Nihil novi sub sole

W domu mały szpital – ja chorowałam dwa dni, a teraz Kain choruje. Jestem strasznie zła na to moje chorowanie, bo nie chodząc do pracy, nie zarabiam, a plany miałam ostre (patrz poprzednia notka). Choć i tak nieźle, że ogarnęłam się w dwa dni.

Tatuaż się goi. Myję go i smaruję pilnie co cztery godziny. W pracy pomagają mi małe łapki („A tejaź źdejmiemy kwiatek?”), a w domu duże. Zegarka nie muszę pilnować: jak zaczyna swędzieć, to nieomylny znak, że właśnie te cztery godziny mijają :) A w niedzielę przyjedzie do mnie Hell Photo i zrobi mi nowe zdjęcia pleców, ha!

Poza tym czytam Sapkowskiego pięćsetny raz, bo dostałam pod choinkę i mam wreszcie własny cykl wiedźmiński. Poza tym piszę „Wojnę płci” co drugi dzień, co pochłania sporo energii, ale i dostarcza satysfakcji – trochę jak sterowanie jakimś skomplikowanym urządzeniem, kiedy czasem udaje ci się osiągnąć dokładnie taki efekt, jak zamierzałeś, a czasem nie masz pojęcia, skąd sukces (znienacka). Poza tym rekonwalescencja i, jak zwykle, niewyspanie. I koty jakieś wyjątkowo miziaste.

Musi mróz wreszcie idzie.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Furgony z erami, wagony eonów

Pilnie przyjmę dostawę wolnego czasu. Po imprezowo-wypoczynkowym weekendzie w Krakowie nastąpił powrót do normalności, która okazała się bogata w zajęcia zawodowe i dodatkowe. Raz, że trzeba nastukać trochę kasy, więc staram się pracować jak najwięcej, a dwa że jakoś wszyscy mają urodziny/imieniny/parapetówki/niewiemcojeszcze w styczniu. Jesteśmy w związku z tym zaproszeni na jakieś pięć tysięcy imprez i niestety większość z nich organizują ludzie, których naprawdę lubimy na tyle, żeby nagiąć nieco nasze godziny snu.

Tymczasem wyjście z takiej imprezy przed drugą w nocy jest trudne, bo każdy pyta, co tak wcześnie i czy ty naprawdę zamierzasz iść spać, kaman, życie prześpisz. No prześpię, trudno, za to wolniej się zużyję. Jak żółw. Żółw przesypia dwie trzecie życia, znaczy hibernuje, i podobno hodując żółwia w domu trzeba go hibernować w lodówce, bo inaczej zużywa się za szybko i nie żyje sto lat, tylko na przykład 40. To ja wolę spać czasem, wątrobę i inne narządy wewnętrzne oszczędzać, choć znam takich, co trzy imprezy dziennie, praca, dom i jeszcze mają siłę. Trochę zazdr, a trochę, że w sumie po co? Dłuższe przebywanie wśród ludzi męczy mnie psychicznie i zaczynam się robić wredna, więc chyba nie warto.

W ogóle to zaczęłam tę notkę pisać wczoraj rano, podczas gdy miły pan wpuszczał mi kolorowe tusze w skórę na plecach. Było fajnie, ale miałam lekkie problemy z koncentracją („myśl, że to depilacja, to łatwiej wytrzymasz”). A że potem pojechaliśmy via sklep na pierwsze urodziny Konstantego, a potem na podwójne urodziny kolegów, a potem to już trochę „pandłam” (jak mawia mój dwuletni podopieczny), więc kończę dziś. Tatuaż jest przepiękny, ale na razie nie będę tu wrzucać zdjęć, niech się wygoi.

Dziś dzień siedzenia w domu, sprzątania, milczenia, wyrzucania choinki – bo żałosny drapak się z niej zrobił – i chyba pracowania, bo przypomniałam sobie, że mam coś do napisania na jutro. Tymczasem niemrawo klikam w klawiaturę i czekam, aż Kain mnie od niej oderwie śniadaniem. No tak, wiem, że jest piętnasta i to pora raczej na obiad, ale ojtam.

O, kanapki! :)

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Ostry dyżur w Sylwestra

Jeśli Sylwester, to w Krakowie. To już trzeci spędzony w tej samej Rezydencji i chyba przestałam sobie wyobrażać inne rozwiązanie na ostatnią noc roku :) Tym razem bawiliśmy się w klimacie medycznym! Dekoracje i przebrania były niesamowite. Poniżej próbka – zdjęcia Marty Drożdż (Hellfoto)

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Elegancja srancja (wpis zawiera marudzenie)

Skoro święta, blondynka chciała ładnie wyglądać. Sukieneczki, buciczki nowe, czerwone, szał ciał. Buty są za małe i im dalej w nich wędrowałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że o cały numer, choć przy mierzeniu w domu zdawały się ledwo ciut przyciasne w palcach, drobiazg do rozchodzenia. Otóż nie. Czuję się w nich jak Mała Syrenka z wersji oryginalnej i, idąc ulicą, nie mogę myśleć o niczym innym, niż ból stóp. No, chyba, że akurat sobie przypomnę o zostawionym w domu włączonym piekarniku.

