Archiwa kategorii: zdrowie

New year, new life

Idę jutro (właściwie dziś) do pracy pierwszy raz od ponad roku. Stresuję się tym nieco i choć wszystko mamy poukładane, to byłoby jednak odrobinę lepiej, gdybym nie zapadła właśnie na zapalenie ucha, a dziecko nie złapało ospy. Perfect timing, no naprawdę. Okoliczności są tak poetyczne, że udało im się zaćmić echa Sylwestra w Krakowie. Jeszcze wczoraj w nocy pisałam romantycznego maila, a dziś już, spięta jak choinka tuż po zakupie, z obłędem w oku kończyłam robotę i pakowałam Licho do Siostry, a siebie do biura, w międzyczasie zażywając pierwszy Apap od nie wiem nawet, jak dawna. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: w ciągu paru minut ból ucha i głowy zastąpiło lekkie ćmienie, ja zaś poczułam się nieco otumaniona. Bez kitu, zróbcie sobie dwuletni detoks od prochów, potem działają jak złoto.

W ogóle to kalejdoskop, bo najpierw Święta z rodzinną Wigilią u nas w domu (taką miałam wizję i było świetnie), potem Kraków, zaraz po powrocie zaś lazaret: koszmarna migrena Kaina, dzień później jeszcze lepsza gorączka Licha, potem hipoteza z ospą i zaraz potem moje ucho. Wszystko w jeden, uroczy, długi weekend, więc jutro po pracy muszę ogarnąć jakichś lekarzy.

Skłamałam, że się nieco stresuję. Tak naprawdę cykam się jak tchórzofretka.

Tookah

Zachwyciłam się, zupełnie nagle, albumem Emiliany Torrini, którą dotąd znałam tylko z hitu „Jungle Drum”.

Płyta „Tookah” jest w zupełnie innym stylu, poetyczna, tajemnicza, szepcząca. Słucham jej dużo i inspiruję się.

I sporo myślę o górach.

Na dwa kolejne weekendy zostaję sama, bo Cain rozbija się po konferencjach. Pewnie, że zjada mnie zazdrość, też bym się tu i ówdzie porozbijała. I obawa, jak ja sobie, biedactwo, poradzę sama.

Poza tym? Poza tym czuję się dobrze. Nie liczę kalorii, nie patrzę na wagę, lepiej śpię, bo córka śpi lepiej. Mam doskonały humor i czuję się świetnie. Znalazłam sposób, żeby więcej jeść, ćwiczę, gdy chcę, rozważam jogę, mam dużo nowych pomysłów. Zawsze jesienią mam dużo nowych pomysłów, a jesień jest w tym roku piękna.

Te pomysły zasną na zimę, bo już niedługo zrobi się szaro i melatoninka jak mi przyłoży, to się nogami nakryję. Ale to nic nie szkodzi, wróci wiosna, baronowo, a z nią i moje Plany.

Polubić swoje ciało

Postanowiłam przestać narzekać na swoją figurę. Uprzedzając komentarze – tak, wiem, że większość kobiet śni o krwawej zemście na mnie za sam fakt, że jestem chudą zdzirą. Mam nadzieję, że budzą się potem pokrzepione. Osobiście wolałam swoje ciało sprzed ciąży (kto by się spodziewał), dziesięć procent cięższe, bardziej krągłe, gładsze. Czułam się lepiej i uważam, że lepiej wyglądałam. Po urodzeniu córki kolejne tracone kilogramy sprawiały, że bałam się o swoje zdrowie. A widok w lustrze nie pocieszał, zatroskane komentarze przyjaciół też niezbyt.

Prawda jest jednak taka, że czuję się dobrze. Jestem w dobrej kondycji, pierwszy raz od dzieciństwa regularnie ćwiczę, a efektem tego jest gibkość, jakiej nie znałam dwa lata temu. Nie jestem zbyt silna, nie przestałam mieć problemów z kręgosłupem, ale łatwiej wstaję rano z materaca, a moje ciało jest zwarte, giętkie i, ku mojemu zaskoczeniu, umięśnione. Nie tak, że to widać, więc sama nie zauważyłam – ale tak, że czuć, więc poczuł i pokazał mi mój mąż. On też codziennie udowadnia mi, że podobam mu się taka, jaka teraz jestem, a przez to pomaga mi poczuć się piękną na nowo.

