Archiwa kategorii: zdrowie

Doroczny (mniej więcej) post o wiośnie

Wreszcie. Więcej światła! (Podobno Goethe tak zawołał tuż przed śmiercią, #famouslastwords.) Szalone chmury na zmianę ze słońcem, pachnie ziemią, są pączki, kwiatki i cała reszta, elegancko, jak w marcu być powinno. To mi naprawdę bardzo pomaga, bo zimowe obniżenie nastroju zawsze mocno daje mi w kość.

Nie piszę: „zimowa depresja”, bo zbyt poważnie traktuję tę chorobę i myślę, że moje sezonowe doły nie mają nic wspólnego z prawdziwą depresją, nie mylmy pojęć. Zbyt wiele znam chorych osób, żeby sobie nią bezmyślnie wycierać klawiaturę. Ściskam je wszystkie z tego miejsca, zima za Wami, kochani, dobra robota.

Wraz z wiosną podniesiono mi dawkę leku na tarczycę i jak to nie pomoże, to chyba zwinę się w jakimś miękkim kąciku już na zawsze, bo wszystko inne wymaga przeogromnych ilości wysiłku. Zasypiam w locie, zapominam o wszystkim, mylą mi się różne rzeczy, a prócz mózgu straciłam też paznokcie. Włosy jeszcze się trzymają – dobre geny ukraińskich księżniczek – i mam nadzieję, ze tak zostanie, bo polubiłam je znów długie, gęste i ciemne. Ale jednocześnie wciąż targa mną na zmianę wkurw, miłość i paręnaście innych dość ekstremalnych emocji, czyli jeszcze Luca nie zginęła. Parę kciuków nie zaszkodzi.

Na parapecie obok mnie kiełkują jak szalone różne rośliny, moja córka ma niesamowitą rękę do kwiatków. Koty dostają szału przy każdym uchyleniu okna. Chodzę w tenisówkach i marzną mi kostki, ale co tam, Niech się jeszcze zrobi ciut cieplej, niech prochy zadziałają i niech się uda w maju trochę wyjechać z rodziną – i będzie całkiem pięknie :)

Danek, czyli oczyszczacz powietrza nowym członkiem polskiej rodziny

O matko, znowu Was zaniedbałam! Ale nie ogarniam swojego życia, strasznie wielka ta kuweta i jakoś wiecznie zasyfiona.

A co nowego, spytacie?

Myślałam niedawno, że wyprowadzę nas do Trójmiasta w trybie pilnym. Gdyż smog, Dzidek coraz bardziej grawituje w kierunku astmy, oboje bez przerwy mają zapalenie oskrzeli, Cain też choruje i nawet mnie zaczyna coś jakby częściej boleć głowa, a jestem przecież Matka Polka z Żelaza. No więc patrząc na tę moją chorą rodzinę i wyobrażając sobie wszelkie konsekwencje na przyszłość, a także małe twarzyczki przez połowę roku codziennie w maskach, doszłam do wniosku, że to jest już, kurwa, jakieś postapo. No sorry, ale mnie ta wizja nie bawi, a maluch w obowiązkowej masce antysmogowej wydaje mi się jednak bardziej biedny, niż cool.

Jednakowoż małżonek stawił opór. Ja mu się jakoś bardzo nie dziwię, bo to właśnie on musiałby porzucić bardzo fajną pracę i szukać nowej trzysta kilometrów stąd. Wyliczyłam przełamywanie oporu wraz z realizacją na jakieś kilka miesięcy i wybrałam kompromis. Jak ja, kurwa, nienawidzę kompromisów, to wiem tylko ja i ten biedny mężczyzna, za którego wyszłam. Ale że sama nie mogę zmienić mu pracy (ani wytrzymać sama z dziećmi w innym mieście), to kupiłam sama oczyszczacz powietrza.

Nie no, nie, że samodzielnie zrobiłam research i jeszcze sfinansowałam. Na szczęście mam bliskich ludzi do pomocy (dziękuję po raz setny!).

