Archiwa kategorii: rodzina

Nie widzę sensu sprzątać, póki nie wyprowadzą się z domu

Czy położyłam zupełnie nowy, biały dywanik w łazience na kwadrans przed tym, jak Cain dał im do kąpieli czerwony barwnik?

Coraz bardziej marzę o pięknym, czystym domu. Najlepiej białym i ascetycznym. Mam ochotę wyrzucić WSZYSTKO i kupić nowe, śnieżnobiałe. Mogę się ewentualnie zgodzić na przełamanie odrobiną kremowego albo drewnem.

https://pl.pinterest.com/pin/362821313715030940/

Tu wciąż jest za dużo bałaganu

Tymczasem zachowanie czystości przy dzieciach wymaga – nawet nie to, że nieustannego sprzątania, bo kiedyś pokusiłam się o sprzątanie na bieżąco i tylko biegałam cały dzień, zaniedbując maluchy, a bajzel jak był, tak pozostał. Wymaga chyba pomocy do sprzątania codziennie, delegowania młodzieży codziennie do placówki i, przede wszystkim, mieszkania, które ma dużą ilość miejsca do przechowywania – rzecz nieosiągalna w mieszkankach urządzanych pod wynajem.

To się mści w nieoczekiwany sposób, bo po prostu coraz mniej lubię swój dom jako miejsce. Od początku nie byłam fanką tego mieszkania, choć dla pary z jednym dzieckiem było bardzo wygodne. Teraz jednak zrobiło się ciasno, i choć szukamy czegoś innego, to z mizernym skutkiem. A ja coraz częściej uciekam, żeby odpocząć poza domem, bo tutaj jest zawsze bajzel i zawsze huk rzeczy do zrobienia.

Pod choinkę kupiłam nam nocleg w luksusowym hotelu. Zostawimy dzieci z ukochaną nianią, wyśpimy się, wybawimy, a ja popatrzę sobie na ładne wnętrza. Nie wykluczam, że jak zameldujemy się o 15.00, tak do południa następnego dnia będziemy spać.

Trzeba się rozwijać

Mam takie zrywy czasem, szczególnie, gdy trochę odpocznę. Że będę robić makijaż. Że codziennie rano założę soczewki zamiast okularów. Że zaczniemy sprzątać na bieżąco. Życie z dwójką maluchów weryfikuje mnie zwykle w kilka godzin. Albo może mam dziwne priorytety (jeść, sikać i żeby nie płakały).

W międzyczasie nakurwiam samorozwój tutaj i tutaj (fajne rzeczy, przyjdź, Warszawo).

Żeby żyć, trzeba się rozwijać

Nigdy, w całym moim dorosłym życiu nie rozwijałam się tak intensywnie, jak w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, od czasów liceum zajmowałam się głównie piciem piwa i flirtem, to znaczy w tych momentach, których nie musiałam spędzać na zarabianiu pieniędzy. Coś tam może jeszcze robiłam w międzyczasie, na przykład doskonaliłam się w zawodzie, ale w porównaniu do ostatniego okresu to było kompletne nic.

Odkąd mamy dzieci, dowiedziałam się mnóstwa rzeczy (a jeszcze nawet nie doszliśmy do etapu wnikliwych pytań typu „czy jest woda na Marsie”). Uczę się rozwiązywać konflikty bez krzywdzenia stron i zarządzać czasem. Uczę się odmawiać i stawiać granice, i to wcale nie dzieciom, a dorosłym. Na przykład tym, którzy chcą smyrać niemowlę po stópkach albo spontanicznie wpaść w gości w nieodpowiedni dla nas dzień. Uczę się prosić o pomoc i przyjmować ją. Uczę się odpuszczać.

Nade wszystko jednak uczę się patrzeć na innych ludzi z zupełnie nowego punktu widzenia. Poznaję podstawy porozumienia bez przemocy, które mówi, że za każdym działaniem człowieka kryje się jakaś potrzeba (i to jest dobre, jakbyście mieli wątpliwości). I że nie ma sprzecznych potrzeb, są najwyżej sprzeczne strategie ich zaspokojenia. Uczę się słuchać, zawsze mi to sprawiało ogromne problemy, zawsze odbijałam się w pół zdania do jakiejś swojej opowieści; nadal to robię, ale rzadziej. Trenuję bycie otwartą na to, że się różnimy. Bycie otwartą na emocje innych, także te trudne. Potrafię wziąć na siebie złość mojego dziecka i nie wchłonąć jej; coraz częściej potrafię to samo z dorosłym, choć to jest dla mnie o wiele trudniejsze.

