Archiwa kategorii: wyjazdy

Zen

W Urlach, na wakacjach, poznaliśmy faceta, który zamelinował się tam z trójką dzieci na całe lato. W sumie biegało ich tam więc, razem z naszymi, siedmioro, bo jeszcze sąsiedzi z drugiej strony. Chyba, że ktoś wpadł w gości, to więcej. No i wracamy któregoś dnia ze spaceru, na trawniku całe to tałatajstwo lata, wrzeszczy, jeździ na rowerze, wspina się na drzewa, nosi małe dzieci na rękach, grzebie w ziemi i tak dalej. A pośrodku tego wszystkiego, w klasycznej pozycji lotosu, jak na obrazkach, siedzi facet i medytuje.

W medytacji chodzi podobno o bycie Tu i Teraz. No więc ja wyznam, że czuję moje Tu i Teraz każdą, mać, komórką ciała, zwłaszcza, gdy dwoje dzieci się po tym ciele wspina. Ale obrazek był bardzo ładny (pozdrawiam Maćka). Przy czym, zaznaczam, NIKT PO MEDYTUJĄCYM NIE ŁAZIŁ.

Za krótkie długie wakacje

Nie jestem pewna, ale chyba ostatni raz miałam dwa tygodnie wakacji, gdy miałam jakieś dziewiętnaście lat. Nie mówię o wolnym od pracy, tylko o wyjeździe, prawdziwych wakacjach, spędzonych poza miastem. Zupełnie zapomniałam, jak to jest! Ale uparłam się i jeden tydzień spędziliśmy w Urlach, a drugi na działce. Urlop z dzieckiem jest dość męczący, ale nie przestaje być odpoczynkiem – od codzienności, domowych obowiązków, problemów, które są tu, a nie ma ich tam. No i świetnie było spędzić trochę czasu tylko we troje, choć Lichowi bardziej chyba podobał się drugi tydzień, z Siostrą i dziećmi.

Pogoda w większości dopisała, moczyliśmy się w rzece, a nawet w dwóch rzekach. Zbieraliśmy jagody, oglądaliśmy zwierzęta, spacerowaliśmy po lesie, jadaliśmy na dworze – samo dobro! W Urlach powietrze jest niesamowite, jakby się oddychało pięć razy pełniej, bardziej. Masa ptaków. Przepiękny las, po którym mogłabym spacerować godzinami, pełen sosen, jagód, puszystego mchu i świateł. I ptaków, rzecz jasna. Być może lepiej byśmy skorzystali ze skromnych, ale nam wystarczających miejscowych atrakcji, gdyby nie to powietrze właśnie – tak czyste, że szok tlenowy powodował permanentną senność. Szczególnie Kain jest podatny na zmiany klimatu i gdyby mu pozwolić, zasypiałby tam wszędzie.

Zabawiliśmy pięć dni i wróciliśmy na weekend do Warszawy, żeby się oprać i przepakować, po czym zamelinowaliśmy się pod Serockiem na działce Siostry. Kompletny środek niczego, nie ma nawet sklepu. Ba, nawet samochód z lodami przyjeżdża tylko w weekendy. Duży ogród, po którym dzieci mogą swobodnie biegać i do woli korzystać z trampoliny, huśtawek, piaskownicy, domku na drzewie i miliarda zabawek nagromadzonych przez kolejnych nieletnich. No i Narew, która jest większa i głębsza od Liwca, dzięki czemu nasza córka odkryła pływanie. Było fenomenalnie. W tak upalny dzień, jak dziś, żałuję, że nie mogliśmy zostać dłużej. Takie dni powinno się spędzać nad wodą, leżąc wygodnie na trawie w cieniu.

Oczywiście wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu – przyjemnie było wrócić do własnego łóżka, własnej, niezmętniałej wody w kranie, własnej wanny. Odkopać się z prania, poczuć u siebie, wrócić do warszawskiej rutyny. I zacząć rozmyślać o kolejnym weekendzie;) W sierpniu urwę się na chwilkę do Krakowa!

Nie chciał rozłożyć ogona.

Nie chciał rozłożyć ogona.

Koń nie chciał, ale pani prowadziła stanowczo.

Koń nie lubił wody, ale pani prowadziła stanowczo.

