Archiwa kategorii: święta

Pan Barszcz – misterium

Robienie barszczu, przynajmniej według przepisu, jakim się dziś, debiutując, kierowałam, nie ma nic wspólnego ze zwykłym gotowaniem zupy. To jest warzenie mikstury, cały trzygodzinny rytuał. Najpierw wywar z grzybów ma mrugać dwadzieścia pięć minut, dwadzieścia pięć ma być liczbą do której liczyć masz i liczbą ta ma być dwadzieścia pięć. Do grzybów wrzuca się przyprawy, ale nie wszystkie, oraz rytualnie opalony nad gazem ząbek czosnku. Nie mam gazu, wrzuciłam surowy.
 
Następnie buraki, jabłko i seler wraz z wywarem dwadzieścia minut dochodzić mają do wrzenia, a potem dziesięć minut mrugać. Można wrzucić niektóre inne przyprawy, ale nie wszystkie!
Potem barszcz godzinę odpoczywa. Po godzinie można wrzucić trochę przypraw. Ale Broń Boże nie wszystkie.
 
Po tej godzinie dodaje się resztę przypraw oraz zakwas i barszcz – dla ciebie Pan Barszcz – odpoczywa kolejną godzinę.
 
Odprawiwszy kompletne misterium należy Pana Barszcza przecedzić i spróbować.
 
Mi wyszła mdła zupka z buraków.

Nowy, szczęśliwy

Sylwestra spędziliśmy w domu, bo córka jeszcze za młoda na huczne imprezy. W ostatniej chwili zaprosiliśmy kilkoro znajomych, którzy nie mieli innych planów, ale ostatecznie wyszło tak, że byliśmy tylko we trójkę. Młoda przespała wszystkie hałasy (nie wiem, jak jej się to udało), a my tuż po północy otworzyliśmy bezalkoholowego szampana i wyszliśmy na balkon oglądać fajerwerki.

I w tym momencie poczułam nastrój Nowego Roku. Ludzie na ulicy krzyczeli z radości, niebo było jasne od kolorowych pióropuszy, z niektórych balkonów puszczano lampiony. Mieliśmy doskonały widok na ulicę w perspektywie i na fajerwerki puszczane na całej jej długości (na południu, bo na północy ulica nieco zakręca). Pięknie, głośno, kolorowo i wesoło. W tym wszystkim my, z naszymi dwoma kieliszkami, telefonem przy uchu (robił za elektroniczną nianię) i zimnymi ogniami. I z poczuciem, że miniony rok był wspaniały. Pełen sukcesów, dobrych ludzi, miłych niespodzianek, zrealizowanych planów i miłości w ilościach przerastających nawet mnie ;) Dobrze zaczęty i dobrze skończony.

Życzę Wam, żeby 2013 był dla Was co najmniej taki, jak dla mnie 2012. Sobie też tego życzę.

Christmas party

Tak się jakoś złożyło, że wpadło dziś do nas kilkoro znajomych – część niespodziewanie, część z przekładaną od paru dni wizytą, a część planowo. I zrobiła się mała, spontaniczna, świąteczna impreza. Wspólnie ubraliśmy choinkę, którą dziś rano przyniósł Cain. Kiedy zaczęłam się krzątać w kuchni, znajomy zażądał przydziału pracy i w efekcie pokroił nam wszystkie składniki sałatki. Zanim goście wyszli, gotowanie było skończone. Były też prezenty dla nas i dla małej – prezenty niespodziewane, nieco przez to krępujące (nie byliśmy przygotowani na viceversę), ale też bardziej, bo z zaskoczenia, cieszące serce.

Nie planowaliśmy takiej liczby gości – z uwagi na noworodka i przygotowania do świąt. Ale było przemiło. I nie upominki cieszyły mnie najbardziej (choć uwielbiam prezenty!), nie pomoc w domu, tylko sama atmosfera tego niespodziewanego spotkania i uczucie, że mamy naprawdę cudownych, cudownych znajomych. Dziękuję Wam, Kochani :*

Aha – zrobiłam domowy majonez! Proste i genialne.

Święta idą!

Kocham święta, mówiłam to sto razy i będę powtarzać. Nie muszą być ortodoksyjne. Zdaje się, że trzeci rok nie myję okien przed Wigilią. Rok temu dużo gotowałam, zrobiłam nawet pierwsze w życiu domowe pierogi. W tym roku zamawiamy sushi, a potem, owszem, idziemy na tradycyjną kolację do mojej mamy. Zabiorę ze sobą sałatkę jarzynową i rybę w galarecie, może upiekę jakieś ciasto. I tyle. Nie napinamy się, nie robimy noworocznych porządków, skupiamy się na rodzinach, prezentach, które bardzo lubimy dawać i spędzaniu czasu razem.

Tak sobie myślę, że kocham Boże Narodzenie właśnie dlatego. Jego wymiar duchowy – w jak najszerszym znaczeniu tego słowa – zdecydowanie jest dla mnie ważniejszy niż wymiar materialny. Zaraz mi ktoś wytknie prezenty, ale przecież nie chodzi nam o bogate podarunki (nie jesteśmy bogaci z domu), tylko o radość dawania. Od tego, co na stole i pod choinką, ważniejsze są uśmiechy dzieci, zapach choinki, bycie razem.