Teraz Danek mieszka w salonie, który jest też naszą sypialnią i gabinetem, i bawialnią, więc nic z życia domowego chłopak nie traci. W papierach ma Daikin MC70L, ale uznałam, że to zbyt oficjalne, w końcu spędzamy razem całe dnie i noce. Raz na dobę robimy mu turnee po chacie: pokój dzieci i przedpokój. Bo Danek ogarnia wprawdzie prawie 50 metrów kwadratowych, ale przecież nie przez ściany. W ogóle ma wymagania: od ściany pół metra z lewej i tyleż z prawej, z tyłu 10 cm, z góry ileśtam, nie pamiętam, z przodu chce mieć luz, żeby bez przeszkód wciągać powietrze. Powierzchnia koniecznie równiutka. Z dala od anten, bo będzie zakłócał. Koca przy nim nie strzepywać, niczym drobnym koło paszczy mu nie sypać, do kuchni nie brać. Pilota nie zgubić. Trzy różne filtry czyścić i wymieniać (ale rzadko, co parę miesięcy, a te wymienne wniósł w posagu).

Co zyskaliśmy? Przede wszystkim spokój. Na maksa oszczędzamy na nerwach. Krótkie wyjście z dziećmi na dwór w gorszy dzień nie stresuje nas tak bardzo, gdy wiemy, że w domu czysto. Wietrzymy bez specjalnej krępacji, dopóki nie gryzie w gardło (a zdarza się, niestety; parę dni temu po otwarciu okna czułam prawie popiół na języku, paskudne). Danek ma tryb „turbo” i czujki pyłów oraz brzydkich zapachów. Te ostatnie bywają krępujące. Ma też zabezpieczenie przed dziećmi, tryb automatyczny oraz nocny, czujniki do filtrów i schowek na swój posag. Jest wielkości grzejnika i w zasadzie nie zawadza, nawet w tym naszym bajzlu. Nie ma natomiast takiego czujnika, który by pokazywał stopień i rodzaj zanieczyszczeń, więc świeci tak samo na smog, alergeny i wirusy (gdyż, owszem, podobno czyści też z wirusów i bakterii). Aha, gdy aplikacje pokazujące zanieczyszczenie powietrza mają alarmujące słupki, to i Danek dostaje wścieku po otwarciu okien. Świeci kontrolkami i wiuwa wtedy jak dziki, póki się nie upora z tym, co wleciało. To mnie nastraja dość optymistycznie.

Czy zmieniło się coś w kwestii naszego zdrowia – trudno powiedzieć. Mamy go od dwóch tygodni, w tym czasie dzieci wyzdrowiały z zapalenia oskrzeli i nie zapadły na kolejne, to znaczy były oczywiście chore, ale tak normalnie, ze zwykłym kaszlem, katarem i całą resztą. Dzidek od tych samych dwóch tygodni przyjmuje na stałe steryd wziewny, więc nie sposób ocenić, co mu pomogło. Licho się nie odurza, więc może to zasługa Danka, że tym razem jej przeszło ulgowo. Cain miał coś podobnego do grypy. Tak że nie mamy cudownego ozdrowienia w ciągu dwóch dni, prawdaż, choć czytuje się takie historie, zwłaszcza na stronie dystrybutora. Mimo to ja czuję się bezpieczniej i uważam, że to był dobry zakup. Będę raportować, choć zaraz wiosna i znowu za dużo zmiennych ;)

Wczoraj rano Cain spojrzał w apkę i zakrzyknął:
– 208 procent! Otwierać okna, wietrzymy, jest CZYSTE POWIETRZE!

Tak że tak. Warszawa, luty 2017…

Bezradność

Jest kiepsko.

Właściwie jest kiepsko cały rok, począwszy od przedłużającego się połogu, przez infekcję, o której pisałam, a z którą wciąż walczę, przez cholerną, niepotrzebną dietę #bezwszystkiego, przez chorobę tarczycy, którą wciąż leczę i która funduje mi okresowe dołki – brak sił, ciągłą senność, walące serce, koszmarny brak cierpliwości – aż po złamaną nogę i unieruchomienie na kanapie.

