Archiwa kategorii: rodzina

Dieta niskosodowa – c. d.

Nie trzymamy się jej za wszelką cenę. Ale oduczyliśmy się używania soli w domu, zazwyczaj unikamy gotowych wędlin, bezpowrotnie wyjechały z domu gotowe produkty, a także majonez, keczup i tym podobne.

Inaczej czujemy smaki – wydają nam się bardziej wyraźne. Natomiast większość potraw np. z restauracji zdaje nam się przesolona. W sytuacjach, w których trudno obejść się bez soli – jak choćby przy gotowaniu rosołu – używamy sosu sojowego.

I oto – ta dam! – mój facet ma normalne ciśnienie! Mierzy codziennie od kilku dni i miewa podwyższone najwyżej o kilka punktów w stosunku do idealnego 120/80.

Oczywiście nie wiem na pewno, czy to zasługa diety. Może diagnoza była błędna. Może wysokie ciśnienie było tylko tymczasowe, z jakiegoś konkretnego powodu (stresująca praca na przykład). Może teraz jest przemęczony;) Faktem jest jednak, że było wysokie ciśnienie – nie ma wysokiego ciśnienia. I że chciano je leczyć farmakologicznie, a tu proszę :)

Aha, i rezygnacja z soli daje od razu dwa kilo mniej na wadze. To tak, żeby Was zmotywować :)

Christmas panic

Właśnie się zorientowałam, że Gwiazdka już za tydzień! A ja mam tylko połowę prezentów. Zaczęłam je kupować zaraz po powrocie ze szpitala, ale wkrótce zastopowało mnie puste konto. ZUS bowiem, który powinien mi wypłacić tak zwany zasiłek macierzyński, zamiast tego poleciał prześwietlać zarówno mnie, jak i mojego pracodawcę. Nie spodobało im się jakoś, że przed urlopem pracowałam na umowę tylko półtora miesiąca. Ogromnie mi ich szkoda, biedactwa, jeszcze zbankrutują przeze mnie albo coś. Oh wait, chyba z samej działalności gospodarczej zapłaciłam im już tyle składek, że przynajmniej na mój macierzyński na pewno wystarczy.

No więc aktualnie mamy tydzień do świąt, połowę prezentów i puste konto. Mam szczerą nadzieję, że niedługo się ogarną z tą moją kasą.  Chciałabym już zanurzyć się w klimaty gwiazdkowe – kupić pachnącą choinkę, pakować podarunki, jeść i piec pachnące rzeczy.

Te Święta będą szczególne, bo pierwsze z naszą córeczką. I mimo, że ona jeszcze niewiele kojarzy i nic z nich nie zapamięta – chciałabym, żeby były magiczne. Nie w sensie uginającego się stołu i kosztownych upominków, bo to nie ma wielkiego znaczenia, zwłaszcza dla małej. Ale w sensie atmosfery – zapachów, dźwięków i emocji.

Mamą być

Jestem mamą od tygodnia. Lubię to. Lubię zajmować się naszą córeczką, karmić ją, patrzeć na nią i przytulać. Kiedy zasypia mi na rękach, nie mam serca jej odłożyć. Lubię też to, że mam urlop, żeby zajmować się tylko nią.

Poród jest szokiem – mówili i mieli rację. Dla organizmu znaczy. Byłam słaba jak kocię i gdyby nie adrenalina, nie dałabym rady opiekować się małą. Teraz już jest lepiej. Czuję się i wyglądam nieźle, o ile, oczywiście, pominąć wiecznie opuchnięte oczy ;) Od znieczulenia i od pochylania się nad młodą bolą mnie plecy, a większa aktywność domowa powoduje zawroty głowy, ale to wszystko w normie i generalnie jest spoko.

Mam mnóstwo chwil, kiedy mam zajęte obie ręce i wolną głowę. Układam wtedy notki na blogi, np. tę ułożyłam wczoraj i zanim zdołałam usiąść i ją napisać, wszystko zapomniałam. A przysięgam, że nie miała być taka nudna. Jednak, co tu kryć, w moim życiu obecnie dzieją się rzeczy dość dla postronnych monotonne. Cała jestem z moją małą rodziną i nic innego mnie w zasadzie nie interesuje. Ot, kupuję przez internet świąteczne prezenty, stopniowo ogarniam sprawy do załatwienia, walczę z ZUS-em, który uparł się weryfikować, czy aby na pewno pracowałam. Z tej okazji podejrzewam, że kasa przyjdzie około 20. grudnia, co odrobinkę utrudnia mi upłynnianie środków na Allegro.