Codziennie weryfikuje się to, kim jestem, a znane pojęcia okazują się zupełnie nowe. „Grzeczny”, „smutny”, „kobiecy” i „męski”, te i inne słowa okazują się wciąż zmieniać znaczenie i miejsce. Wiedzieliście na przykład, że „nieśmiały” to ktoś, kto nie chce jeść lodów? Albo że można chorować na to, że się wszystko słyszy bardzo głośno? Albo że Wasze dwuletnie dziecko może znad posiłku rzucić ot, tak: „Ja cię zasmucam” (omal nie umarłam przy tym stole!).

Te ciągłe ewaluacje, rekapitulacje i redefinicje są wspaniałe. Dowiaduję się wiele o samej sobie i pracuję nad sobą tak intensywnie, jak nigdy.

Polecam, Luca. 

(Wiem, że ten wpis jest o dzieciach, więc niby powinien być na innym blogu, ale jednak bardziej jest o mnie, więc zostaje tu.) 

Status update

Hormon jakby lepiej, mam więcej pary. Wyrabiam jazdy z instruktorem i mam spore ciśnienie, żeby jeszcze przez porodem przystąpić do egzaminu. Lubię zmieniać biegi, ale nie lubię skrzyżowań.

W listopadzie zamierzam poprowadzić kilka warsztatów o karmieniu piersią.

Uczestniczę w warsztatach okołoporodowych prowadzonych przez moją doulę, dziś na przykład nauczyłam się, że w dziecko w brzuchu też może być noszone w chuście.

Byłam w Poznaniu u dalszej rodziny, było fantastycznie i tak myślę, że może reaktywuję Czyżykowo.

W weekend będę miała sesję zdjęciową brzuchowo-karmieniową. To znaczy to drugie, o ile Licho zechce współpracować.

Jak widać, jestem bardzo zajęta. Mam nadzieję, że Jeremi nie pospieszy się na świat, bo nie zdążę zrobić wszystkiego, co zaplanowałam!

Marzenie o domu

Ostatnich kilka tygodni spędziłam na poszukiwaniu naszego miejsca na ziemi. Spędziłam sporo czasu najpierw planując, gdzie możemy zamieszkać, żeby nie musieć się przebijać co rano przez całe miasto z dwójką dzieci. Przeglądałam oferty, liczyłam kilometry na mapie, porównywałam ceny za metr. Wzdłuż i wszerz zbadałam możliwości programu MdM. Gadałam z doradcą finansowym, z deweloperami, żebrałam o podwózki do ewentualnego przyszłego miejsca zamieszkania, oglądałam projekty, planowałam schowki na graty…

Poświęciłam naprawdę niemało czasu. Mój ukochany nie był przekonany, ale ja byłam zdesperowana. Nie lubię wynajmować mieszkań, nie lubię się przeprowadzać, nie lubię tego, że nad każdym gwoździem i sprzętem w wynajętym mieszkaniu muszę się trzy razy zastanowić. Bardzo chciałabym mieć własne, przestronne, ciche, a najlepiej z ogrodem. Cóż, chciałabym, ale…

Pewnego dnia, a był to dzień podjęcia ostatecznej decyzji, mój mąż wreszcie usiadł i policzył koszty nie kredytu, ale bieżącego utrzymania dużego metrażu. I tyle było planów ;)

Oto widzisz, znowu idzie jesień

Lato rozpieszczało nas w tym roku. Piękne, gorące, słoneczne i długie. Tym bardziej przykro, gdy leje i wieje, a chłód znienacka zmusza do zamykania okien.

Na przekór pogodzie (oraz pod wpływem faktu, że dziecko niewietrzone to dziecko złe) wybraliśmy się dziś na długi spacer. Kalosze, kaptury i jazda. Na lody, a co. Lody były wielkie i pyszne (polecam lodziarnie Limoni), a gdy już zjedliśmy całe i zrobiło nam się zimno, poszliśmy znów na deszcz, żeby podziwiać pobliską bażantarnię. Lało coraz bardziej, a my godzinę podziwialiśmy pawie, bażanty, papugi i koguty (ostatnia fascynacja Licha, które uwielbia, gdy kogut śpiewa).