Zupełnie nie tak sobie to wyobrażałam – sądziłam, że po kilku dniach zacznę kicać o kulach i zasadniczo ze wszystkim sobie poradzę. Tymczasem nie chodzi nawet o to, że wszędzie walają się kolorowe pułapki, Licho wchodzi pod nogi, a Kniaź chwyta mnie za kule, bo też chce się bawić – ale bardziej nawet o to, że każde pięć minut z nogą inaczej, niż w górze, generuje ból tej nogi, a stłuczony nadgarstek nie wytrzymuje ciężaru. Nie spodziewałam się, że nie będę mogła bezpiecznie zostać sama z dziećmi na dłużej niż godzinę. Okazuje się jednak, że nie mogę – literalnie nie jestem w stanie zająć się własnym dzieckiem (młodszym, bo z Lichem to jeszcze jakoś działa, chociaż o przyrządzeniu posiłku czy kawy w ekspresie mogę raczej zapomnieć).

Codziennie więc ktoś przychodzi, żeby się nami zaopiekować przez czas, gdy Cain jest w pracy. Zaangażowałam już prawie całą rodzinę i zaczęłam bezwstydnie żebrać wśród znajomych. Gdy Cain wraca, rzucają się na niego dzieciaki, zbite z tropu nagłą zmianą trybu życia, zdenerwowane, że mama nie nosi, nie krząta się i nie zabiera na spacery, speszone ciągłymi wizytami różnych ludzi. Rzucam się ja, spragniona posiłku, leków, chwili odpoczynku, sprzątania, wyniesienia śmieci i przygotowania potworów do snu. Widzę, że facet ma dość, maluchy mają dość i ja też mam dość. Wszystko wymyka mi się z rąk. Cudowni ludzie, którzy do mnie przychodzą, ogarniają wszystkie bieżączki, ale i tak się zbiera. Co ciekawe, okazuje się, że nie mam na nic czasu, choć głównie siedzę. Tę notkę na przykład zaczęłam pisać piętnastego listopada.

No więc jest kiepsko i czuję, jak ogarnia mnie depresja, tym razem chyba nie jesienna, a życiowa. Jeszcze śmieję się do Kniazia, całymi dniami robiąc „a kuku!”. Jeszcze wymyślam na dobranoc bajki z happy endem. Jeszcze śpiewam, robiąc sobie codzienne zastrzyki przeciw zakrzepicy („Mamo, jak masz taką minę przy zastrzyku, to ja się boję”). Ale coraz częściej jest to śmiech i śpiew przez łzy.

Pewnie zacznę chodzić jakoś tak w Święta. Mam nadzieję, że do tego czasu coś ze mnie zostanie.

Upadła

No więc szłam, szłam i się wyjebałam. Do lekarza szłam, bo Kniaź był łaskaw zapaść na oskrzela. Z nosidełkiem szłam, bo Kniaź nie jest łaskaw utrzymać skarpet na odnóżach, jeśli tylko może ich dosięgnąć. W wózku może. Szybko szłam, bo było późno, to znaczy właściwie wcześnie, przed dziewiątą rano, tylko że ja jeszcze pół godziny wcześniej byłam przekonana, że mamy tę wizytę jakoś koło trzynastej. I patrzyłam w telefon, idiotka, debilka, nieodpowiedzialna głupia krowa. Chciałam znaleźć dla lekarza archiwalne zdjęcie młodego, żeby mu pokazać, dlaczego niepokoi mnie wysypka po leku. Nasz pediatra nie widział Kniazia w roli raptora, bo wtedy biegaliśmy tylko od dermatologa do alergologa i z powrotem. Nieważne, durny babsztyl bez cienia rozumu, nie patrzyłam pod nogi. No i tam, gdzie zawsze był równy chodnik, to jednak zawsze były schodki i obok nich łagodny zjazd dla wózków.

