Archiwa kategorii: rodzina

The best of the bests

Dobra, no więc mam taki problem, że muszę być zajebista. Muszę być dobrą mamą, dobrze się zajmować domem (nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o codzienne mycie podłóg, tylko raczej, żeby nie tonąć w brudzie, a tonę, piszę z dna), muszę mieć wartościowy obiad dla dziecka i świeże jedzenie w lodówce, a zarazem uśmiechać się do męża, uczesana być i wydepilowana, czuła i wspierająca, i jeszcze muszę być dobra w pracy, bo jak mi spada poziom, to mnie szlag trafia, że nie wspomnę o milionie maili z poprawkami. Muszę zarabiać, wydawać, bo samo się nie kupi, spacerować, karmić, dbać i dogadzać, a, i zapomniałam, że jeszcze muszę być dobrą przyjaciółką, sąsiadką, kochanką, siostrą.

Takie mam ciśnienie, żeby to wszystko robić może nie najlepiej, ale dobrze, żeby niczego nie zaniedbywać i sama przy tym być zadbaną.

No bo jak to – obiadu dziecku nie dam? Mężowi odmówię tête-à-tête, zarzucając nieświeżą grzywką? Okruchy muszkom owocówkom na stole zostawię (plaga)? Prania nie zrobię i co będziemy nosić? Kasy nie zarobię i za co na wakacje? Przyjaciół w potrzebie spuszczę na drzewo?

Nie mogę, no nie umiem. I tak się staram, i tak daleko mi do ideału, zamiast dziecku dawać dobry przykład, to ja przy stole klepię w komórkę pisząc tę notkę, na podłodze mam syf, nie obcięte paznokcie i nie wysłane maile, i cos mi śmierdzi w kuchni. I tyle mi to wszystko pochłania czasu, tak bardzo nie mam kiedy spać, odpoczywam rzadko, tak strasznie nie mam siły. Oraz nie pamiętam.

Znacie to, nie? Poradźcie mi, co robić, jak żyć, gdy nic się nie da odpuścić, bo przecież jak się potem nazbiera, to zaleje po czubek głowy. Bul, bul.

Perfectly happy

Wstałam o szóstej czterdzieści, pozajmowałam się Lichem, zrobiłam i podałam śniadanie, przygotowałam kawę w tygielku, położyłam Licho, ogarnęłam to i owo. Potem poszłam na basen, pierwszy raz w życiu z Cainem (zawsze chodziliśmy osobno, tak się składało) i pierwszy raz w życiu z córką. Było super. Wracając zjadłam lody, w domu zrobiłam boskiego łososia ze świeżym tymiankiem z mojego kuchennego ogródka i z domowym pesto, wyskoczyłam po maliny. Teraz piekę mięso, planuję dziś jeszcze hummus.

Czuję się świetnie. Uwielbiam rodzinne niedziele, a gdy Cain zdejmie mi z głowy małą, prace domowe stają się całkiem miłe (to chyba ta słynna metoda kozy). Na basenie zmęczyłam się jak należy i po raz pierwszy pływałam bez przystanków po każdej długości, tylko tam i z powrotem.

Oczywiście, gdybyście w tej sekundzie dali mi łóżko i dwanaście godzin, wykorzystałabym je uczciwie (tak, na sen). Ale zdałam sobie dziś sprawę, że jestem całkowicie, doskonale, zwyczajnie szczęśliwa.

(A może tydzień temu zaczęłam znów brać magnez i działa?)

W wiecznym niedoczasie

Dużo pracuję, choć jakoś dziwnie wciąż nie mamy kasy. Dużo to znaczy, że codziennie, gdy Licho w końcu zaśnie, siadam do komputera i piszę, poprawiam, szukam obrazków, wymyślam i znów piszę. Bywa, że schodzi mi do drugiej w nocy. Skonana kładę się spać, żeby zostać obudzona o szóstej (na szczęście czasem później dosypiamy we dwie). A potem rajd: aerobik, jakieś warsztaty, to lub tamto załatwić, zadzwonić, umówić, ustalić, kupić, tu lub tam wpaść, do pracy podjechać. Do tego gotowanie, bo Licho lubi często podjeść. Po powrocie Kaina obiad (kolacja w sumie), kąpiel, bawienie, usypianie, praca, pad na twarz. I tak ciągle.

Zaniedbuję już nie tylko blogi, ale też książkę. Zaniedbuję także dom, męża, o sobie już nie wspomnę. Każda chwila czasu to najpierw szybkie planowanie: co zrobić najpierw, zanim coś mnie znów oderwie; co jest najważniejsze? Po pół roku treningu doszłam do tego, że najważniejsze jest siusiu i jedzenie, reszta potem. Jestem z siebie dumna.