Wróciliśmy mokrzy, zmęczeni i zmarznięci, ale szczęśliwi. Ogromnie lubię takie rodzinne dni, gdy mamy czas na wspólny spacer, bycie razem, zajęcie się sobą i sobą nawzajem. No i ta uszczęśliwiona mina córki, gdy idzie chodnikiem trzymając nas oboje za ręce :)

Tak bardzo dość

Boję się. Boję się stracić jedno dziecko i skrzywdzić odstawieniem od piersi drugie, pozbawione już prawie całkowicie noszenia na rękach, skakania i tańczenia z mamą, zabawy ze mną. Boję się podejmować decyzje o braniu lub nie braniu kolejnych witamin, suplementów, preparatów i leków. Boję się o tę ciążę właściwie od początku, odkąd pierwszy lekarz, do którego poszłam, rozpoczął wizytę od długiego wykładu na temat wczesnych poronień, a następnie nic nie znalazł na USG.  Boję się kolejnych problemów: zawrotów głowy, kłopotów z kręgosłupem (przy półtorarocznym żywym srebrze, jakim jest moja córka), wczorajszej nagłej, nocnej wizyty w szpitalu położniczym, w którym niby wszystkie badania okej, ale w takim razie nie wiadomo, skąd objawy, niech pani poleży. Niby wszystko w porządku, tylko jakoś nie do końca.

Nie mam już siły walczyć o każdy skrawek mojego odpoczynku. Boję się o niego nie walczyć. Wyczerpują mnie usilne prośby i tłumaczenia, że pozmywaj, ogarnij, kup, zajmij się nią, bo mnie znowu kopie w brzuch. Są chwile, że prędzej padnę z pragnienia, niż powiem: „Zrób mi, proszę, herbaty”. Bo jeszcze jeden jęk niezadowolenia i, przysięgam, eksploduję. Jak przed chwilą. Kurwa, samo się nie zrobi. I tak trudno nie zerwać się i nie zrobić samej.

Boję się brać odpowiedzialność za to wszystko: dom, córkę, ciążę, siebie, plany bliższe i dalekosiężne, nawet lista zakupów staje się problemem, a tymczasem przed nami daleko poważniejsze decyzje. Których jestem motorem i prowodyrem, bo to mnie nie zadowala zastana rzeczywistość. Boję się tej odpowiedzialności i jeszcze bardziej boję się ją oddać. Dobitnie świadoma, że wtedy po prostu nic się nie wydarzy i już zawsze będzie tak, jak teraz, na wieki wieków, ad mortem. Tylko ciaśniej i trudniej.

Są takie chwile, że już naprawdę nie mogę. Przytłacza mnie to WSZYSTKO.

Don’t grow up, it’s a trap.

New year, new life

Idę jutro (właściwie dziś) do pracy pierwszy raz od ponad roku. Stresuję się tym nieco i choć wszystko mamy poukładane, to byłoby jednak odrobinę lepiej, gdybym nie zapadła właśnie na zapalenie ucha, a dziecko nie złapało ospy. Perfect timing, no naprawdę. Okoliczności są tak poetyczne, że udało im się zaćmić echa Sylwestra w Krakowie. Jeszcze wczoraj w nocy pisałam romantycznego maila, a dziś już, spięta jak choinka tuż po zakupie, z obłędem w oku kończyłam robotę i pakowałam Licho do Siostry, a siebie do biura, w międzyczasie zażywając pierwszy Apap od nie wiem nawet, jak dawna. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: w ciągu paru minut ból ucha i głowy zastąpiło lekkie ćmienie, ja zaś poczułam się nieco otumaniona. Bez kitu, zróbcie sobie dwuletni detoks od prochów, potem działają jak złoto.

W ogóle to kalejdoskop, bo najpierw Święta z rodzinną Wigilią u nas w domu (taką miałam wizję i było świetnie), potem Kraków, zaraz po powrocie zaś lazaret: koszmarna migrena Kaina, dzień później jeszcze lepsza gorączka Licha, potem hipoteza z ospą i zaraz potem moje ucho. Wszystko w jeden, uroczy, długi weekend, więc jutro po pracy muszę ogarnąć jakichś lekarzy.

Skłamałam, że się nieco stresuję. Tak naprawdę cykam się jak tchórzofretka.

Status update

Właśnie zajrzałam na bloga i zobaczyłam, że ostatni wpis jest sprzed miesiąca. Miesiąca! Kiedyś pisałam tu dwa razy dziennie, inna rzecz, że o tak kompletnych pierdołach, że aż strach. Co prawda warsztat można szlifować i na zatkanej toalecie, że ie wspomnę o podtrzymywaniu więzów, bo ostatnio znów sobie przypomniałam, że blog powstał właściwie po to, żeby znajomi mieli update, a ja żebym nie musiała tych samych historii opowiadać po pięć razy. Potem przy każdym spotkaniu pytano mnie: „co słychać, oprócz tego, co na blogu, bo już czytałem?”. A później założyłam konto na ś. p. Blipie, a potem na fejsie i zaczęłam tam zapisywać myśli, i teraz łapię się na tym, że nawet dłuższe (to znaczy kilkuzdaniowe) posty zazwyczaj zamieszczam na Facebooku, a nie blogu. Pewnie dlatego, że tam jest szybszy kontakt, a dla mnie esencją tego dzielenia się pisaniem jest właśnie kontakt.