12227384_1193857200627706_1835792184_o

Poleciałam do przodu, wykręconą kostką łupnęłam o ziemię, wykręconym nadgarstkiem takoż, podparłam się drugą ręką, łupnęłam oboma kolanami. Głowa Kniazia dotknęła chodnika, zaczął płakać, adrenalina milion (nic mu nie jest, oddychajcie chociaż Wy). Posiedziałam chwilę w szoku, tuląc młodego. Wstałam, dokuśtykałam do przychodni, tam lekarz wysłuchał mojej chaotycznej opowieści, spokojnie osłuchał Kniaziowi szacowne oskrzela (zapalenie, ale już lepiej) i na moją prośbę zbadał go. Wszystko w porządku, nawet guza nie ma, pewnie się tylko porządnie wystraszył. Jezu, nie chcę nawet myśleć, że mogło być gorzej. Nie.

Do domu wróciłam powoli i z przerwami. Kostka bolała, nadgarstek też, dodatkowe 10 kg na klacie nie pomagało. Dopełzłam, odłożyłam delikatnie śpiącego młodego i nie miałam siły nawet go rozebrać. Na podłodze w kuchni zgromadziłam sobie: bandaż elastyczny, opaskę na nadgarstek, paracetamol, okład żelowy i półkilową paczkę mrożonego mielonego mięsa. Po czym wreszcie się rozryczałam.

Wieczorem pojechałam do lekarza. W międzyczasie okazało się, że kostka i ręka paskudnie puchną, na kolanie mam najpiękniejszego siniaka w życiu, na drugim dziurę w ulubionych spodniach i obtartą drugą dłoń. Że telefon jest obity, zauważyłam dopiero dwa dni później.
Lekarz obejrzał rentgen i stwierdził złamanie. Wziął mnie zupełnie z zaskoczenia, bo byłam przekonana, że kostka jest tylko skręcona, obita czy co tam, a pojechałam dla porządku, bo należy. Taka jestem obowiązkowa (i mam opłacony przez firmę pakiet, nie ukrywajmy; na pogotowie pewnie bym się nie zgłosiła. I dopiero bym miała.) A tu wtem! Gips. Na sześć tygodni, mówią. Gips na nodze, ja pierdolę, przy dwójce małych dzieci. No nie do ogarnięcia, nie ma szans. Nadgarstek tylko stłuczony, kolano niewarte wzmianki.

Leżę więc. Trochę kuśtykam, sąsiadka pożyczyła mi kule. Dzieci najwyraźniej sądzą, że skoro leżę, to mogę całą dobę dawać cycka. Koty – że głaskać, no bo po co człowiek leży, kaman. Ludzie dobrej woli przyjeżdżają pomagać (przyjeżdżajcie, bo sama nie jestem w stanie zrobić kroku – dosłownie, bowiem syneczek łapie mnie za kule i mocno trzyma). Czytam na głos książeczki, rysuję rybkę Nemo, trzymam Kniaziowi inhalator i nieustannie proszę, proszę, proszę – o wodę, jedzenie, leki, chusteczki, telefon, kule, to, tamto, owo.

Minęły dopiero dwa dni, a ja już mam dość.

Ludzie, badajcie się.

A zwłaszcza: kobiety, róbcie przegląd podwozia. Sorry, że jak wreszcie wracam po takiej przerwie, to od razu o takich sprawach, ale no. Tak wyszło.

Tak wyszło, że po pojawieniu się na świecie Kniazia czas mijał, a ja wciąż byłam jakaś taka obolała. Znaczy najpierw było super, po paru dniach już śmigałam, a nawet mogłam normalnie siedzieć. Jednak potem minęło sześć tygodni, a ja czułam coś jakby, że to nie to i że jeszcze. Na zwyczajowej kontroli lekarz dał maść, kazał smarować przez tydzień i przyjść na kolejną zwyczajową kontrolę za pół roku.

Po czym czas mijał, a ja nie bardzo jakby. Niewygodnie. Niemiło. Ba, boleśnie. Czasem bardzo. A tu mąż, miłość, te sprawy. Ale boli. Może blizna, no zdarza się, a z lekarzami-mężczyznami doświadczenia mam takie, że mówią: „No proszę pani, to już nie jest ta elastyczna tkanka, proszę kupić sobie parę wibratorów i ćwiczyć”. No spoko, tylko BOLI.

