Archiwa kategorii: wojna płci

Mokre fantazje

Znacie Karo Akabal? To sex coach, po polsku instruktor seksu. Nie pamiętam, gdzie wpadłam na to nazwisko, ale w którymś momencie polubiłam fan page i zamówiłam newsletter. Karo zajmuje się zasadniczo tym, dlaczego nam się nie chce albo dlaczego nie jesteśmy tak uradowani, jak by wynikało z założeń. Opracowała „trening przyjemności”, który polega na tym, żeby codziennie poświęcać kwadrans na, no właśnie, przyjemność. Idzie o to, żeby każdego dnia zrobić sobie miło, wszystkie chwyty dozwolone, można leżeć w pachnącej pianie, szczotkować włosy, kolorować obrazki albo spacerować po rosie. Ma to pomóc w rozpoznawaniu, czego właściwie chcemy i uczyć niespychania tych zachceń na drugi, trzeci, czwarty plan (po zmywaniu, myciu lodówki i rachunkach). Można trenować solo albo w parach.

No więc ja jestem prosta i moje zmysłowe potrzeby też nie są szczególnie wyrafinowane, mianowicie najbardziej kręci mnie wanna. Przyznam się, iż miewam fantazję, że spędzam tam co najmniej dwie godziny dziennie. Staram się praktykować tę zmysłową przyjemność w miarę możliwości codziennie.

W ostatnich miesiącach zrobiłam pewne postępy: czasem wystarcza godzina. Jeśli skończy się książka.

Mężczyzna idealny

„Mężczyzna idealny. Takie coś jednej kobiecie kiedyś się przyśniło i po przebudzeniu wybuchnęła głośnym i żałosnym szlochem.
Opowiedziała sen przyjaciółkom. Też się popłakały”.

Joanna Chmielewska*

Znam otóż takiego jednego. Siedzicie? To uwaga.

Przystojny, uprzejmy i piekielnie inteligentny. Doskonały fachowiec w swoim zawodzie i jednocześnie profesjonalny trener fitness. Pracowity; sportowiec, biega maratony, wspina się po górach. Po trzydziestce, ciało młodego boga, skóra dwudziestolatka. W garniturze wygląda, jakby się w nim urodził. Okej, niewysoki, ale wierzcie mi, że Matka Natura zrekompensowała nie tylko w rozmiarze mózgu.

Bez nałogów, bez alergii, bez chorób przewlekłych, cholera, nie ma nawet syndromu DDA czy DDR. Sprząta, robi zakupy, gotuje doskonale i bardzo chętnie. Potrafi skomplementować, dobrać idealny prezent (z opakowaniem!), docenia ładną kieckę i inne babskie starania.

Jak wybierze restaurację, to klękajcie, narody; jak wybierze wino, to jeszcze lepiej. Kiedy spędza z tobą czas, poświęca ci 100 % uwagi. Oczytany i osłuchany. Inteligencja emocjonalna w pakiecie. Wierny, ciepły, czuły. Gentleman i feminista. Dyplomatyczny, gdy trzeba. Stanowczy, gdy sytuacja tego wymaga. Z fantazją, wesoły i pełen energii.

Jeśli to przeczyta, to pewnie ledwo się w tym opisie rozpozna, gdyż, oczywiście, jest również skromny.

Naturalnie, że ma chłopaka. Zapłaczcie razem ze mną.

P.S. Panowie, zawsze można dążyć do ideału!

*Cytuję z pamięci, być może niedokładnie.

Tak bardzo dość

Boję się. Boję się stracić jedno dziecko i skrzywdzić odstawieniem od piersi drugie, pozbawione już prawie całkowicie noszenia na rękach, skakania i tańczenia z mamą, zabawy ze mną. Boję się podejmować decyzje o braniu lub nie braniu kolejnych witamin, suplementów, preparatów i leków. Boję się o tę ciążę właściwie od początku, odkąd pierwszy lekarz, do którego poszłam, rozpoczął wizytę od długiego wykładu na temat wczesnych poronień, a następnie nic nie znalazł na USG.  Boję się kolejnych problemów: zawrotów głowy, kłopotów z kręgosłupem (przy półtorarocznym żywym srebrze, jakim jest moja córka), wczorajszej nagłej, nocnej wizyty w szpitalu położniczym, w którym niby wszystkie badania okej, ale w takim razie nie wiadomo, skąd objawy, niech pani poleży. Niby wszystko w porządku, tylko jakoś nie do końca.

