Archiwa kategorii: znajomi

Zen

W Urlach, na wakacjach, poznaliśmy faceta, który zamelinował się tam z trójką dzieci na całe lato. W sumie biegało ich tam więc, razem z naszymi, siedmioro, bo jeszcze sąsiedzi z drugiej strony. Chyba, że ktoś wpadł w gości, to więcej. No i wracamy któregoś dnia ze spaceru, na trawniku całe to tałatajstwo lata, wrzeszczy, jeździ na rowerze, wspina się na drzewa, nosi małe dzieci na rękach, grzebie w ziemi i tak dalej. A pośrodku tego wszystkiego, w klasycznej pozycji lotosu, jak na obrazkach, siedzi facet i medytuje.

W medytacji chodzi podobno o bycie Tu i Teraz. No więc ja wyznam, że czuję moje Tu i Teraz każdą, mać, komórką ciała, zwłaszcza, gdy dwoje dzieci się po tym ciele wspina. Ale obrazek był bardzo ładny (pozdrawiam Maćka). Przy czym, zaznaczam, NIKT PO MEDYTUJĄCYM NIE ŁAZIŁ.

Upał

Ogromnie Wam dziękuję za wyrazy wsparcia – te publiczne na fb i te prywatne. To naprawdę pomaga.

Cóż, każdemu się czasem ulewa, ulało się i mnie. Odpoczęłam, poczułam się lepiej i mogę jechać dalej. Tylko zmęczona jestem, może ze stresu, a może przez upały, które kocham ogromnie, pod warunkiem, że nie jestem w ciąży. Dziś zrobiliśmy krótką wycieczkę krajoznawczą samochodem, raptem półtorej godziny w obie strony, tyle, że było gorąco. W aucie też. Po powrocie byłam tak zmęczona, jakbym jechała cały dzień autobusem.

W ogóle jakaś męcząca ta ciąża. Najpierw zawroty głowy, potem rwa, teraz czwartkowa akcja z awaryjną wizytą w szpitalu (zbadali, uspokoili, odesłali). Że niby się przemęczam? Helou, mam panią do pomocy w sprzątaniu, mam nianię, samotnie z dzieckiem spędzam dwa dni w tygodniu, odkurzacza do ręki nie biorę, zakupów nie dźwigam. To znaczy dźwigam, ale tak max cztery kilo i zawsze mi się wtedy zdaje, że nie dojdę do domu z tym ciężarem. Czyli bywało lepiej.

Byłam w tym tygodniu dwukrotnie na tych moich zajęciach dla ciężarówek i mam wrażenie, że to się zemściło. Może dlatego, że było zastępstwo i zupełnie inne ćwiczenia, bardziej męczące, choć wszystkie na piłce albo na leżąco. Znów muszę zrobić przerwę, zanim nie poczuję, że i ja, i człowiek w środku doszliśmy do siebie.

Na osłodę mieliśmy Baby Shower, które okazało się kameralną i przemiłą posiadówką. Goście zeszli się z mirrą, kadzidłem i złotem, Lichu też skapnęło co nieco, wszystko było śliczne i każdy miał wąsy. I zostało nam dużo wina, które teraz nie wiadomo, kto wypije.
Oh wait, wiadomo, przecież na szczęście mamy sąsiadów! ;)

 

1459839_903594499653979_7945280454776452317_n
10562925_903594396320656_5900192966764771220_n
10417806_903594436320652_4521575584249384333_n
10411907_903594472987315_3329303674298784213_n
10390087_903594376320658_5824115417098196250_n

Nudne życie

Jestem mamą małego dziecka, mężatką i ciężarną. Nie podróżuję, nie mam fascynującego hobby, nie napisałam książki i nie prowadzę poczytnego bloga. Nie działam społecznie. Pracuję w korpo, mam prywatną opiekę medyczną i kartę na zajęcia sportowe, wieczorami siedzę na fejsie albo w wannie z książką. Mój profil na FB składa się głównie z postów o córce. Nawet w górach byłam ostatnio ponad dwa lata temu.