No i tak wyszło, że miłość miłością, ale ręce precz, bardzo proszę. Gdyż boli na samą myśl. Namiętność zero. Nie dotykać, nie przytulać, nie żartować z podtekstem, WON. Fajnie, nie? Myślałam: może seksuolog? Może sobie wymyślam, męża nie kocham, mam traumę, chuj wie co, problemy emocjonalne zamiatam pod dywan, wszak nie ma ludzi normalnych, są tylko niezdiagnozowani. Myślałam: może fizjoterapeutka od tych spraw (wiedzieliście, że jest taki zawód? Jeśli lekarz ginekolog mówi, że nic się nie da zrobić, łże.) Aż wreszcie pomyślałam: najpierw jeszcze lekarz, ale kobieta. Kobieta się wczuje może bardziej, dokładnie zbada, nie oleje mnie. 

Tak wyszło, że mam blisko do przychodni dla kobiet, poszłam, wyjaśniłam, w czym rzecz. I okazało się, że nie wymyślam. Okazało się, że, mając po poprzednim porodzie wspomniane doświadczenia z panem doktorem, sama zlekceważyłam zaawansowaną infekcję. Taką, że lekarka nieco zbladła. Taką, że naprawdę szacun za wszelkie próby alkowiane. Ulżyło mi: nie wymyślam. Naprawdę coś jest nie tak. Mam prawo czuć się źle.

Potem jeszcze tak wyszło, że cztery tygodnie nieskutecznego leczenia, w końcu antybiogram i lepiej dobrane leki, dziesięć dni w upale, nad rzeką, z zakazem pływania; pod prysznic (woda ze studni) osobny kubeczek z czystą wodą do mycia; siedem preparatów do zażywania i aplikowania w ściśle określonej kolejności (oczywiście, że pomyliłam); ból żołądka oraz antybiotykoterapia przy szalejącym w domu wirusie. Dałam radę. I czuję się lepiej, i to cała, ogólnie. Nie taka chora, silniejsza, mniej obolała. Kontrola za parę dni. Chociaż nie powiem, żebym kurcgalopkiem miała lecieć teraz uprawiać finezyjny seks. Kilka miesięcy bólu swoje zrobiło, niestety.

Morał jest taki, oczywiście, że trzeba się badać nie tylko rutynowo, ale zawsze, gdy coś nie styka. I że trzeba dobrze dobierać lekarzy, bo bywa różnie. Wszyscy to wiemy, prawda? Ja też to wiem od lat. Tylko tak jakoś wyszło.

Upał

Ogromnie Wam dziękuję za wyrazy wsparcia – te publiczne na fb i te prywatne. To naprawdę pomaga.

Cóż, każdemu się czasem ulewa, ulało się i mnie. Odpoczęłam, poczułam się lepiej i mogę jechać dalej. Tylko zmęczona jestem, może ze stresu, a może przez upały, które kocham ogromnie, pod warunkiem, że nie jestem w ciąży. Dziś zrobiliśmy krótką wycieczkę krajoznawczą samochodem, raptem półtorej godziny w obie strony, tyle, że było gorąco. W aucie też. Po powrocie byłam tak zmęczona, jakbym jechała cały dzień autobusem.

W ogóle jakaś męcząca ta ciąża. Najpierw zawroty głowy, potem rwa, teraz czwartkowa akcja z awaryjną wizytą w szpitalu (zbadali, uspokoili, odesłali). Że niby się przemęczam? Helou, mam panią do pomocy w sprzątaniu, mam nianię, samotnie z dzieckiem spędzam dwa dni w tygodniu, odkurzacza do ręki nie biorę, zakupów nie dźwigam. To znaczy dźwigam, ale tak max cztery kilo i zawsze mi się wtedy zdaje, że nie dojdę do domu z tym ciężarem. Czyli bywało lepiej.

Byłam w tym tygodniu dwukrotnie na tych moich zajęciach dla ciężarówek i mam wrażenie, że to się zemściło. Może dlatego, że było zastępstwo i zupełnie inne ćwiczenia, bardziej męczące, choć wszystkie na piłce albo na leżąco. Znów muszę zrobić przerwę, zanim nie poczuję, że i ja, i człowiek w środku doszliśmy do siebie.