Nieprzepraszam za banał.

Christmas panic

Właśnie się zorientowałam, że Gwiazdka już za tydzień! A ja mam tylko połowę prezentów. Zaczęłam je kupować zaraz po powrocie ze szpitala, ale wkrótce zastopowało mnie puste konto. ZUS bowiem, który powinien mi wypłacić tak zwany zasiłek macierzyński, zamiast tego poleciał prześwietlać zarówno mnie, jak i mojego pracodawcę. Nie spodobało im się jakoś, że przed urlopem pracowałam na umowę tylko półtora miesiąca. Ogromnie mi ich szkoda, biedactwa, jeszcze zbankrutują przeze mnie albo coś. Oh wait, chyba z samej działalności gospodarczej zapłaciłam im już tyle składek, że przynajmniej na mój macierzyński na pewno wystarczy.

No więc aktualnie mamy tydzień do świąt, połowę prezentów i puste konto. Mam szczerą nadzieję, że niedługo się ogarną z tą moją kasą.  Chciałabym już zanurzyć się w klimaty gwiazdkowe – kupić pachnącą choinkę, pakować podarunki, jeść i piec pachnące rzeczy.

Te Święta będą szczególne, bo pierwsze z naszą córeczką. I mimo, że ona jeszcze niewiele kojarzy i nic z nich nie zapamięta – chciałabym, żeby były magiczne. Nie w sensie uginającego się stołu i kosztownych upominków, bo to nie ma wielkiego znaczenia, zwłaszcza dla małej. Ale w sensie atmosfery – zapachów, dźwięków i emocji.

Elegancja srancja (wpis zawiera marudzenie)

Skoro święta, blondynka chciała ładnie wyglądać. Sukieneczki, buciczki nowe, czerwone, szał ciał. Buty są za małe i im dalej w nich wędrowałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że o cały numer, choć przy mierzeniu w domu zdawały się ledwo ciut przyciasne w palcach, drobiazg do rozchodzenia. Otóż nie. Czuję się w nich jak Mała Syrenka z wersji oryginalnej i, idąc ulicą, nie mogę myśleć o niczym innym, niż ból stóp. No, chyba, że akurat sobie przypomnę o zostawionym w domu włączonym piekarniku.

Będzie grany szewc, nie ma siły. Kolejne koszta do butów tanich, bo z internetu (dwa razy wymieniałam, raz płacąc za kolejną przesyłkę). Never again.

Do sukienek, jako dziewczyna rozsądna i praktyczna, założyłam leginsy. Takie cieplejsze. Poruszałam się tramwajami, autobusami i pociągami (i raz, dzięki uprzejmości rodziny, samochodem). Nigdzie nie czekaliśmy na środek lokomocji dłużej niż dziesięć minut, a w każdym było względnie ciepło. I dziś rano obudziłam się z (pardon) zapaleniem pęcherza.

Wniosek: jeśli chce się propagować kobiecość, nosić sukieneczki i spódniczki, nie mówiąc już o pończochach i pantoflach – trzeba po prostu mieć samochód. Elegancja nie jest dla plebsu, prawda. Plebs porusza się autobusem, ziębi tyłek na dworze i potem ma za swoje. Tak więc dzisiaj posiedzę sobie chyba w domu, z plebejskim termoforem na podołku, popijając ziółka i zagryzając tabletkami.  Życzcie mi, żeby do jutra przeszło. A z okazji kolejnych okazji będę się lansować w dżinsach. Sorry.

Opowieść wigilijna

Przepis na schab w majeranku:

1. Obtocz schab w majeranku, zostaw na noc. Albo dwie.
2. Owiń schab w folię aluminiową (albo dwie) i włóż do piekarnika na 200 stopni.
3. Zapomnij o nim i dwie godziny później wyjedź za miasto, nie wyłączając piekarnika.
4. Wróć wieczorem, przewietrz mieszkanie, odkrój przypalony spód mięsa. Smacznego!

Wigilia troszkę inna

Moja znajoma co roku organizuje przedświąteczne spotkanie dla przyjaciół. Każdy z nas przynosi coś do jedzenia i spędzamy razem czas, jedząc kapustę z grzybami, pijąc grzańca, wieszając ozdoby na choince, która u niej zawsze jest trochę wcześniej, oraz wymieniając się prezentami. Albo i nie, bo w tym roku jakoś Mikołaj nie zdążył ;) Połowę tej radosnej grupy stanowi moja rodzina, co powoduje zabawne wrażenie, że jesteśmy na rodzinnej imprezie. Ale u nas rodzinne imprezy są bardzo nieformalne, więc nie ma problemu. Dziś na przykład część spotkania odbywała się na materacu, na którym leżał Cain, na którym leżała z książką Najmłodsza, na której leżał kot. Potem Najmłodsza i kot poszli spać, a Cain wysupłał się stamtąd dopiero tuż przed wyjściem, nieco zdrętwiały.

Ogromnie lubię te spotkania, wzruszam się na nich i łapię klimat. Dzisiaj dopadł mnie, kiedy gospodarz podnosił moją siostrzenicę wysoko w górę, żeby zawiesiła ozdoby na górnych gałązkach choinki. To taki absolutnie klasyczny, świąteczny widok.

A dla Was (tych Was, którzy lubią święta) – co jest takim wywoływaczem nastroju?