Nie mam już siły walczyć o każdy skrawek mojego odpoczynku. Boję się o niego nie walczyć. Wyczerpują mnie usilne prośby i tłumaczenia, że pozmywaj, ogarnij, kup, zajmij się nią, bo mnie znowu kopie w brzuch. Są chwile, że prędzej padnę z pragnienia, niż powiem: „Zrób mi, proszę, herbaty”. Bo jeszcze jeden jęk niezadowolenia i, przysięgam, eksploduję. Jak przed chwilą. Kurwa, samo się nie zrobi. I tak trudno nie zerwać się i nie zrobić samej.

Boję się brać odpowiedzialność za to wszystko: dom, córkę, ciążę, siebie, plany bliższe i dalekosiężne, nawet lista zakupów staje się problemem, a tymczasem przed nami daleko poważniejsze decyzje. Których jestem motorem i prowodyrem, bo to mnie nie zadowala zastana rzeczywistość. Boję się tej odpowiedzialności i jeszcze bardziej boję się ją oddać. Dobitnie świadoma, że wtedy po prostu nic się nie wydarzy i już zawsze będzie tak, jak teraz, na wieki wieków, ad mortem. Tylko ciaśniej i trudniej.

Są takie chwile, że już naprawdę nie mogę. Przytłacza mnie to WSZYSTKO.

Don’t grow up, it’s a trap.

Czasem wstaję

Czasem wstaję z kanapy i wtedy rozglądam się po mieszkaniu.

Jest taki suchy, szowinistyczny dowcip, który, no cóż, uwielbiam:
– Dlaczego kobieta ma co dzień tyle pracy?
– Bo jak śpi w nocy, to jej się nazbiera.

Samo życie.

Niby mamy partnerski związek, ale jedni z nas trenowali zajmowanie się domem od szóstego roku życia, a inni od dwudziestego szóstego. Dwadzieścia lat praktyki robi sporą różnicę.

Toteż gdy wczoraj mój mąż, sterany chorobą, pracą, dzieckiem, żoną i domem zwyczajnie padł na twarz, ja wstałam, żeby zrobić to, co jeszcze musiało zostać zrobione. Nie żebym sprzątała, nie ma głupich, rwa mnie skutecznie powstrzymuje od takich fanaberii. Ale jedzenie, na przykład, nie może leżeć całą upalną noc poza lodówką. Kilograma wiśni nie udało mi się uratować, bo i tak leżały już siedem godzin, ale przynajmniej schowałam słodycze przed dzieckiem, żeby nie były pierwszą jadalną rzeczą, jaką ujrzy z rana. I pranie nie może stać na balkonie, gdy nie wiadomo, czy nie lunie deszcz. I tak dalej, rozumiecie. W chwili, gdy robiłam przemeblowanie w lodówce, żeby zmieścić w niej obiad od naszej cudownej sąsiadki, i spadł mi otwarty jogurt, więc sięgnęłam po ściereczkę i ta ściereczka okazała się nie płukanym od rana, mokrym, obrzydliwym, śmierdzącym ślimakiem – w tej otóż chwili puściły mi nerwy i rozpłakałam się rzewnie.

Może to hormony. Na pewno one.

Wtajemniczenia

Pierwszy stopień dziewczyńskiego wtajemniczenia osiągamy w szkole podstawowej. To ten, który pozwala nam wyczuć zainteresowanie. Mówcie, co chcecie, ale dziewczyna zawsze wie, kiedy ktoś na nią leci. Jeśli Adrian z siódmej be kocha się w Kasi z szóstej a, macie jak w banku, że Kasia o tym wie, choćby najudatniej zgrywała niewiniątko. To się po prostu wyczuwa, to się wie. Wcześniej albo później, ale raczej wcześniej. Każda laska to potrafi.

Drugi stopień to umiejętność odróżniania zainteresowania od prawdziwego uczucia i nieznajdowania symptomów miłości tam, gdzie jej nie ma. Czyli że jeśli mówi, że cię lubi, to prawdopodobnie znaczy tylko tyle, nie więcej. Jeśli podaje ci płaszcz, to znaczy, że jest dobrze wychowany. Jeśli kupuje ci kwiaty na urodziny, to pewnie lubi kupować kwiaty. Jeśli chętnie zaprasza cię do eleganckich restauracji, to zazwyczaj oznacza, że lubi do nich z tobą chodzić. Nic więcej. O dziwo ten poziom wtajemniczenia osiąga niewiele kobiet, a już nie daj Boże, jeśli się im trafi prawdziwy gentleman z zamiłowaniem do szarmanckich gestów. Taki ma przewalone, bo każda od razu myśli, że skoro te gesty takie szarmanckie – w oczy patrzy, gdy rozmawia, w dłoń całuje i nosi torby – to już na pewno kocha. Otóż nie, po prostu jest gentlemanem. To miłe, ale nie róbmy z siebie idiotki, ok?