Kucyk z plebanii w Urlach

Kucyk z plebanii w Urlach

Autochtoni (Narew)

Autochtoni (Narew)

Ziarenka szczęścia

Ziarenka szczęścia

Liwiec i ja

Liwiec i ja

Ducha wyzionę, a odpocznę

Ale chyba jednak prędzej wyzionę ducha. Jedziemy jutro. Niedaleko, do Urli. Na krótko, tylko pięć dni. Lista rzeczy do spakowania dla dziecka liczy sobie milion pińset  pozycji i nie mogę na nią nawet patrzeć. Pranie nie wyschło, bo pada. Kosmetyki i leki dla młodej się pokończyły, a apteka nie zdążyła skompletować zamówienia. W domu burdel, a my nie mamy na nic siły.

Wracamy w piątek, żeby przejść przez to samo raz jeszcze przed udaniem się na działkę. Działka gorsza (choć lepsza), bo tam nie ma żadnego sklepu, do którego dałoby się dotrzeć pieszo. Czego nie weźmiemy, tego nie będzie, wliczając jedzenie.

Właściwie nie rozumiem, czemu jeszcze nie odwołałam wszystkiego w cholerę i nie zarządziłam, że zostajemy. Za to siedzę przy komputerze, oczy mi się kleją, bezmyślnie przewijam fejsa i myślę o tym, jak bardzo mi się nie chce. Już zaraz, za momencik wstanę, posprzątam w kuchni, pozbieram pranie sprzed dwóch dni, pochowam walające się zabawki i spakuję do walizki to, co da się dziś spakować. Za chwilkę. Słowo.

Pogoda wyjątkowo nastraja do wyjazdu, prawda. Wizualizuję pięć dni w chłodzie i deszczu. Ani pływać, ani dłużej spacerować; oczyma duszy widzę ociekające wodą wyprawy na obiad i mokre powroty z tegoż, wielogodzinne, śmiertelnie nudne posiedzenia nad dwiema układankami i trzema książeczkami, ciemny, wynajęty pokój i brak choćby kubeczka grzanego wina.

Ale ten. Las, prawda. Mini zoo miejscowego księdza. Jedzenie u pana Tadka. Poprzednio byliśmy we wrześniu, który też jakby nie zachwyca upałem, i było super, prawda? No.

New year, new life

Idę jutro (właściwie dziś) do pracy pierwszy raz od ponad roku. Stresuję się tym nieco i choć wszystko mamy poukładane, to byłoby jednak odrobinę lepiej, gdybym nie zapadła właśnie na zapalenie ucha, a dziecko nie złapało ospy. Perfect timing, no naprawdę. Okoliczności są tak poetyczne, że udało im się zaćmić echa Sylwestra w Krakowie. Jeszcze wczoraj w nocy pisałam romantycznego maila, a dziś już, spięta jak choinka tuż po zakupie, z obłędem w oku kończyłam robotę i pakowałam Licho do Siostry, a siebie do biura, w międzyczasie zażywając pierwszy Apap od nie wiem nawet, jak dawna. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: w ciągu paru minut ból ucha i głowy zastąpiło lekkie ćmienie, ja zaś poczułam się nieco otumaniona. Bez kitu, zróbcie sobie dwuletni detoks od prochów, potem działają jak złoto.

W ogóle to kalejdoskop, bo najpierw Święta z rodzinną Wigilią u nas w domu (taką miałam wizję i było świetnie), potem Kraków, zaraz po powrocie zaś lazaret: koszmarna migrena Kaina, dzień później jeszcze lepsza gorączka Licha, potem hipoteza z ospą i zaraz potem moje ucho. Wszystko w jeden, uroczy, długi weekend, więc jutro po pracy muszę ogarnąć jakichś lekarzy.

Skłamałam, że się nieco stresuję. Tak naprawdę cykam się jak tchórzofretka.

Cisza jak ta

Prawie cztery dni za miastem, w malutkiej miejscowości, w której nic nie ma. Dwie zamknięte knajpy, dwa sklepy, stacja PKP i ośrodek wypoczynkowy, a w nim tylko my i gospodarz z rodziną. Naokoło las i zupełna cisza, prócz pociągów i ptaków czasami słychać osła, którego hoduje tutejszy ksiądz. W lesie wiewiórki, sójki i zaskrońce. Rzeka płyciutka do kolan, lodowata i bardzo ładna, a w rzece moja szalona córka, biegająca z dzikim krzykiem, bo WODA!