Będzie grany szewc, nie ma siły. Kolejne koszta do butów tanich, bo z internetu (dwa razy wymieniałam, raz płacąc za kolejną przesyłkę). Never again.

Do sukienek, jako dziewczyna rozsądna i praktyczna, założyłam leginsy. Takie cieplejsze. Poruszałam się tramwajami, autobusami i pociągami (i raz, dzięki uprzejmości rodziny, samochodem). Nigdzie nie czekaliśmy na środek lokomocji dłużej niż dziesięć minut, a w każdym było względnie ciepło. I dziś rano obudziłam się z (pardon) zapaleniem pęcherza.

Wniosek: jeśli chce się propagować kobiecość, nosić sukieneczki i spódniczki, nie mówiąc już o pończochach i pantoflach – trzeba po prostu mieć samochód. Elegancja nie jest dla plebsu, prawda. Plebs porusza się autobusem, ziębi tyłek na dworze i potem ma za swoje. Tak więc dzisiaj posiedzę sobie chyba w domu, z plebejskim termoforem na podołku, popijając ziółka i zagryzając tabletkami.  Życzcie mi, żeby do jutra przeszło. A z okazji kolejnych okazji będę się lansować w dżinsach. Sorry.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Opowieść wigilijna

Przepis na schab w majeranku:

1. Obtocz schab w majeranku, zostaw na noc. Albo dwie.
2. Owiń schab w folię aluminiową (albo dwie) i włóż do piekarnika na 200 stopni.
3. Zapomnij o nim i dwie godziny później wyjedź za miasto, nie wyłączając piekarnika.
4. Wróć wieczorem, przewietrz mieszkanie, odkrój przypalony spód mięsa. Smacznego!

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Rozbierz mnie i złóż na nowo

Ostatnio czuję się w swojej głowie jak pośrodku głośnej hali fabrycznej. Nieustanny szum, hałas bez ładu i składu. Bałagan. Rwą mi się wątki, mylą imiona, rozdwaja obraz.

Obudziłam się dziś o piątej nad ranem i nie mogłam zasnąć – ja, śpiąca kamiennym snem całe noce i w każdych warunkach. Nucę jakieś piosenki sprzed lat, idę w złą stronę. Czytam po trzy razy jeden akapit w książce.

Potrzebuję restartu. Żeby ktoś mnie wyłączył i włączył ponownie. I zdefragmentował też, bo ścieżki pamięci coraz bardziej poplątane. A o ścieżkach wyobraźni lepiej nawet nie wspominać.

Może na początek zażyję magnez.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Wigilia troszkę inna

Moja znajoma co roku organizuje przedświąteczne spotkanie dla przyjaciół. Każdy z nas przynosi coś do jedzenia i spędzamy razem czas, jedząc kapustę z grzybami, pijąc grzańca, wieszając ozdoby na choince, która u niej zawsze jest trochę wcześniej, oraz wymieniając się prezentami. Albo i nie, bo w tym roku jakoś Mikołaj nie zdążył ;) Połowę tej radosnej grupy stanowi moja rodzina, co powoduje zabawne wrażenie, że jesteśmy na rodzinnej imprezie. Ale u nas rodzinne imprezy są bardzo nieformalne, więc nie ma problemu. Dziś na przykład część spotkania odbywała się na materacu, na którym leżał Cain, na którym leżała z książką Najmłodsza, na której leżał kot. Potem Najmłodsza i kot poszli spać, a Cain wysupłał się stamtąd dopiero tuż przed wyjściem, nieco zdrętwiały.

Ogromnie lubię te spotkania, wzruszam się na nich i łapię klimat. Dzisiaj dopadł mnie, kiedy gospodarz podnosił moją siostrzenicę wysoko w górę, żeby zawiesiła ozdoby na górnych gałązkach choinki. To taki absolutnie klasyczny, świąteczny widok.

A dla Was (tych Was, którzy lubią święta) – co jest takim wywoływaczem nastroju?