Podobnie ma się rzecz z prawdziwym przyjacielem. Dolewa wina, trzyma za włosy, gdy rzygasz, pozwala szlochać  w marynarkę i kupuje trafione prezenty? Gratulacje, masz doskonałego kumpla, z którym możesz konie kraść. To nie znaczy, że on cię kocha (to znaczy pewnie kocha, ale nie tak, jak myślisz).

Jeśli to umiesz, to dasz sobie radę.

Ale jest jeszcze trzeci stopień. Polega na tym, żeby nauczyć się ufać sobie. Delikwent przez rok nie deklaruje, ale ty wiesz swoje i masz rację. Albo pitoli coś o przyjaźni, ale ty czujesz, że nie całkiem. Albo wyznaje po trzech latach, a ty od początku wiedziałaś. Kręci, daje znaki, okazuje czynem albo przeciwnie, milczy jak głaz. Rokminiasz to ze wszystkimi przyjaciółmi na sesjach indywidualnych i grupowych, wypijasz litry wina, próbując zgadnąć, co autor ma na myśli, a nawet stawiasz gościa pod ścianą i żądasz definicji, przy czym efekt każdej z tych prób jest taki sam, czyli wszyscy idę w zaparte, że nic, że nie. Ale, laska – jeśli czujesz, że coś jest na rzeczy, wsłuchaj się w ten wewnętrzny głos. Pozornie punkt drugi kłóci się z trzecim, wiem. Nie szkodzi.

Zaufaj sobie. Wiesz lepiej. BTDT.

W wiecznym niedoczasie

Dużo pracuję, choć jakoś dziwnie wciąż nie mamy kasy. Dużo to znaczy, że codziennie, gdy Licho w końcu zaśnie, siadam do komputera i piszę, poprawiam, szukam obrazków, wymyślam i znów piszę. Bywa, że schodzi mi do drugiej w nocy. Skonana kładę się spać, żeby zostać obudzona o szóstej (na szczęście czasem później dosypiamy we dwie). A potem rajd: aerobik, jakieś warsztaty, to lub tamto załatwić, zadzwonić, umówić, ustalić, kupić, tu lub tam wpaść, do pracy podjechać. Do tego gotowanie, bo Licho lubi często podjeść. Po powrocie Kaina obiad (kolacja w sumie), kąpiel, bawienie, usypianie, praca, pad na twarz. I tak ciągle.

Zaniedbuję już nie tylko blogi, ale też książkę. Zaniedbuję także dom, męża, o sobie już nie wspomnę. Każda chwila czasu to najpierw szybkie planowanie: co zrobić najpierw, zanim coś mnie znów oderwie; co jest najważniejsze? Po pół roku treningu doszłam do tego, że najważniejsze jest siusiu i jedzenie, reszta potem. Jestem z siebie dumna.

Kain też zabiegany, praca, dom, dziecko, żona. Jakoś jednak to on ma czas na godzinkę lub dwie grania na komputerze i to on ma siłę na tête-à-tête, podczas gdy ja jestem tą zimną i złą, która zasypia, gdy tylko znajdzie się w pozycji horyzontalnej.

Dochodzę do etapu, w którym osiem godzin pracy w biurze wydaje mi się miłą, odprężającą rozrywką.

Uczucia ambiwalentne

Uwielbiam mojego męża za czynny, partnerski udział w życiu domowym. Ale kiedyś zabiję go w afekcie za robienie tego po łebkach.

Zmywa, ale nie chowa czystych naczyń. Efekt? Nadal nie mam dostępu do czystego, bo jedną ręką (na drugiej niemowlę) nie wydłubię tej cholernej pokryweczki ze spodu przeczącej prawom grawitacji piramidy.

Chowa po śniadaniu chleb i masło, ale zostawia ser. Czyli i tak muszę sprzątać.

Zabierze z biurka pudełko z pastellą, ale krakersy i okruszki zostawi. Kaman, pudełeczko mogłam sobie sama zanieść, a sprzątanie okruszków wymaga dwóch wolnych rąk, ścierki i wizyty w umywalce potem.

Nie jestem kobietą

Od pewnego czasu nie jestem kobietą. Jestem mamą. Moje zainteresowania sprowadzają się do mojej córki, która pochłania 90% uwagi. Pozostałe 10% to jedzenie, mycie, sen i czytana właśnie książka. Na Bycie Kobietą nie zostaje mi już ani kawałeczek mózgu. Nie robi mi szczególnej różnicy czy jestem ubrana i w co, jak wyglądają moje włosy i czy mam makijaż. Czasem się stroję i maluję, ale tylko, gdy okazja tego wymaga. Na co dzień, przy moim facecie, chodzę potargana, w byle jakich majtkach, zazwyczaj z jedną piersią na wierzchu, bo właśnie karmiłam albo właśnie będę karmić. Wolne chwile pożytkuję na jedzenie, zrobienie herbaty lub odpisanie na wiadomości, zamiast na tuszowanie rzęs albo wkładanie pończoch. Zresztą po co się stroić, skoro całe dnie i noce spędzam na materacu, wśród rozrzuconych poduszek, kocyków, kołderek, smoczków i tetrowych pieluch?