No dobra, na bezludnej wyspie też bym pisała. Ale to by nie było to samo. (Ani tyle samo, wzdech, na bezludnej wyspie miałabym tyylee czasu i mogłabym napisać WSZYSTKO.)

Byłam na koncercie Amandy Palmer, w ramach tej samej trasy, co rok temu w Pradze. Wyrwał mnie z butów. Przy każdym kawałku rozsadzało mnie z emocji i wiem, że brzmię jak nastoletnia psychofanka Backstreet Boys, ale trudno. W koncertach piękne jest to, że muzykę odbiera się ciałem. Organicznie. Tętno bije w rytmie perkusji, bas czuje się w płucach, a serce robi się jakby coraz większe, za duże, i czujesz, że zaraz rozsadzi nie tylko ciebie, ale całą tę budę. I, oczywiście, wokalistka śpiewa każde słowo właśnie do ciebie, trafiając cię tekstem prościutko w splot słoneczny. Tak właśnie było.

Pojutrze moje dziecko, które na tym praskim koncercie było jeszcze w brzuchu, kończy rok. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało. Będę piekła ciasta i się wzruszała. Zaraz potem zajmę się listą świątecznych prezentów, która jak zawsze jest za długa w porównaniu do naszych finansów, a ja tak strasznie lubię obdarowywać. Ale coś wymyślę. Poza tym chcę Wigilię u nas w domu, z całą bliższą i dalszą rodziną. Będzie bosko, jak co roku.

Listopad był łaskawy. Owszem, trochę ciemno, ale nie tak najgorzej. Mrok i mord ogarnia mnie tylko czasem i nie na długo. Może dlatego, że żyję w bańce z miłości. Związek mam niesamowity, a poza związkiem tak samo dobrze. Żyję w świecie szczerych rozmów, ciepłych wyznań, niezwykłych prezentów (materialnych i nie), dobrego seksu i komplementów. Oczywiście nadal jestem mamą małego dziecka, które nie lubi mnie puszczać, więc jestem bardzo zmęczona. Ale daję radę i jest coraz lepiej. Joga bardzo pomaga.

W styczniu wracam do pracy i myślę, że to doskonały moment. Potrzebuję zmiany, potrzebuję swojego życia. Spodziewajcie się miliona postów o tym, jak bardzo jestem wyczerpana podwójną rolą – pracownika i mamy ;)

 

The best of the bests

Dobra, no więc mam taki problem, że muszę być zajebista. Muszę być dobrą mamą, dobrze się zajmować domem (nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o codzienne mycie podłóg, tylko raczej, żeby nie tonąć w brudzie, a tonę, piszę z dna), muszę mieć wartościowy obiad dla dziecka i świeże jedzenie w lodówce, a zarazem uśmiechać się do męża, uczesana być i wydepilowana, czuła i wspierająca, i jeszcze muszę być dobra w pracy, bo jak mi spada poziom, to mnie szlag trafia, że nie wspomnę o milionie maili z poprawkami. Muszę zarabiać, wydawać, bo samo się nie kupi, spacerować, karmić, dbać i dogadzać, a, i zapomniałam, że jeszcze muszę być dobrą przyjaciółką, sąsiadką, kochanką, siostrą.

Takie mam ciśnienie, żeby to wszystko robić może nie najlepiej, ale dobrze, żeby niczego nie zaniedbywać i sama przy tym być zadbaną.

No bo jak to – obiadu dziecku nie dam? Mężowi odmówię tête-à-tête, zarzucając nieświeżą grzywką? Okruchy muszkom owocówkom na stole zostawię (plaga)? Prania nie zrobię i co będziemy nosić? Kasy nie zarobię i za co na wakacje? Przyjaciół w potrzebie spuszczę na drzewo?

Nie mogę, no nie umiem. I tak się staram, i tak daleko mi do ideału, zamiast dziecku dawać dobry przykład, to ja przy stole klepię w komórkę pisząc tę notkę, na podłodze mam syf, nie obcięte paznokcie i nie wysłane maile, i cos mi śmierdzi w kuchni. I tyle mi to wszystko pochłania czasu, tak bardzo nie mam kiedy spać, odpoczywam rzadko, tak strasznie nie mam siły. Oraz nie pamiętam.

Znacie to, nie? Poradźcie mi, co robić, jak żyć, gdy nic się nie da odpuścić, bo przecież jak się potem nazbiera, to zaleje po czubek głowy. Bul, bul.