Dziś zostawiłam Licho jej ojcu i wyprawiłam się zobaczyć śnieg. Kilka minut spaceru po podwórku. Bardzo ślicznie jest. Potem zrobiłam to, tamto i owo, i teraz mi słabo oraz gubię wątek. Cain jest fantastyczny, urodzony tata. Kocha, wspiera, ogarnia, kołysze, przewija i masuje. Nie wiem, co to będzie, jak mu się skończy urlop.

 

 

Człowiek z pudełka

Uprzejmie informuje, iż powiłam w piątek o wpół do szóstej rano. Człowiek mierzy 55 cm i waży 3640 g. Czujemy się dobrze, czekamy, aż nas wypuszczą do domu.

Teraz będzie trochę monotematycznie, ale nie tu, tylko na lila.lluca.pl. Tam też ew. szczegóły (spokojnie, niezbyt drastyczne).

Tymczasem mówimy Wam: „Hello!”

image

Dwa lata

Właśnie mija nam druga rocznica ślubu, a ja się zastanawiam, kiedy to się stało. Dopiero się poznaliśmy, dopiero zaczęliśmy spotykać – a tu siup, jedno mieszkanie, drugie, zaraz trzecie, ślub, dziecko (no, prawie), koty, kredyty. Poważna sprawa, zupełnie, jakbyśmy byli dorośli.

Tymczasem my jesteśmy wciąż tymi samymi wariatami: z niechęcią do spraw nazbyt poważnych, leniwi, dość beztroscy; prawdopodobnie zginęlibyśmy, gdyby nie łut szczęścia na każdym kroku.

Dlatego dziś zamiast oficjalnego zdjęcia ślubnego wrzucę foty z okresu, kiedy się poznaliśmy (czyli z listopada 2008 r.). O, proszę:

Czy coś się zmieniło? Chyba nie bardzo :)

Fototerapia

Najczęściej rekomendowaną metodą na sezonowe zaburzenia nastroju jest fototerapia. Opowiadam siostrze, jak powinno się stosować fototerapię w domu:

Ja: – Taką lampę najlepiej jest włączać codziennie rano, najlepiej po ośmiu godzinach snu.
Siostra, mama trójki, w śmiech: – I pewnie jeszcze nieprzerwanego?
Ja: – No wiadomo. I potem, uważasz, włączasz ją na dwie godziny, które, jeśli dobrze zrozumiałam, też jeszcze śpisz.
Siostra w śmiech przez łzy. Ja również.

Po 10 godzinach snu codziennie to ja, proszę Państwa, nie mam żadnej depresji.

Nie będę sobie warkocz trefiła…

…tylko mężowi co rano.

Kain postanowił ściąć włosy. Siwa stwierdziła, że to objaw dojrzałości i każdy do tego dorasta, ale nie jestem całkiem pewna, czy wygolone boki i warkocz na czubku pasują do tej teorii. W każdym razie mój mąż myślał o zmianie fryzury od dość dawna, ja zaś byłam sceptyczna, bo uwielbiam długie włosy u mężczyzn (a u niego szczególnie). Ostatecznie jednak ładnemu we wszystkim ładnie i przecież nie porzucę takiego fajnego faceta tylko dlatego, że zmienił fryzurę.

Poszliśmy więc razem do fryzjera, w dodatku hazardownie, bo nie do mojej ulubionej Ani, tylko do nowego salonu fryzjerskiego na Pradze. Fryzjerka myślała początkowo, że dziewczyna przyjmująca telefoniczne zapisy żartuje sobie z niej: „Przyjdzie jakiś facet, żeby mu ogolić głowę i zrobić warkocz”. Ale pojawiliśmy się tam i potwierdziliśmy zamówienie, i trzeba przyznać, że pani Sylwia podeszła do sprawy z fantazją. Zaprezentowała nam różne sposoby zaplatania włosów, zaproponowała, żeby za jakiś czas na odrastających bokach wygolić wzorki i zrobiła na koniec śliczny warkocz dobierany.

