Jednak zen
Jestem w nastroju nieprzysiadalnym. Wysiliłabym się na coś więcej, niż cytat ze Świetlickiego, ale mi się nie chce oraz wątpię w swoje zdolności w tym względzie. Znaczy w porównaniu, bo tak w ogóle, to nie.
Potrzebuję przestrzeni.
Spokoju.
Odpoczynku.
Ludzie mnie wkurwiają. Ale tak na maksa. Prawie wszyscy, prędzej lub później – później wynosi jakieś dwie godziny. Wcześniej wynosi jakieś dwa słowa. Może to nadmiar spotkań towarzyskich ostatnio, a może bałagan w głowie, który wymaga czasu i spokoju do ogarnięcia, ułożenia, uspokojenia.
Dochodzę do wniosku (nie pierwszy raz), że walka z samą sobą jest bez sensu. Nie chodzi o to, że zawsze się przegrywa, tylko o miotanie się, którego chyba jednak nie lubię tak bardzo, jak mi się czasem wydaje. Szarpanina męczy, nuży i denerwuje. Za to chwila, kiedy poddajesz się i po prostu płyniesz… niesamowita. Uwielbiam to uczucie. Zamiast zdenerwowania – uśmiech. Zamiast stresu – pogodne „let it be”.
Toteż izoluję się w miarę możliwości; dziś za parą słuchawek i „Notre Dame de Paris”, przy których złapałam taki chillout, że wysprzątałam mieszkanie i poczułam się po tym wypoczęta, zamiast zmęczona. W głowie pływają mi różne rzeczy, niech sobie tam będą, niech się przetaczają i siłują, aż się wreszcie same ułożą. Nie walczę z emocjami, są OK, są częścią mnie, nikomu nie wadzą.
Takie małe, tymczasowe zen.