Najgorzej, że nawet mi z tym dobrze. Doszło do tego, że na rzuconą przy obiedzie uwagę: „masz sos na twarzy” odparłam, iż mam to w dupie. I zaiste mam.

To pewnie zwykłe zmęczenie i przejdzie. Kiedyś. Jakoś. Tymczasem jednak powoli zbliża się oficjalny koniec połogu i wypadałoby się nieco ogarnąć. Przestać straszyć własnego męża okiem spuchniętym, odrostem brzydkim, majtami starymi. Tylko kiedy, pytam się, iść do fryzjera, na zakupy lub w łazience godzinę robić się na bóstwo? No nie ma kiedy.

Tymczasem moje dziecko właśnie zasnęło i nie mogę się zdecydować: odrobić choć trochę snu czy poćwiczyć, bo plecy zaraz mi wyjdą przez piętę?

Czy ja się denerwuję?

Jestem – nie śmiejcie się – dość cierpliwym człowiekiem. Wiele rozumiem, nie tracę gruntu pod nogami z byle powodu, nie robię awantur o późne powroty z jednego piwa lub nie odebrany telefon. Zdaję sobie sprawę, że ludzie – generalnie – bywają zajęci, zmęczeni, chorzy, wyjechani, nie w nastroju itd. Nauczyłam się także z wiekiem, i nie bez oporu krnąbrnego ducha, że niektórzy są mniej wylewni niż inni, że nie każdy lubi pisać długie maile i że milczenie nie musi oznaczać olewania.

ALE.

Nie znoszę obietnic bez pokrycia. Nienawidzę niedotrzymanych terminów. Szczerze gardzę pustymi słowami od osób bliskich. Oczekuję słowności, szczerości i – raz na jakiś czas – podtrzymywania więzi. Cenię także inicjatywę, gdyż nie najlepiej czuję się w roli osoby proszącej o spotkanie.

I kiedy – taki przykład z głowy – umawiam się z kimś, kto nie przychodzi, przekłada, nie odbiera telefonu godzinami, i kiedy taka sytuacja się powtarza, to nawet największe pokłady życzliwości nie są w stanie mnie ułagodzić. Gdyż pierwszą i ostatnią myślą jest, niestety, ta, iż jestem ustawicznie olewana. A o byciu olewaną wolę być poinformowana wprost. Poważnie: stokroć wolę: „sorry, bejbe, było miło, ale wystarczy”, niż głodne kawałki pod ogólnym hasłem „zadzwonię”. I naprawdę bywają sytuacje, gdy nawet największy bagaż wspólnych doświadczeń, beczka soli i jakieś tam wzajemne zaufanie wymiękają w zestawieniu ze zwykłą niesłownością.

W takich chwilach robię się zła, bardzo zła, i myślę sobie same najgorsze rzeczy. A im więcej czasu mija, tym bardziej się wściekam, typowo męskie więc liczenie, że mi przejdzie, rzadko odnosi skutek. W zasadzie nie istnieje sposób na uniknięcie awantury lub tzw. focha – foch jest wersją „nie mam ochoty być miła, ale nie będę się przecież drzeć jak wariatka, więc zmilczę”.

Można mi wynagrodzić (nie „obiecać”, wynagrodzić). Można przeprosić. Można czym prędzej zmienić zachowanie lub zaskoczyć mnie czymś miłym. Można zapewniać o swoich uczuciach, to dość miłe. No i, przede wszystkim, można nie powtarzać błędów.

Można też powiedzieć: „nie rób scen, jesteśmy tylko znajomymi” i tym samym radykalnie mieć z głowy mnie i moje oczekiwania.

Nowy blog ;)

Kiedy ostatnio zakładałam bloga? Nie pamiętacie, co? Ja też nie.

OTO WIĘC JEST. Moje nowe dzieło, rurzowy (no a jakże) dziewczyński blogasek o chłopakach i o tym, jakie mamy z nimi problemy. Będzie: kontrowersyjny, emocjonalny, niepoprawny politycznie. Nie będzie: autobiograficzny, a w każdym razie nie bardzo.

Zapraszam: WOJNA PŁCI
oraz jej fanpage.