Waga pokazała ostatnio 50 kg i przez parę dni martwiłam się, że lada moment zobaczę czwórkę z przodu. A potem pomyślałam, że, kurczę, jestem zdrowa, sprawna, atrakcyjna i naprawdę nie ma potrzeby robić dramatu wokół paru wystających żeber. Niech sobie wystają, do towarzystwa moim nowym mięśniom brzucha, nowej talii, a przede wszystkim – do towarzystwa mojej córce. Bo moje nowe ciało to część bycia mamą, naturalna tego konsekwencja. I nie jest to, jak sądzę, cena wygórowana.

Tak więc od dziś przestaję narzekać na figurę, uczę się zaś na nowo kochać widok w lustrze. Czego i Wam życzę :-)

Nieładnie

Chudnę. Nie jem. Nie bardzo mam czas szykować sobie posiłki. To znaczy jem śniadanie i obiadokolację, a pośrodku jakieś tam kawałki marchewki albo jabłka, które szykuję Lichu. Dawniej to by mi spokojnie wystarczyło, ale teraz nie wystarcza.

Raz na jakiś czas zauważam nowy szczegół w swoim wyglądzie: sterczące kości ramion, wystające biodra, coraz cieńsze ręce. Do kompletu brzuch, który nie doszedł do siebie, mięśniom przydałoby się sporo pracy, skórze także. 5 kg temu wyglądało to całkiem OK, ale gdy schudłam, już nie wygląda. I robi się tak, że nie lubię już przyglądać się sobie w lustrze. Bez lustra też nie bardzo.

Jeśli kusi Was, by skomentować, napiszcie po prostu, jak Waszym zdaniem mogę zadbać o dietę. Ograniczenia są takie: naprawdę całkiem nie mam czasu & nie mogę jeść w ciągu dnia nic, czego nie dałabym niemowlęciu (jogurty smakowe/z cukrem/z niewiadomoczym, przekąski, batony, bakalie, ciastka).

Ha ha hashi

Poszłam dziś do lekarza z kompletem szczegółowych badań, spodziewając się, że zdiagnozuje mi ciążowe zapalenie tarczycy, które może samo niedługo przejdzie. Wyszłam z diagnozą: zapalenie przewlekłe, Hashimoto.

Strasznie mnie to walnęło. Wyszedłszy, zadzwoniłam od razu do Caina, co było zaiste świetnym pomysłem, zważywszy, że ma wymagającą intelektualnie pracę. Potem zadzwoniłam do mamy i kwadrans później mama robiła mi herbatę, uspokajając, że „Hashimoto to taka wygodna szufladka dla lekarzy”.

Nie jest to, oczywiście, życiowa tragedia, od tego się nie umiera, czasem trzeba brać leki, a w ogóle choroba z czasem mija. Znam co  najmniej kilka osób chorych na chorobę Hashimoto i mają się one zazwyczaj całkiem nieźle. Ale jakoś nie mogę się nie denerwować, mimo że w moim przypadku choroba nie daje obecnie żadnych objawów i w żaden sposób mi nie szkodzi; jedynym jej objawem są wyniki badań. Nadczynności też, jak się okazuje, wcale nie mam. Powinnam się zgłosić za pół roku na badania kontrolne i tyle.

Co zabawne, nadal nie wiem, czemu czuję się jak kupa. Skąd te zmiany nastroju, zmęczenie, chudnięcie mimo wilczego apetytu, skąd problemy z koncentracją i pamięcią? I, last but not least, ten wkurw permanentny (choć ostatnio mi trochę lepiej, zapewne dlatego, że nie mam siły)?

Mama mówi, że to zwykłe przemęczenie. Jeśli tak, to trochę słabo. Na to nie ma tabletek.