Odpoczęłam w tej ciszy. Bardzo mi było tego trzeba: spokoju, braku codziennego szumu informacyjnego, tego nawału dźwięków i bodźców, który towarzyszy mi w mieście. Kładliśmy się o 22.00, wstawaliśmy rano z Lichem, ale potem dosypialiśmy z nią razem. Śniadanie, spacer, obiad u pana Tadka o czternastej (bardzo późna pora!), spacer, kolacja. Wieczorem kładliśmy dziecko spać, rozpalaliśmy w kominku i grzaliśmy sobie odrobinę wina. Pachniało tym korzennym winem i brzozowym drewnem, i mieliśmy czas tylko dla siebie, bez komputerów, pracy, codziennych spraw.

Szkoda, że tak krótko. Chętnie tam wrócę – choć zastanawiam się, czy w sezonie także jest tam tak spokojnie. Jednak wakacje we wrześniu mają swoje zalety :)

Pan Tadek

„Chatka u Tadka” w Urlach to prywatny dom, którego gospodarze serwują obiady w sezonie. Polecono nam, więc idziemy, stajemy jednak przed zamkniętą furtką z napisem: „Uwaga, zły pies”. Na szyldzie podany numer telefonu, którego jednak nikt nie odbiera. Stoimy, zaglądamy, wreszcie naciskamy dzwonek. Po dłuższej chwili wychodzi tęgi pan po sześćdziesiątce. Spodziewałam się prężnego czterdziestolatka, ale mówię nieśmiało:
– Dzień dobry, czy u państwa można zjeść obiad?
– Obiad? Dzisiaj?
– No jak nie dziś, to jutro.
– Bo to na zamówienie raczej. Spytam żony, może została jakaś zupa. Chodźcie, chodźcie.

Otwiera przed nami furtkę i prowadzi przez taras do małej sali jadalnej. W drzwiach spotyka nas uśmiechnięta pani w fartuchu.
– Masz tam coś? Bo państwo są bardzo głodni.
– Tak? No jest zupa, taka, grochówka, fasolowa, taka. I takie tam… żeberka w miodzie. – mówi pani skromnie.
– Brzmi doskonale! – wołam, bo zdaje mi się, że pan Tadek (o ile to on we własnej osobie) niezbyt dobrze słyszy.
– Tak? No, to chodźcie, siadajcie.
Wchodzimy. Trzy stoły, ceratowe obrusy, pod ścianą stoliczek z solą, pieprzem, cukrem, papierowymi ręcznikami. Gospodarz przynosi trzy komplety sztućców, choć trzecie z nas jest niemowlakiem. I kompot, a do niego dwie szklanki. Zamyka drzwi na taras, żeby wiatr nie zaziębił dziecka.
– Ja ją tu puszczę, niech sobie lata – mówię (głośno)
– A tak, niech sobie lata, tu macie łazienkę, żeby jej ręce umyć w razie potrzeby.
Znika, a po chwili wraca obładowany: poduszki, misiek, lalka, pluszowy lew Simba. Lalka płacze, mówi „mama” i „tata”. Głośniej niż ja do pana Tadka. Lila jest zdziwiona, ale nie boi się. Łazi ze mną za ręce. Pan Tadek staje przed nami i wyciąga wielkie dłonie:
– Chodź, chodź do dziadka! – mówi, a moja córka, która nie lubi dotykać obcych, podaje mu rączkę (drugą jednak przezornie trzyma się mamy).
– Ja tu jestem dziadek dla wszystkich dzieci, które przychodzą. – mówi z dumą gospodarz i bierze Lilę na ręce. Po chwili mała wykręca się do mnie, więc trzymam ją na biodrze, a pan Tadek łaskocze ją po brzuszku, całuje w łapki i wydaje dziwne dźwięki. Młoda zachwycona, cała w uśmiechach. Kwadrans później będzie ufnie siedziała u niego na rękach i dawała mu buziaki w wielki policzek („Oj, ja jestem nieogolony przecież!”), ewidentnie nie pamiętając, że kiedykolwiek miała jakieś lęki separacyjne. Jesteśmy w szoku, „dziadek” Tadek zaś – zauroczony z wzajemnością.