No i teraz ja mu muszę ten warkocz pleść co rano, bo trudno jest robić sobie taką fryzurę samemu. Wstaję więc kwadrans wcześniej, a Kain ma jeszcze gorzej, bo jeśli chce mieć zaplecione włosy, to musi się ruszyć z łóżka, zanim ja wyjdę do pracy (chwilowo wychodzę wcześniej, niż on). Pierwszego dnia zajęło mi to chyba z godzinę, bom nienawykła. Szczęście, że to była sobota. Zaczynałam cholerny warkoczyk ze sto razy, klnąc przy tym jak szewc. Szybko jednak nabrałam wprawy i teraz zaplatam w parę minut. Zastanawiam się tylko, czy to znaczy, że koniec z samotnymi wyjazdami na więcej, niż dwa dni? No bo jakże tak – męża bez zaplecionych włosów zostawić ;P

Poniżej – efekt pracy pani Sylwii. Staruszki przechodzą na ten widok na drugą stronę ulicy, a prascy kolesie zaciskają pięści. Gumkę zamieniliśmy potem na czarną.

Anioł pokoju

Moja rodzina nie jest taka do końca spokojna i normalna. Mam brata choleryka, nerwową mamę, rodzoną siostrę z pozoru spokojną, ale jak co do czego, zadziwiająco podobną z profilu do rozzłoszczonej lwicy, resztę sióstr zasadniczo dość nieobliczalną i męża, który nie przepada za konfliktami.

Teraz wyobraźcie sobie dowolną nerwową sytuację rodzinną. Dajmy na to, choroba w domu, przygotowanie świąt, kłótnia o jakiś drobiazg… cokolwiek. Zgadliście, WTEM następuje pandemonium i trzęsienie ziemi. Najprostszy model zakłada, że wszyscy krzyczą. To jest o tyle dobre, że wtedy samemu też można sobie ulżyć, ale gorzej, jeśli za plecami ma się wrażliwca, który średnio znosi krzyki. Wtedy, Drogi Czytelniku, bierzesz głęboki wdech, zatrzymujesz i liczysz do trzech. Na więcej nie ma czasu. Następnie odwracasz się do najgłośniej krzyczącego i kładziesz mu rękę na ramieniu, przemawiając kojącym głosem.

Kiedy już pozbierasz dłoń z podłogi, przyszyjesz i zamaskujesz ślady po ranie, powtarzasz ten zabieg (znaczy uspokajające przemawianie, a nie przyszywanie ręki) z każdym wkurwionym uczestnikiem dyskusji. Prócz tego zbiorczo apelujesz do kultury osobistej uczestników, ich wrażliwości oraz faktu, że dzieci (koty, psy, prusaki, cokolwiek) słuchają. Skarceni w ten sposób krewni nie zaprzestają wprawdzie kłótni, ale zmniejszają kaliber przekleństw i nieco ściszają ton, a to już połowa sukcesu. Teraz należy bardzo szybko wymyślić rozwiązanie problemu, przedstawić go wszystkim w krótkich słowach (maksymalny czas wypowiedzi przypadający na jedną osobę w rodzinie wielodzietnej wynosi półtorej minuty, nie dotyczy sytuacji, kiedy wszyscy mówią na raz) i najlepiej odesłać każdego do wykonywania zadań w innej części mieszkania – a jeśli to możliwe, to w innej części kuli ziemskiej.

A jeśli wszystko zawiedzie… stanowczym ruchem stawiasz czajnik na gazie i gromko pytasz, komu herbaty. Nie ma w mojej rodzinie osoby, która by nie przerwała na chwilę nawet najgorszej awantury, żeby odpowiedzieć: „ja poproszę”.


Przez telefon sprawa jest nieco łatwiejsza, ponieważ da się rozmawiać – i wysłuchiwać – tylko jednej osoby na raz. Zatem słuchasz, potakujesz, przepraszasz albo prosisz i przede wszystkim nie podnosisz głosu. Sprawę bardzo ułatwia fakt, że telefonem komórkowym nie da się trzasnąć. Rola mediatora, organizatora i pośrednika jest o wiele łatwiejsza, kiedy sama technika ogranicza ci do minimum możliwość gwałtownych zachowań. Niestety nie da się jeszcze przez telefon poczęstować herbatą, ale w sumie zaproponować można – a nuż zadziałają podstawowe odruchy i rozmówca się uspokoi?