Kain też zabiegany, praca, dom, dziecko, żona. Jakoś jednak to on ma czas na godzinkę lub dwie grania na komputerze i to on ma siłę na tête-à-tête, podczas gdy ja jestem tą zimną i złą, która zasypia, gdy tylko znajdzie się w pozycji horyzontalnej.

Dochodzę do etapu, w którym osiem godzin pracy w biurze wydaje mi się miłą, odprężającą rozrywką.

Polityka prorodzinna my ass

Będąc na umowie o pracę i prowadząc jednocześnie działalność gospodarczą płaciłam do ZUS-u składkę zdrowotną, coś koło 250 zł. Pracodawca płacił za mnie zdrowotną i społeczną (tak, zdrowotna dwa razy, bo czemu nie, urzędy też za coś trzeba, prawda, stawiać).

Będąc na urlopie macierzyńskim i prowadząc jednocześnie działalność gospodarczą, również płaciłam składkę na ubezpieczenie zdrowotne. To, co poprzednio uiszczał pracodawca, płaciło za mnie państwo.

A będąc na wychowawczym i prowadząc działalność, muszę płacić obie składki sama. Blisko 1000 zł. Różnica jest taka, że teraz nie otrzymuję pensji ani zasiłku macierzyńskiego, zarabiam tylko tyle, ile mi się uda wieczorami. W ten sposób, mimo wszelkich starań i postanowień, muszę zawiesić firmę.

Wal się, przedsiębiorcza matko. Do fabryki albo, najlepiej, na utrzymanie męża, a nie robić zamach na tradycyjny model rodziny. A będziesz fikać, to za nogę do kaloryfera.

Oczywiście w kuchni.

Słoma

Cain wyjechał służbowo i nie podpisał PIT-a.Ślę mu mms-y, które nie dochodzą i radzę sobie. Od dziś może być trudniej, bo dermatolog młodej również odradził mi mleko. A bez kawy z mlekiem nie ma dla mnie życia.

Prowadzę, a raczej prowadzimy z córką, intensywne życie, szczególnie rankami i wieczorami. Nadrabiamy leniwym siedzeniem w domu w środku dnia. Jutro jedziemy do miasta na K i będziemy imprezować. Trzymajcie kciuki za powodzenie misji.

Kumulacja

Nie jest dobrze.

Najpierw ZUS nie wypłacał mi zasiłku macierzyńskiego, o czym pisałam tu już ze trzy razy, bo bardzo mnie to zdenerwowało. Okazało się, że nie dostali na czas najważniejszego dokumentu. Nie moja wina i nie ich, ale nie było wesoło, bo naprawdę bardzo nie lubię pożyczać pieniędzy.

Potem okazało się, że pakiet medyczny dla córki wymaga więcej czasu i pieniędzy, niż się spodziewaliśmy. Było sporo stresu i kombinowania, wreszcie wybraliśmy, podpisałam, zapłaciłam (auć) i, tadam, nadal nie mam jej polisy. A tymczasem termin badania bioder nadszedł i przeminął. A że ja sama mam wrodzone krzywe biodro, co stwierdzono, gdy miałam jakieś 25 lat i było już za późno na wszystko, to TROCHĘ się denerwuję.

W ramach kolejnej atrakcji Kaina zwolniono z pracy. W pięknym stylu, bowiem powiedziano mu, że źle wykonuje swoje zadania i powołano się przy tym na opinie dwóch osób, z których, a jakże, żadna nic takiego nie mówiła, a nawet wręcz przeciwnie. Zabawnym zbiegiem okoliczności firma niedawno zainwestowała w nową, wypasioną siedzibę, Kain zaś miał umowę o pracę, wyrabiał wszystkie premie, prosił o podwyżki i wyrabiał cele do nich wyznaczone, a przy tym lubił wykorzystywać swoje urlopy i wychodzić do domu o ludzkiej porze. Drogo im wychodził, jak mniemam. Najlepsze jest to, że o planach rozwiązania umowy wiedzieli jeszcze przed jego urlopem ojcowskim i przed świętami, ale po co dać człowiekowi więcej czasu, no po co. Jeszcze by sobie podczas urlopu nową pracę znalazł lub, nie daj Boże, nie wydał na Gwiazdkę całej kasy. Kiedy sobie o tym wszystkim myślę, przychodzą mi do głowy różne słowa i frazy. „Gówniarzeria bez wyobraźni” to jedna z łagodniejszych. Nie przepraszam.

Potem zepsuło się zdrowie. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że – jak wiadomo i nie jestem szczególnie zaskoczona – gdy dzieje się coś poważnego, prywatne pakiety medyczne można sobie wsadzić w dupę. Otóż na chwilę obecną wygląda to tak, że albo trzy tysie prywatnie, albo pięć miesięcy oczekiwania na wizytę państwową. Cudnie po prostu, a czas leci i zdrowie razem z nim.

Na koniec Kain się przeziębił i dziecko choruje.