Na stół wjeżdża waza zupy, jakiej ja nie będę umiała ugotować nigdy w życiu: bogatej w składniki, na boczku, z marchewką, fasolą, grochem i nie wiem, czym jeszcze. Pyszna. Do tego świeży chleb, którym udaje nam się na chwilę zająć Licho, żeby kolejno zjeść. Drugie danie składa się z fenomenalnych żeberek w gęstym miodowym sosie, ziemniaków z koperkiem, surówki z miliona składników i pomidorów w śmietanie. Nakładam małej trochę na jej talerz.
– Zrobimy bałagan – uprzedzam.
– A róbcie sobie, co chcecie – macha ręką pan Tadek.
My zmiatamy wszystko, córka wcina ziemniaki, trochę mięsa i zagryza surówką, od której piecze ją język, więc wypija mnóstwo wody ze swojego kubka (pan Tadek pyta, czy zrobić jej może herbatkę). Przez cały czas nikt nie wspomina o menu ani o cenniku. Potem okaże się, że ta uczta kosztuje 23 zł od osoby (w sezonie całe 25), a że mamy nie rozmienioną stówę, każe się nam zapłacić jutro. Przy okazji wychodzi na jaw, że dania, choć pyszne, są bez soli – szczyt naszych marzeń, bo właściwie żadne z nas nie powinno solić, ale spróbujcie znaleźć na wakacjach restaurację z niesolonym jedzeniem. Jesteśmy coraz bardziej zachwyceni. I ten folklor!

Gospodarz zagląda do nas raz na jakiś czas i zabawia rozmową, zostawiając nam jednak czas na spokojne zjedzenie.
– Moja synowa przez dwa i pół roku karmiła wnuczkę tylko słoiczkami. Łyżką jej dawała najpierw zupki, potem te inne przeciery. A przecież to wszystko do niczego, ohydne. I ubierała ją na różowo, żeby się nie zabrudziła, nie puszczała nigdzie, do piaskownicy, nic, bo się ubrudzi. A jak wnuczka do nas przyjechała, to wszystko jadła normalnie. I do piaskownicy ją puściliśmy, na dwór, upieprzyła się jak nieboskie stworzenie, ale jaka szczęśliwa!

Piąteczka, panie Tadku. Przyjdziemy jutro. Na pierogi z mięsem.

Ducha wyzionę, a odpocznę

Pływałam w zimnym morzu, skakałam przez fale, jadłam ryby z kutra, mięso z grilla, lody i gofry, leżałam na piasku, piłam Specjala, chodziłam po molo w sukience w paski i wielkim kapeluszu. Wszytko w trzy dni. Wróciłam bardzo zmęczona! Ten cały plażing jest naprawdę wyczerpujący.

Było bombowo.

Pierdolę, idę do Szwecji.

Pierdolę, idę do Szwecji.

Ślązaki to fajne chłopaki

Na trzydzieste urodziny (czyli w zeszłym roku) dostałam między innymi taki prezent:


W pudełku jest bilet i katalog usług. Zajarałam się jak flota Stannisa. Rany, tyle możliwości! Po przejrzeniu katalogu okazało się, że wybór wcale nie jest trudny. Większość atrakcji to quady, paintball lub strzelnica – w różnych tylko miejscach i opcjach. Średnio mnie to interesowało. Są też skoki na bungee, kula, do której się wchodzi, a następnie toczy (brr), nauka nurkowania i… właśnie. Sporty powietrzne. Wróciło dziecięce marzenie o locie szybowcem. Katalog zawierał jedną taką ofertę, więc poczekałam do kwietnia i zaczęłam załatwiać.

Napisałam maila do firmy. Odpisała mi jakaś zupełnie niezorientowana pani i po ciężkiej dyskusji ustaliła, że mam wysłać jej bilet pocztą, ale nie wiadomo, kiedy będzie można go zrealizować, bo jeszcze nie otworzyli sezonu. Tymczasem nadszedł czwarty miesiąc ciąży (zbliżał się już czerwiec, nim coś ustaliłyśmy) i zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle mnie do tego szybowca wpuszczą, zwłaszcza, że chyba trzeba zapiąć jakieś pasy. Mój Vivabox ważny był do 30 czerwca 2013, więc postanowiłam przełożyć całą sprawę na ten rok. I co? I w tym roku doczytałam takie małe literki, które mówią, że obowiązuje katalog ze strony internetowej. A tam, jak się okazało, wcale szybowca już nie było. Były za to motoparalotnie i sedno tej notki – paralotnia. O tu konkretnie.