Na osłodę mieliśmy Baby Shower, które okazało się kameralną i przemiłą posiadówką. Goście zeszli się z mirrą, kadzidłem i złotem, Lichu też skapnęło co nieco, wszystko było śliczne i każdy miał wąsy. I zostało nam dużo wina, które teraz nie wiadomo, kto wypije.
Oh wait, wiadomo, przecież na szczęście mamy sąsiadów! ;)

 

1459839_903594499653979_7945280454776452317_n
10562925_903594396320656_5900192966764771220_n
10417806_903594436320652_4521575584249384333_n
10411907_903594472987315_3329303674298784213_n
10390087_903594376320658_5824115417098196250_n

Tak bardzo dość

Boję się. Boję się stracić jedno dziecko i skrzywdzić odstawieniem od piersi drugie, pozbawione już prawie całkowicie noszenia na rękach, skakania i tańczenia z mamą, zabawy ze mną. Boję się podejmować decyzje o braniu lub nie braniu kolejnych witamin, suplementów, preparatów i leków. Boję się o tę ciążę właściwie od początku, odkąd pierwszy lekarz, do którego poszłam, rozpoczął wizytę od długiego wykładu na temat wczesnych poronień, a następnie nic nie znalazł na USG.  Boję się kolejnych problemów: zawrotów głowy, kłopotów z kręgosłupem (przy półtorarocznym żywym srebrze, jakim jest moja córka), wczorajszej nagłej, nocnej wizyty w szpitalu położniczym, w którym niby wszystkie badania okej, ale w takim razie nie wiadomo, skąd objawy, niech pani poleży. Niby wszystko w porządku, tylko jakoś nie do końca.

Nie mam już siły walczyć o każdy skrawek mojego odpoczynku. Boję się o niego nie walczyć. Wyczerpują mnie usilne prośby i tłumaczenia, że pozmywaj, ogarnij, kup, zajmij się nią, bo mnie znowu kopie w brzuch. Są chwile, że prędzej padnę z pragnienia, niż powiem: „Zrób mi, proszę, herbaty”. Bo jeszcze jeden jęk niezadowolenia i, przysięgam, eksploduję. Jak przed chwilą. Kurwa, samo się nie zrobi. I tak trudno nie zerwać się i nie zrobić samej.

Boję się brać odpowiedzialność za to wszystko: dom, córkę, ciążę, siebie, plany bliższe i dalekosiężne, nawet lista zakupów staje się problemem, a tymczasem przed nami daleko poważniejsze decyzje. Których jestem motorem i prowodyrem, bo to mnie nie zadowala zastana rzeczywistość. Boję się tej odpowiedzialności i jeszcze bardziej boję się ją oddać. Dobitnie świadoma, że wtedy po prostu nic się nie wydarzy i już zawsze będzie tak, jak teraz, na wieki wieków, ad mortem. Tylko ciaśniej i trudniej.

Są takie chwile, że już naprawdę nie mogę. Przytłacza mnie to WSZYSTKO.

Don’t grow up, it’s a trap.

Ja chodzę!

W środę wieczorem mnie masowano. Ponieważ jednak ciąża jest stanem błogosławionym, a w ogóle to nie choroba, to jasne jest, że lepiej w tym stanie nie nastawiać dysków. Przynajmniej nie manualnie (co wizualizuję jako „wziąć w palce i przesunąć”). Toteż zaserwowano mi masaż przestawionych okolic i całych pleców. Naiwnie sądziłam, że, jak zwykle, wstanę ze stołu jak nowa i wrócę do domu w radosnych podskokach, a dopiero nazajutrz poczuję się, jakby mnie ktoś obił bejsbolem. Otóż ledwo się doczołgałam i nie było to najbardziej radosne doświadczenie w moim życiu.

Z tym, że dostałam zalecenia: rozciągać się i chodzić, chodzić normalnie, chodzić fizjologicznie. Chodzenie fizjologiczne jest łatwiejsze, gdy nie masz wrażenia, że ktoś ci piłuje kość.

Nazajutrz było bez zmian.