Nuda, nie? Sama ziewam, gdy to piszę. Mogłabym teraz walnąć trzy akapity o tym, że kocham tę nudę, że zmęczony rodzic nie marzy o przygodach, tylko o ośmiu godzinach snu bez pobudek i tak dalej w ten deseń, ale zamiast tego pragnę podziękować każdemu niezwykłemu człowiekowi, który sprawił, że już w lipcu możemy z Cainem powiedzieć: „to był szalenie ciekawy rok!”

Dzięki ludziom z fantazją zdarzają się w naszym życiu rzeczy wyjątkowe, podniecające, czasem zabawne. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałam, że spotkamy w życiu tyle osób podzielających nasze pasje i poglądy lub nawet towarzyszących nam w tej drodze tylko przez chwilę. Jesteście dla mnie dowodami na to, że wszystko jest w życiu możliwe. Jesteście fantastyczni. Dziękuję.

Ale kasę oddał

Napiszę Wam, bo to taka historia, że szkoda ją schować do szuflady. Otóż, jak niektórzy wiedzą, mam bardzo przystojnego sąsiada, którego lubię. No i ten sąsiad był nam winien niedużą kwotę, o której Cain mu wczoraj przypomniał. „Wyślij Lucę, niech mnie zwindykuje” – usłyszał w odpowiedzi.

No kurde, znacie mnie, ja nie zwindykuję przystojnego sąsiada? Skompletowałam sobie strój dziewczyny gangstera: mini, kapelusz, biały kołnierzyk, pończochy (tak, to był ich ostatni występ), szpilki, nawet, kurczę, kolczyki w kształcie pistoletów, co mi je Elpanda kupił w USA. Wykułam sobie tekst na blachę. Wchodzę. Sukienka podwija mi się powyżej pończoch, kapelusz ocienia twarz, kołyszę się na tych obcasach. Idę. Powoli. Macie to? Obniżonym głosem mówię, że możemy tę sprawę załatwić łagodnie albo brutalnie, ale im szybciej załatwimy, tym mniej będzie bolało. „Daj mi znać, którą wersję wolisz”, rzucam.

Wychodzę.

Powoli.

A on?

Nie zgadniecie, co zrobił. A może zgadliście na początku, to wtedy punkt dla Was.

On właśnie grał w LoL-a i ledwo mnie zauważył. Kurtyna

Sąsiedzi

Raz na jakiś czas obcy ludzie spotykają nas przemykających korytarzem na bosaka, z dwiema książkami pod pachą, otwartą flaszką wina, garnkiem lub dzieckiem (lub dowolną kombinacją tych i innych rzeczy). Niekiedy spotykam czyjąś zdziwioną minę wychodząc w skarpetkach (nie że wyłącznie, ale bez butów) z jednego mieszkania, zamykając je na klucz, po czym otwierając kluczem sąsiednie. Na moje grzeczne „dzień dobry” nigdy nie reagują, trwając w stuporze lub grzecznie udając, że nic nie zaszło.

Doprawdy, czy to takie dziwne mieć klucz do zaprzyjaźnionych sąsiadów? :)

(Doskonale jest mieć dwie kuchnie, dwie damskie szafy, dwie lodówki itd., że nie wspomnę o telewizorze za ścianą. Za pół godziny Gra o Tron na HBO!)

Żyję, żyję

Cisza na tym blogu nie znaczy wcale, że nic się u mnie nie dzieje. Przeciwnie, jak na matkę niemowlęcia, które nie lubi spędów, prowadzę dość szalone życie towarzyskie. Spotykam się z innymi mamami, bywam na imprezach – często z dzieckiem, czasem bez – zdarza mi się też urwać gdzieś samej. Dwa tygodnie temu byłam w Oceanie Spokojnym – centrum relaksu, gdzie zamknęłam się w kapsule ze słoną wodą i dryfowałam w niej bitą godzinę. Tydzień temu pojechaliśmy do teściów pod Warszawę. A w ostatni weekend zaliczyliśmy trzy imprezy: najpierw w trójkę, potem w podgrupach podzielonych według płci, a następnie sami dorośli. Na przyszłą sobotę mamy pięć zaproszeń; z konieczności wybraliśmy jedno, ale i to może okazać się zbyt wiele dla naszej lubiącej spokój córki.