Początki nie były łatwe, bo też zaczęłam od maila, na którego nikt nie odpisał. Potem kilka razy dzwoniłam, ale nikt nie odbierał. Wreszcie wysłałam SMS-a i Andrzej oddzwonił – sprytnie dzwoniłam zawsze w godzinach lotów, nic dziwnego, że bezskutecznie. Ustaliliśmy termin i zaczęłam planować rodzinną wycieczkę do Gliwic. W międzyczasie okazało się, że z dojazdem jest ciężko i że cała ta impreza razem z noclegiem zaczyna nas kosztować trochę więcej, niż planowaliśmy. Na dodatek Licho było akurat trochę chore. Szczęśliwie okazało się, że pogoda nie sprzyja lotom i przełożyliśmy wszystko na kolejny tydzień, po drodze rewidując plany. Usadziłam Caina z dzieckiem i pojechałam sama.

Sama! Bez dziecka, bez ciągle napiętej uwagi, laba, wakacje, matka na gigancie! Gdy już zwalczyłam lęk separacyjny, znalazłam się samotnie w obcym mieście, obcej restauracji (polecam filię w Gliwicach) przy posiłku, jakiego wcześniej nie jadłam, z zapasem czasu, nie znająca okolicy, błądząca w poszukiwaniu autobusów. Boże, ależ mi było dobrze. W końcu trafiłam na lotnisko i poznałam Andrzeja i Sobka. Bilet przywiozłam ze sobą, wypełniłam pożyczonym długopisem i zostawiłam na miejscu. Lot trwał – bo ja wiem, około pół godziny i wbrew moim oczekiwaniom nie był to lot z wyciągarką, tylko z takim silniczkiem na plecach. Instruktor steruje, ty lecisz z przodu i PATRZYSZ.

Mówiono mi, że paralotniarze to fajne chłopaki i nie przesadzano ani odrobinę. Dawno nie widziałam tak wyluzowanego towarzystwa. Żarty sypały się gęsto, zwłaszcza, że czekaliśmy, aż wiatr trochę osłabnie (jestem za lekka, żeby latać przy silnym wietrze) i pogadaliśmy sobie, siedząc na pasie startowym, obserwując awionetki i machając do helikoptera. Po czym wybiła godzina zero. Oczywiście nie ubrałam się odpowiednio, wyprosiłam więc kombinezon, wpięto mnie gdzie trzeba, poinstruowano i zanim się zorientowałam, byłam w powietrzu. Nawet nie zdążyłam się zestresować. A potem już nie było czasu na stres, gdyż trzeba się było zachwycać.

Bycie w powietrzu jest jak… Nie, nie da się tego do niczego porównać, po prostu latasz. Lecisz. Unosisz się i widzisz wszystko z góry, bardzo, bardzo wyraźnie (pogoda sprzyjała). Drzewa, domy, pola, ludzi, zające. Śmietnik (dzięki, Sobek, to była przygoda mojego życia, a Ty mi pokazałeś śmietnik, zapamiętam to na zawsze!). Lecisz prosto w zachód słońca i w ogóle. Tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć. Zrobiłam kilka zdjęć, ale one nic nie oddają. Zresztą zapomniałam aparatu i miałam tylko komórkę bez sznurka, szybko więc ją schowałam i zajęłam się rozkoszowaniem.

Po czym (właściwie to przed czym) okazało się, że nie mam czym wrócić. Byłam umówiona z gościem z carpooling.pl, ale coś mu nie wyszło i stanęłam wobec perspektywy czekania na pociąg do 1.00 i powrotu co najmniej pięć godzin później, niż planowałam, gdy tymczasem ze względu na Licho musiałam być wcześniej. I co, co zrobili kochani chłopcy* z lotniska? No więc Andrzej zadzwonił po Szwagra do towarzystwa i obiecał zabrać mnie do Katowic, skąd przed północą startował bus do Warszawy. Zabrać na motocyklu. Wow.

Czy się zgodziłam, żeby dwóch obcych facetów wiozło mnie na motorach z jednego obcego miasta do drugiego? No helou, znacie mnie. Jasne że tak. Pojechaliśmy więc samochodem pod garaż, a zanim z niego wyszłam ubrana w pożyczoną skórę, obok zatrzymał się Szwagier i, zdejmując kask, spytał:
– No, gdzie ten towar?
– Tutaj – powiedziałam, rozbawiona, i z satysfakcją stwierdzam, że od lat nie widziałam takiej zmieszanej miny. Pozdro, Mirku, musiałam to opowiedzieć.