Rozpoczęłam dzień od maści na wiadomy ból i Apapu, i próbowałam chodzić. Cain nie tylko został w domu, ale w ogóle wziął wolne, żeby zająć się młodą, bo jasne było, że ja w tym stanie nie dam rady. Ale chodzić, chodzić! No to poszłam na bazar, gdy wszyscy posnęli przed południem. Zrobiłam niewielkie zakupy, zahaczyłam o osiedlowy sklepik, wyszłam z niego, dobrnęłam do najbliższego murku i usiadłam. W deszczu i z przemożnym wrażeniem, że już tam zostanę na zawsze. Próba stanięcia na nodze – wrażenie zębów rekina w… no, właśnie tam. Ale nie, nie piszę do Was z murku, jakoś po pewnym czasie wstałam i dopełzłam z tymi morelami i wiśniami. Na resztę dnia spuśćmy zasłonę milczenia.

A w piątek… w piątek było lepiej! W piątek to już podróżowałam, że ho, ho: na pocztę, na spacer z dzieckiem, do paczkomatu, że nie wspomnę o powolnych, ale sukcesywnych porządkach w domu. Nowe życie, poważnie. W sobotę odważyłam się pojechać metrem do dwóch przychodni i dzięki temu jestem przygotowana do jutrzejszej kontroli człowieka w pudełku. A nawet poszłam na imprezę, gdzie głównie siedziałam, ale za to w dobrym towarzystwie.

Nie powiem, boli. Łupie. Niekiedy ćmi. Wyraźnie jednak czuć, że jeszcze ze dwa dni i będę jak nowa, może nawet dziecko podniosę bez natychmiastowego protestu ze strony pleców.

Aha, i ponoć spokojnie mogę ćwiczyć ten mój aerobik. Toteż znów postanawiam od wtorku wrócić do fitnessu!

Leżę

Z tą rwą kulszową to było tak, że miałam ją wiele razy w życiu i jakoś z tym żyłam. Wczoraj też postanowiłam jakoś żyć, toteż kupiłam maść ziołową (żebym ja kupowała maść na ból dupy, to tego jeszcze nie grali), posmarowałam i poszłam na mały spacer, potem odebrać Licho, potem na lody niedaleko, a na koniec do sklepu w sąsiednim bloku. Do tego sklepu już z mocno zaciśniętymi zębami. Po powrocie, zaciskając nadal, zaanonsowałam się SMS-owo u czarodziejki od kręgosłupa, że jest słabo i czy mnie wymasuje. Ale jeszcze się ruszałam, po czym o czwartej nad ranem moje dziecko spadło z materaca i zapłakało, a ja zerwałam się jak lwica i je podniosłam. I stało się jasne, że już nie zasnę.

Wywlekłam męża z łóżka, doczołgałam się na dywan w salonie i zmusiłam go do wykonania pod moją komendą japońskiego masażu nastawiającego krążki. Kiedy niedokładnie mnie słuchał, groziłam, że mnie trwale uszkodzi. Tak, potrafię być naprawdę nieznośna, szczególnie o czwartej nad ranem. Żaden krążek nie wrócił na miejsce, ale pomogło na tyle, że zdołałam zasnąć. Przy czym uprzednio zażądałam od nieprzytomnego Kaina ostrożnego zaniesienia do łóżka.

No, a rano okazało się, że nie mogę chodzić. W sensie nie mogę stanąć na prawej nodze, bo wyję. Dowlokłam się do kanapy i zaległam. Mój kochany mąż został w domu, żeby w przerwach między jednym a drugim kawałkiem kodu podawać mi symboliczną szklankę wody. Co się doskonale złożyło, gdyż zaraz potem okazał się chory i też ledwo żyje. Leżę, smaruję się maścią (nie pomaga na ból dupy, ale podobno działa przeciwzapalnie, a o to mi głównie chodzi), łykam apap i cierpię. W dzień cierpiałam z nudów i niemożności wstania choćby po chusteczkę, a po południu z bezsilności, bo moje dziecko wróciło od niani i usilnie próbowało zrobić sobie krzywdę na tysiąc wymyślnych sposobów, a ja w zasadzie mogłam tylko wrzeszczeć: „Kaaaiiiin!!!” i liczyć, że nie wywołam w ten sposób pożaru na patelni (naleśniki lubią jednak, jak się nad nimi stoi).

Boże, jakie to jest frustrujące, tak leżeć.

Wolny termin na masaż był dopiero na jutro wieczór. Niby wszystko ogarnięte: mąż zostanie w domu, dziecko przeciwnie – u niani, na nastawianie krążka zostanę zawieziona samochodem, a boska sąsiadka sama z siebie zrobiła nam na jutro obiad z dwóch dań. Frustracja jednak nie mija. A nawet, powiedziałabym, wzrasta z każdą minutą siedzenia na sofie i patrzenia na pierdolnik wokół.

Duch ochoczy, ale ciało mdłe

Tak bym chciała!

Gotować. Sprzątać. Segregować i układać w pudełkach. Uprawiać namiętną miłość. Imprezować. Chodzić na spacery. A najbardziej – ćwiczyć.

Tymczasem od dwóch miesięcy coś. Najpierw było mi permanentnie słabo. Potem nadal. Potem wyjechaliśmy na wakacje i nas nie było. Potem z marszu dostaliśmy grypy żołądkowej. Ale przeszła i już było dobrze, już chciałam wrócić na aerobik (dla ciężarnych). Gdy wtem! przedwczoraj leżałam sobie z dzieckiem na podłodze, potem wstałam i jak mnie nie łupnęło w du… w pośladku!

Rwa kulszowa. Upierdliwa jak nigdy. Chodzę krzywiąc się w plecach, w nogach i na twarzy. Minął półmetek, zaczyna się masakra z kręgosłupem, znam to skądś, cholera jasna. Nie wiem, co mi wolno, a czego nie. Czarownica od kręgosłupa radzi zwieszać się na drążku. Jak się tak dobrze zwieszę, to dysk w końcu wskoczy na miejsce i będzie git. No fajnie, cieszę się bardzo. Jednak moja radość byłaby większa, gdybym umiała zwieszać się na drążku! Ale nie umiem. Czuję, że wyrywa mi to ręce ze stawów. Sorry.

A przed chwilą próbowałam wyjść z wanny tak, żeby nie nadwyrężyć rwy i nadwyrężyłam ramię.

Normalnie to się idzie na masaż, względnie do kręgarza, a poza tym dostaje się od doktora skierowanie na rentgen i zalecenie łykania ibupromu. Normalnie, czyli nie wtedy, gdy wewnątrz zamieszkuje mocno nieletni pasażer. Teraz to sobie mogę najwyżej porobić ćwiczenia rozciągające i łyknąć witaminkę be.

Podobno są kobiety, które w dziewiątym miesiącu zakupy na miesiąc pieszo, troje dzieci na rękach i w zębach, gonienie autobusu i z tym wszystkim znokautowałyby Pudziana bez zadyszki. Nie wiem, może nie ważą przed ciążą 47 kilo, może nie mają dyskopatii, może dużo ćwiczą, może kondycja z natury dobra. Ja zawsze byłam taka więcej mimoza. No dobrze, w dzieciństwie nie byłam, ale i tak wuef to był koszmar. A potem to już poszło: krzywe plecy i wszystko (tak, wiem, każdy ma krzywe, ale mnie boli), jakaś niedoleczona grypa owocująca nerwicą serca, w efekcie dziś nawet w moje ukochane góry pójdę na cztery, maks sześć godzin i to bez plecaka, bo z plecakiem mogiła. Znaczy nie, dziś to wcale, miałam na myśli przed ciążą. Dlatego właśnie po urodzeniu Licha ruszyłam się wreszcie na aerobik, a potem na jogę. Co prawda wciąż mi któryś dysk wypadał, ale kondycji faktycznie przybyło. I dlatego też bardzo, bardzo chciałam teraz całą ciążę ćwiczyć, a potem jak najszybciej wskoczyć znów na te zajęcia dla ledwo upieczonych matek. I co? Ano nie wiem właśnie. Aerobik z rwą to chyba średnio, nie?