Dziś natomiast Cain jest pierwszy dzień w nowej pracy, Licho zostało zaszczepione, a ja noszę, bujam i zaciskam zęby. I od trzech godzin wieszam jedno pranie. To może pójdę i dokończę, życzcie mi szczęścia.

Kocham internet

Jest 4.44 i moja córka właśnie obudziła się wyspana. Trzymam ją więc na kolanach i staram się być nudna. I myślę o tym, jak bardzo internet w telefonie ratuje moje noce, wczesne poranki, popołudnia i wszystkie te długie godziny z niemowlakiem na jednym ręku i wolną głową.

Gdy człowiek siedzi unieruchomiony dzieckiem, potrzebne jest dodatkowe zajęcie, które nie pozwoli umrzeć z nudów. A niewiele rzeczy można robić na siedząco, w miejscu, jedną ręką, często lewą. Czasami czytam książkę – Cain podarował mi pod choinkę czytnik i to był strzał w dziesiątkę: jest mały, lekki i wygodny do obsługiwania jedną dłonią. Jednak czytanie wymaga choć odrobiny koncentracji, a gdy co pół minuty zerka się poza ekran, łatwo zgubić wątek.

Dlatego najczęściej biorę smartfona i sprawdzam, co słychać w internecie. Jedną ręką mogę skomentować czyjś status na Facebooku, przejrzeć jakiś artykuł lub, jak teraz, napisać notkę na blogu. Mogę rozmawiać ze znajomymi albo włączyć sobie i małej muzykę z YouTube lub radia. Mogę poszukać informacji o czymś, co mnie zainteresuje, dokształcić się. A wszystko bez ruszania się i bez ruszania mojego naręcznego  dziecka.

Internet daje mi jeszcze jedną bardzo ważną rzecz: kontakt z ludźmi. W każdej chwili mogę z kimś pogadać, wymienić się doświadczeniami, pomarudzić, poplotkować, podtrzymać kontakt. Dzięki temu nie mam wrażenia, że siedzę cały dzień sama – no dobra, mam, ale mniej; to jest taki bufor, który nie pozwala mi całkiem zamknąć się w świecie pieluch i karmień.

Czy już wspominałam, że uwielbiam XXI wiek?

Ludzie

Jest tak, że otaczają mnie sami fantastyczni ludzie, którzy z jakiegoś powodu bardzo nas lubią i lubią tę sympatię okazywać. Gdy zaszłam w ciążę i później, kiedy urodziła się Lila, ze wszystkich stron słyszałam propozycje pomocy. Gdy zmienialiśmy mieszkanie, a ja miałam akurat problemy z kręgosłupem, znajomi pomogli Cainowi pakować nasze rzeczy (dzięki czemu niechcący zwinęliśmy z poprzedniego pieprzniczkę, srebrny talerz oraz pokrywkę od nieistniejącego garnka). Kiedy potrzebowaliśmy kilku rzeczy dla małej, wszystkie dostaliśmy od znajomych, po ich dzieciach. Do dziś kupiliśmy dla niej trzy (!) części garderoby i zabawkę. Od niekiedy zupełnie obcych ludzi dostałam rzeczy potrzebne po porodzie, ubranka, zabawki, poradniki, gazety dla rodziców, ręczniczki, pościel, a nawet meble. Ostatnio na korytarzu spotkaliśmy raz widzianą starszą sąsiadkę, która zaoferowała mi pomoc w zakupach w razie potrzeby.

Część z tego to są normalne sprawy: matki wymieniają się ubrankami, a zbywające rzeczy lepiej oddać, niż wyrzucić. Ale niekiedy gesty znanych mi i nieznanych osób sprawiają, że mogę tylko zastanawiać się, czym sobie zasłużyłam na tyle życzliwości, ewentualnie czym się światu wypłacę.