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Szał prezentowy

Uwielbiam święta i uwielbiam kupować prezenty dla najbliższych. Najbardziej lubię, kiedy pomysł na upominek sam wpada do głowy: w magiczny sposób przedmiot i osoba zaczynają w mojej głowie stanowić komplet. Ale chodzenie po sklepach i polowanie na prezenty też jest fajne, i rozmyślanie nad nimi całe tygodnie też. Kupuję je po trochu od początku grudnia i składuję w jednym miejscu. Obecnie zajmują pół parapetu, a na niektóre jeszcze czekamy. Obok leżą papiery do pakowania i czekają, aż postanowię zrobić sobie tę przyjemność i zapakować niektóre prezenty. Bo pakować też uwielbiam, co roku wymyślam design na ten rok, żadnych przypadkowych, ohydnych papierów w mikołaje.

Lubię mieć wysprzątany dom. Przy tym jestem leniem, więc nie mam porządku na co dzień, ale święta są doskonałym pretekstem, żeby posprzątać i umyć to, czego zazwyczaj się nie myje: okna, drzwi, okap nad kuchenką i wszystkie trudno dostępne miejsca. Podoba mi się, że tradycja świątecznych porządków wyznacza mi dwa terminy w roku na te rzeczy. Bo bez terminu nad dupą to ja tak nie za bardzo, niestety.

Lubię tez świąteczne kiermasze, ale to odkryłam dopiero niedawno. Rok temu w okolicach Sylwestra byłam na krakowskim Rynku i urzekła mnie tamtejsza atmosfera. Światła, zapachy, mnóstwo pięknych przedmiotów, grzane wino i oscypek z grilla. W tym roku, dwa dni temu, poszliśmy na Rynek Starego Miasta i kupiliśmy chleb litewski, kindziuk, pyszny ser z czarnuszką i litewski kwas chlebowy. Na miejscu zjedliśmy dobre rzeczy z dymiącego grilla i wypiliśmy grzany miód. Obejrzeliśmy piękne zabawki, świece, ubrania i ceramikę, kupiliśmy prezent i bogatsi w świąteczny nastrój wróciliśmy do domu :)

A w sobotę byłam też na kiermaszu rękodzieła na Powiślu i pozyskałam przypinkę z Audrey Hepburn. Chodziłam tam z oczami naokoło głowy, bo tyle było fajnych ciuchów, kolczyków, przepięknych zegarków… Jestem z siebie niezwykle dumna, bo udało mi się oprzeć pokusie kupienia koszulki Agde z taką grafiką:

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Nowy blog ;)

Kiedy ostatnio zakładałam bloga? Nie pamiętacie, co? Ja też nie.

OTO WIĘC JEST. Moje nowe dzieło, rurzowy (no a jakże) dziewczyński blogasek o chłopakach i o tym, jakie mamy z nimi problemy. Będzie: kontrowersyjny, emocjonalny, niepoprawny politycznie. Nie będzie: autobiograficzny, a w każdym razie nie bardzo.

Zapraszam: WOJNA PŁCI
oraz jej fanpage.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Jak wrobić klienta w kredyt

Mój mąż spotkał dziś w Złotych Tarasach panią, która zaproponowała mu kartę „na jeden darmowy bilet we wszystkich Multikinach na terenie Polski, do końca roku”. Karta miała być bezpłatna, ale po uaktywnieniu – płatna 8 zł miesięcznie. WTF, 8 zł miesięcznie za jeden darmowy bilet w roku? No, ale lećmy dalej. Kain poinformował panią, że nie chodzi do kina zbyt często. Wówczas powiedziano mu, że jest to karta rabatowa i pokazano listę innych punktów, w których można dostać zniżkę. Zaaferowana panienka opowiadała mu o korzyściach płynących z posiadania wspomnianej karty, aż w pewnym momencie wymknęło jej się słówko: „kredytowa”.

Tak, proszę państwa, jeden z banków rozdaje karty kredytowe podstępem, z partyzanta, mówiąc potencjalnym klientom, że to karty rabatowe, które trzeba tylko aktywować przez telefon.

Nie było mnie przy tym, karty nie widziałam i nie wiem, czy jest na niej/przy niej jakaś informacja, co właściwie się nabyło. Może jest, a może informuje o tym inna panienka podczas rozmowy telefonicznej. Wiem tylko, że idą święta, ludzie mają obłęd nie tylko w oczach oraz za mało kasy, a jakiś bank próbuje wrabiać ich w kredyty w naprawdę wredny sposób. W tym samym centrum handlowym przedstawiciele Citi Banku rozdawali dziś  koperty z tajemniczą zawartością  - być może to ta sama akcja, a może nie. Ktokolwiek jednak miał taki genialny pomysł na pozyskanie nowych klientów, jest, moim skromnym zdaniem niebogatej posiadaczki dwóch kredytów i leasingu, zwykłym chujem.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace