której Rzędzian usiłuje ściągnąć buty Skrzetuskiemu. Plus Brzuch.

Myślę, że około środy zacznę się turlać. Turlając się dokończę kurs jazdy, zaturlam się do położnej za miastem i do Cioci w Poznaniu, ktoś życzliwy przeturla mnie może przez egzamin na prawko i zatoczy na parę wizyt lekarskich. Turlająco odbędę cykl warsztatów z doulą i wszystkie piątkowe zajęcia plastyczne Licha. Jeszcze przeturlam się przez urodziny męża i dziecka i myk, będę gotowa.

Chyba, że pęknę. Stay tuned.

Ciąża numer dwa

Jakoś mnie ostatnio naszło i przeczytałam większość wpisów z czasów, gdy nosiłam w brzuchu Lilę. Okazuje się, że wszystko jest tak samo. Może z wyjątkiem tego, że wtedy byłam silniejsza i zdrowsza. Ale atrakcje podobne w tym samym czasie i może dlatego nie bardzo teraz coś piszę, wszystko już było. Nawet rwa kulszowa dokładnie na tym samym etapie ciąży. I gwałtowna potrzeba picia melisy, żeby nikogo nie zabić tępym kawałkiem mydła.

Aktualnie jestem na etapie, gdy dziecko rośnie bardzo szybko, a mnie coraz trudniej się schylać. Z tej okazji zaczęłam się rozglądać za butami bez sznurówek, bo te z czasów Licha w brzuchu już się rozpadły. Niestety jak dotąd jedyne, które mi się spodobały, dwukrotnie przekraczają zamierzony budżet. Szkoda, fajne, czerwone. Za to już prawie nauczyłam Młodą, żeby podawała mi przedmioty do ręki, zamiast upuszczać je przede mną na podłogę.

Upał

Ogromnie Wam dziękuję za wyrazy wsparcia – te publiczne na fb i te prywatne. To naprawdę pomaga.

Cóż, każdemu się czasem ulewa, ulało się i mnie. Odpoczęłam, poczułam się lepiej i mogę jechać dalej. Tylko zmęczona jestem, może ze stresu, a może przez upały, które kocham ogromnie, pod warunkiem, że nie jestem w ciąży. Dziś zrobiliśmy krótką wycieczkę krajoznawczą samochodem, raptem półtorej godziny w obie strony, tyle, że było gorąco. W aucie też. Po powrocie byłam tak zmęczona, jakbym jechała cały dzień autobusem.

W ogóle jakaś męcząca ta ciąża. Najpierw zawroty głowy, potem rwa, teraz czwartkowa akcja z awaryjną wizytą w szpitalu (zbadali, uspokoili, odesłali). Że niby się przemęczam? Helou, mam panią do pomocy w sprzątaniu, mam nianię, samotnie z dzieckiem spędzam dwa dni w tygodniu, odkurzacza do ręki nie biorę, zakupów nie dźwigam. To znaczy dźwigam, ale tak max cztery kilo i zawsze mi się wtedy zdaje, że nie dojdę do domu z tym ciężarem. Czyli bywało lepiej.

Byłam w tym tygodniu dwukrotnie na tych moich zajęciach dla ciężarówek i mam wrażenie, że to się zemściło. Może dlatego, że było zastępstwo i zupełnie inne ćwiczenia, bardziej męczące, choć wszystkie na piłce albo na leżąco. Znów muszę zrobić przerwę, zanim nie poczuję, że i ja, i człowiek w środku doszliśmy do siebie.

Na osłodę mieliśmy Baby Shower, które okazało się kameralną i przemiłą posiadówką. Goście zeszli się z mirrą, kadzidłem i złotem, Lichu też skapnęło co nieco, wszystko było śliczne i każdy miał wąsy. I zostało nam dużo wina, które teraz nie wiadomo, kto wypije.
Oh wait, wiadomo, przecież na szczęście mamy sąsiadów! ;)

 

1459839_903594499653979_7945280454776452317_n
10562925_903594396320656_5900192966764771220_n
10417806_903594436320652_4521575584249384333_n
10411907_903594472987315_3329303674298784213_n
10390087_903594376320658_5824115417098196250_n

Tak bardzo dość

Boję się. Boję się stracić jedno dziecko i skrzywdzić odstawieniem od piersi drugie, pozbawione już prawie całkowicie noszenia na rękach, skakania i tańczenia z mamą, zabawy ze mną. Boję się podejmować decyzje o braniu lub nie braniu kolejnych witamin, suplementów, preparatów i leków. Boję się o tę ciążę właściwie od początku, odkąd pierwszy lekarz, do którego poszłam, rozpoczął wizytę od długiego wykładu na temat wczesnych poronień, a następnie nic nie znalazł na USG.  Boję się kolejnych problemów: zawrotów głowy, kłopotów z kręgosłupem (przy półtorarocznym żywym srebrze, jakim jest moja córka), wczorajszej nagłej, nocnej wizyty w szpitalu położniczym, w którym niby wszystkie badania okej, ale w takim razie nie wiadomo, skąd objawy, niech pani poleży. Niby wszystko w porządku, tylko jakoś nie do końca.

Nie mam już siły walczyć o każdy skrawek mojego odpoczynku. Boję się o niego nie walczyć. Wyczerpują mnie usilne prośby i tłumaczenia, że pozmywaj, ogarnij, kup, zajmij się nią, bo mnie znowu kopie w brzuch. Są chwile, że prędzej padnę z pragnienia, niż powiem: „Zrób mi, proszę, herbaty”. Bo jeszcze jeden jęk niezadowolenia i, przysięgam, eksploduję. Jak przed chwilą. Kurwa, samo się nie zrobi. I tak trudno nie zerwać się i nie zrobić samej.

Boję się brać odpowiedzialność za to wszystko: dom, córkę, ciążę, siebie, plany bliższe i dalekosiężne, nawet lista zakupów staje się problemem, a tymczasem przed nami daleko poważniejsze decyzje. Których jestem motorem i prowodyrem, bo to mnie nie zadowala zastana rzeczywistość. Boję się tej odpowiedzialności i jeszcze bardziej boję się ją oddać. Dobitnie świadoma, że wtedy po prostu nic się nie wydarzy i już zawsze będzie tak, jak teraz, na wieki wieków, ad mortem. Tylko ciaśniej i trudniej.

Są takie chwile, że już naprawdę nie mogę. Przytłacza mnie to WSZYSTKO.

Don’t grow up, it’s a trap.