Muszę spróbować.

A Ty, Drogi Czytelniku? Też próbujesz być aniołem pokoju w domu wariatów? A może raczej rzucasz sobie raz a zdrowo soczystą kurwą macią i nie próbujesz koniecznie dorobić się wrzodów w pakiecie z nerwicą?

Rodzice dorosłych dzieci

Na samym wstępie chciałabym zaznaczyć: jestem stronnicza. Tak, znam tylko jedną stronę medalu, tak, patrzę na problem tylko z jednego punktu widzenia (racja jest jak d***, każdy ma własną). Nie, nigdy nie rozmawiałam o tym z kimś, kto jest po drugiej stronie. Może kiedyś to mnie albo mojej przyjaciółce, kumplowi, bratu ktoś wytknie to samo, co ja wytykam teraz. Ale teraz znam tę jedną stronę i moja opinia jest mocno ugruntowana.

A mowa o stosunkach między rodzicami, a dorosłymi dziećmi. Zdecydowana większość moich znajomych ma różnego rodzaju problemy z tego powodu. Najpopularniejszym z nich jest brak poczucia własnej wartości – wynikający z tego, że rodzice są wiecznie niezadowoleni. Matki wyzywają swoje dorosłe córki i synów od egoistów, złych dzieci, złych rodziców (jeśli ci mają własne dzieci), a niekiedy nazywają – zwłaszcza córki – znacznie gorzej.  Ojcowie zazwyczaj – przepraszam za generalizowanie – w ogóle się nie odzywają, a jeśli, to po to, by podkreślić swoją władzę: wchodząc w słowo, stając w agresywnej opozycji do tego, co syn lub córka właśnie powiedzieli, ewentualnie nawołując do szacunku dla rodziców. Brakuje za to szacunku do człowieka, jakim jest ich dziecko i normalnego, partnerskiego  stosunku, jaki powinien istnieć między dorosłymi ludźmi. Jest absolutny brak akceptacji, wieczny foszek, pretensje o autonomiczność, o własną, dojrzałą opinię – o dorosłość.

Znam ludzi około trzydziestki, którzy prowadzą podwójne życie, żeby nie prowokować konfliktu z rodzicami. Zam rodziców przekonanych, że ich dziecko co niedzielę chodzi do kościoła, choć jego noga nie stanęła tam od lat. Znam takich, którzy o życiu swojego dziecka nie wiedzą nic albo bardzo niewiele, bo owe dorosłe dzieci chronią przed nimi swoją prywatność za wszelką cenę. Znam ludzi nasyłających na swoje dorosłe dzieci policję po telefonicznej kłótni, szpiegujących, straszących zawałem serca, wymyślających niestworzone rzeczy. Znam osoby po studiach, dorosłe, niezależne, które biorą ślub tylko ze względu na rodziców albo które nie są w stanie swoim rodzicom odmówić żadnej przysługi, choćby wymagała kompletnej reorganizacji planu dnia dla zupełnego drobiazgu, w obawie przed awanturą i szantażem emocjonalnym. Ani trochę im się nie dziwię, bo widziałam też te awantury i szantaże.

I za każdym razem, kiedy uspokajam roztrzęsioną koleżankę po rozmowie z mamusią, kiedy tłumaczę koledze, żeby nie brał tak do siebie słów tatusia, kiedy kolejna bliska mi osoba faszeruje się lekami uspokajającymi albo trzyma się za bolący z nerwów żołądek przed wizytą u rodziców, trafia mnie cholerny szlag. Czy ci ludzie nie mogą po prostu kochać i akceptować swoich dzieci? Czy nie powinni ich wspierać w ich dorosłym życiu, zamiast na każdym kroku rzucać im kłody pod nogi? Czy nie mogą ich szanować? Nazwijcie mnie bezdzietną idealistką, ale to mi się w ogóle w głowie nie mieści: jak można nie akceptować i nie szanować własnego dziecka?…