Ja zaś niechybnie wyląduję w Tworkach. Może nawet poczuję się tam swojsko, w końcu do żłobka tam chodziłam. Tak, jest to jakiś plan.

Kocham internet

Jest 4.44 i moja córka właśnie obudziła się wyspana. Trzymam ją więc na kolanach i staram się być nudna. I myślę o tym, jak bardzo internet w telefonie ratuje moje noce, wczesne poranki, popołudnia i wszystkie te długie godziny z niemowlakiem na jednym ręku i wolną głową.

Gdy człowiek siedzi unieruchomiony dzieckiem, potrzebne jest dodatkowe zajęcie, które nie pozwoli umrzeć z nudów. A niewiele rzeczy można robić na siedząco, w miejscu, jedną ręką, często lewą. Czasami czytam książkę – Cain podarował mi pod choinkę czytnik i to był strzał w dziesiątkę: jest mały, lekki i wygodny do obsługiwania jedną dłonią. Jednak czytanie wymaga choć odrobiny koncentracji, a gdy co pół minuty zerka się poza ekran, łatwo zgubić wątek.

Dlatego najczęściej biorę smartfona i sprawdzam, co słychać w internecie. Jedną ręką mogę skomentować czyjś status na Facebooku, przejrzeć jakiś artykuł lub, jak teraz, napisać notkę na blogu. Mogę rozmawiać ze znajomymi albo włączyć sobie i małej muzykę z YouTube lub radia. Mogę poszukać informacji o czymś, co mnie zainteresuje, dokształcić się. A wszystko bez ruszania się i bez ruszania mojego naręcznego  dziecka.

Internet daje mi jeszcze jedną bardzo ważną rzecz: kontakt z ludźmi. W każdej chwili mogę z kimś pogadać, wymienić się doświadczeniami, pomarudzić, poplotkować, podtrzymać kontakt. Dzięki temu nie mam wrażenia, że siedzę cały dzień sama – no dobra, mam, ale mniej; to jest taki bufor, który nie pozwala mi całkiem zamknąć się w świecie pieluch i karmień.

Czy już wspominałam, że uwielbiam XXI wiek?

Nowy, szczęśliwy

Sylwestra spędziliśmy w domu, bo córka jeszcze za młoda na huczne imprezy. W ostatniej chwili zaprosiliśmy kilkoro znajomych, którzy nie mieli innych planów, ale ostatecznie wyszło tak, że byliśmy tylko we trójkę. Młoda przespała wszystkie hałasy (nie wiem, jak jej się to udało), a my tuż po północy otworzyliśmy bezalkoholowego szampana i wyszliśmy na balkon oglądać fajerwerki.

I w tym momencie poczułam nastrój Nowego Roku. Ludzie na ulicy krzyczeli z radości, niebo było jasne od kolorowych pióropuszy, z niektórych balkonów puszczano lampiony. Mieliśmy doskonały widok na ulicę w perspektywie i na fajerwerki puszczane na całej jej długości (na południu, bo na północy ulica nieco zakręca). Pięknie, głośno, kolorowo i wesoło. W tym wszystkim my, z naszymi dwoma kieliszkami, telefonem przy uchu (robił za elektroniczną nianię) i zimnymi ogniami. I z poczuciem, że miniony rok był wspaniały. Pełen sukcesów, dobrych ludzi, miłych niespodzianek, zrealizowanych planów i miłości w ilościach przerastających nawet mnie ;) Dobrze zaczęty i dobrze skończony.

Życzę Wam, żeby 2013 był dla Was co najmniej taki, jak dla mnie 2012. Sobie też tego życzę.

Święta idą!

Kocham święta, mówiłam to sto razy i będę powtarzać. Nie muszą być ortodoksyjne. Zdaje się, że trzeci rok nie myję okien przed Wigilią. Rok temu dużo gotowałam, zrobiłam nawet pierwsze w życiu domowe pierogi. W tym roku zamawiamy sushi, a potem, owszem, idziemy na tradycyjną kolację do mojej mamy. Zabiorę ze sobą sałatkę jarzynową i rybę w galarecie, może upiekę jakieś ciasto. I tyle. Nie napinamy się, nie robimy noworocznych porządków, skupiamy się na rodzinach, prezentach, które bardzo lubimy dawać i spędzaniu czasu razem.

Tak sobie myślę, że kocham Boże Narodzenie właśnie dlatego. Jego wymiar duchowy – w jak najszerszym znaczeniu tego słowa – zdecydowanie jest dla mnie ważniejszy niż wymiar materialny. Zaraz mi ktoś wytknie prezenty, ale przecież nie chodzi nam o bogate podarunki (nie jesteśmy bogaci z domu), tylko o radość dawania. Od tego, co na stole i pod choinką, ważniejsze są uśmiechy dzieci, zapach choinki, bycie razem.

Nieprzepraszam za banał.