A potem pojechaliśmy i już wiem, dlaczego lepiej być kierowcą niż pasażerem, a także dlaczego, jadąc we dwoje, nie powinno się przekraczać pewnej prędkości. Myślałam, że mi głowa odpadnie, omal nie zgniotłam Andrzeja, kurczowo się go trzymając i przy hamowaniu notorycznie stukałam kaskiem w jego kask. Strzelam, że miał w życiu wygodniejsze pasażerki. Ale było bosko, druga przygoda życia tego samego dnia, bo nigdy wcześniej nie jeździłam (mama mnie zabije). Czułam się trochę jak mała dziewczynka: trzeba schować się za plecami kierowcy, trzymać się go i ufać, że wie, co robi. Niestety nie mam zdjęcia na motorze, ciemno już było, a mi padała komórka. Na koniec poszliśmy na kolację, którą panowie chcieli mi postawić, ale się wybroniłam. Bez przesady, tyle dobra i jeszcze chcą mi stawiać jedzenie! Przed północą, jak Kopciuszka, odprowadzono mnie do autobusu, w którym prawie natychmiast zasnęłam.

Było BOSKO. Po pierwsze – pierwszy lot (czuję, że nie ostatni), WOW, coś niesamowitego. Po drugie – przejażdżka, która zdecydowanie dodała temu wyjazdowi adrenaliny. Po trzecie – samotna podróż, uwielbiam. I po czwarte całkowity reset mózgu, upragniona odskocznia, i to zupełnie inna, niż zazwyczaj.

Na deser macie zdjęcia i kilka dialogów:

– Jaki mamy plan? Bo ja to bym chętnie znalazła jakąś łazienkę.
– Całe lotnisko masz, idź tam w trawę. Nauczyć cię, co masz tam robić?
(Następuje pięć minut męskich żartów o trawie, potrzebach fizjologicznych i pokazywaniu, których wysłuchuję cierpliwie, kończąc bezpośrednią informacją, że mój problem dotyczy nadmiarów mleka. Z przyjemnością odnotowałam, że nikogo to nie speszyło, a nawet udostępniono mi samochód w ramach ustronnego miejsca.)

– Pani przyjechała aż z Warszawy, żeby ją przelecieć.
– To w Warszawie nie przelatują?
– Cóż, wie pan, przyjechałam do najlepszych.

– Wie pani, że jak nie przestanie tak wiać, to będziemy musieli panią wszyscy trzej przelecieć?
– Jak mus to mus. Ale zmieścimy się w czasie trwania usługi?

– Tak słucham tych twoich anegdot i wiem, że jutro usiądziesz z jakimiś ludźmi i powiesz: „Słuchajcie, jaką wczoraj miałem klientkę!”
– No i? Sprawiedliwie. Ty wyjeżdżasz z historią na bloga, my zostajemy z historią o klientce.

Sprawiedliwie, to prawda :)


*) mniejsza o metrykę!

1010258_663361470343951_1972543072_n

1010917_663363770343721_324658044_n

1012111_663362183677213_1981468115_n

954839_663361970343901_1020708706_n

969954_663363470343751_1275951810_n

988627_663363190343779_2014523599_n

1017491_663362380343860_1055430501_n

Marta, Ula, Darek, Vieta – DZIĘKI, jesteście najlepsi! <3

Jeszcze raz link do strony Andrzeja. Polecam z zastrzeżeniem, że to kompletni wariaci!

Licho w Krakowie

Tym razem pojechałyśmy we dwie. Fantastycznie było spotkać się z tym samym, co zawsze, ciepłym przyjęciem i opieką. Tym samym mimo innej sytuacji, bo jednak niemowlę to rewolucja.

Kraków pachniał kwitnącymi drzewami i deszczem, i jeszcze tym jednym, znajomym zapachem. Ptaki śpiewały całą noc. Pokazałam córce pociągi, rzeki nie zdążyłam pokazać. Poimprezowałam. I wróciłam.

Home sweet home. Oraz Kain wrócił – jeszcze chyba nigdy nie rozstawaliśmy się na CAŁE cztery dni.

Słoma

Cain wyjechał służbowo i nie podpisał PIT-a.Ślę mu mms-y, które nie dochodzą i radzę sobie. Od dziś może być trudniej, bo dermatolog młodej również odradził mi mleko. A bez kawy z mlekiem nie ma dla mnie życia.

Prowadzę, a raczej prowadzimy z córką, intensywne życie, szczególnie rankami i wieczorami. Nadrabiamy leniwym siedzeniem w domu w środku dnia. Jutro jedziemy do miasta na K i będziemy imprezować. Trzymajcie kciuki za powodzenie misji.