U mnie w domu mawia się: „nie dziękuj, oddasz komuś innemu”. Tak zrobię.

Christmas party

Tak się jakoś złożyło, że wpadło dziś do nas kilkoro znajomych – część niespodziewanie, część z przekładaną od paru dni wizytą, a część planowo. I zrobiła się mała, spontaniczna, świąteczna impreza. Wspólnie ubraliśmy choinkę, którą dziś rano przyniósł Cain. Kiedy zaczęłam się krzątać w kuchni, znajomy zażądał przydziału pracy i w efekcie pokroił nam wszystkie składniki sałatki. Zanim goście wyszli, gotowanie było skończone. Były też prezenty dla nas i dla małej – prezenty niespodziewane, nieco przez to krępujące (nie byliśmy przygotowani na viceversę), ale też bardziej, bo z zaskoczenia, cieszące serce.

Nie planowaliśmy takiej liczby gości – z uwagi na noworodka i przygotowania do świąt. Ale było przemiło. I nie upominki cieszyły mnie najbardziej (choć uwielbiam prezenty!), nie pomoc w domu, tylko sama atmosfera tego niespodziewanego spotkania i uczucie, że mamy naprawdę cudownych, cudownych znajomych. Dziękuję Wam, Kochani :*

Aha – zrobiłam domowy majonez! Proste i genialne.

Czilaut

Jestem imprezowym nieogarem. Jakoś mnie ostatnio nie kręci tłum i hałas. Byłam w Filotramwaju, który jak zawsze dawał radę, po półtorej godziny poszłam na koncert Roczenia, który też jak zawsze dawał radę, a po północy wróciłam do domu resztką sił, kompletnie rozjechana przez te dwa, jakże męczące, wyjścia. Tak, głównie siedziałam na tyłku i piłam wodę, a nie, że jakieś szalone balety. Jednak organizm domaga się swojej dawki spokoju, snu i tumiwisizmu.

Spotkałam dużo ludzi, którzy rzucali mi się na szyję i cieszyli, że mnie widzą. Też się cieszę, a pewnego dnia może nawet posiądę umiejętność rozpoznawania wszystkich z twarzy i imion, bo póki co – od lat – mam tak, że około piątego spotkania zapamiętuję albo nie. Inna sprawa, że  poznaję i spotykam jakieś szalone ilości ludzi, i to pomimo, że nie szlajam się po klubach. Ot, tu domówka, tam domówka, jakiś Tramwaj, jakiś Woodstock czy blipiwo. I nagle tłum znajomych, dobrych znajomych i półznajomych. Którzy się cieszą. Ludzie jednak są niesamowici – jak Rudit na przykład, z którą znamy się przelotnie z internetu, a tu nagle Ona mi pisze, że koniecznie musi mi wysłać w prezencie torbę i przypinki (trzy!) ze swoimi arcydziełami, i żadnych mi protestów. Jak przyjdą, to będę się (i Rudit) lansować na mieście.

Poza tym nuda, a jak już coś się dzieje, to akurat z gatunku „nie zapeszyć” albo „nie do publikacji”, więc musicie mi wybaczyć ;) Miałam współtworzyć komiks, ale poczułam, że mnie to nie wciąga. „Wojnę płci” także nieco zaniedbuję – jak to u mnie, początkowy zapał minął i został obowiązek małżeński; trochę też wyczerpałam listę tematów, które miałam w głowie – przynajmniej tych lżejszych, a za bardzo poważne nie chcę się brać, bo ani to nie miejsce, ani nie czuję, żebym miała do tego odpowiednie kompetencje.

Głównie pracuję, śpię i jem. Owoce i warzywa przede wszystkim, bo reszta artykułów spożywczych jakoś mnie nie wzrusza. Świeży szpinak, szparagi, pomidory, truskawki (kij, że tureckie i drogie), arbuzy. A zaraz będą kolejne dobroci i będę kupować na bazarze za grosze całe torby skarbów!