Archiwa tagu: dom

Marzenie o domu

Ostatnich kilka tygodni spędziłam na poszukiwaniu naszego miejsca na ziemi. Spędziłam sporo czasu najpierw planując, gdzie możemy zamieszkać, żeby nie musieć się przebijać co rano przez całe miasto z dwójką dzieci. Przeglądałam oferty, liczyłam kilometry na mapie, porównywałam ceny za metr. Wzdłuż i wszerz zbadałam możliwości programu MdM. Gadałam z doradcą finansowym, z deweloperami, żebrałam o podwózki do ewentualnego przyszłego miejsca zamieszkania, oglądałam projekty, planowałam schowki na graty…

Poświęciłam naprawdę niemało czasu. Mój ukochany nie był przekonany, ale ja byłam zdesperowana. Nie lubię wynajmować mieszkań, nie lubię się przeprowadzać, nie lubię tego, że nad każdym gwoździem i sprzętem w wynajętym mieszkaniu muszę się trzy razy zastanowić. Bardzo chciałabym mieć własne, przestronne, ciche, a najlepiej z ogrodem. Cóż, chciałabym, ale…

Pewnego dnia, a był to dzień podjęcia ostatecznej decyzji, mój mąż wreszcie usiadł i policzył koszty nie kredytu, ale bieżącego utrzymania dużego metrażu. I tyle było planów ;)

The best of the bests

Dobra, no więc mam taki problem, że muszę być zajebista. Muszę być dobrą mamą, dobrze się zajmować domem (nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o codzienne mycie podłóg, tylko raczej, żeby nie tonąć w brudzie, a tonę, piszę z dna), muszę mieć wartościowy obiad dla dziecka i świeże jedzenie w lodówce, a zarazem uśmiechać się do męża, uczesana być i wydepilowana, czuła i wspierająca, i jeszcze muszę być dobra w pracy, bo jak mi spada poziom, to mnie szlag trafia, że nie wspomnę o milionie maili z poprawkami. Muszę zarabiać, wydawać, bo samo się nie kupi, spacerować, karmić, dbać i dogadzać, a, i zapomniałam, że jeszcze muszę być dobrą przyjaciółką, sąsiadką, kochanką, siostrą.

Takie mam ciśnienie, żeby to wszystko robić może nie najlepiej, ale dobrze, żeby niczego nie zaniedbywać i sama przy tym być zadbaną.

No bo jak to – obiadu dziecku nie dam? Mężowi odmówię tête-à-tête, zarzucając nieświeżą grzywką? Okruchy muszkom owocówkom na stole zostawię (plaga)? Prania nie zrobię i co będziemy nosić? Kasy nie zarobię i za co na wakacje? Przyjaciół w potrzebie spuszczę na drzewo?

Nie mogę, no nie umiem. I tak się staram, i tak daleko mi do ideału, zamiast dziecku dawać dobry przykład, to ja przy stole klepię w komórkę pisząc tę notkę, na podłodze mam syf, nie obcięte paznokcie i nie wysłane maile, i cos mi śmierdzi w kuchni. I tyle mi to wszystko pochłania czasu, tak bardzo nie mam kiedy spać, odpoczywam rzadko, tak strasznie nie mam siły. Oraz nie pamiętam.

Znacie to, nie? Poradźcie mi, co robić, jak żyć, gdy nic się nie da odpuścić, bo przecież jak się potem nazbiera, to zaleje po czubek głowy. Bul, bul.

Świat zza krat

Osiatkowaliśmy balkon. Mówiono mi, że takiej siatki prawie nie widać. Niestety, widać, i to jak. Zamiast balkonu mamy teraz sporą klatkę, wygląda to dość groteskowo, w dodatku nie można sąsiadom podać piwa przez balkon, co dotychczas zdarzało nam się praktykować.

Ale.

Czymże są te niedogodności w obliczu faktu, że nareszcie można wietrzyć? A jak zdobędę jakiś stół, to będzie też można jadać na balkonie, co bardzo lubię. A jak posprzątam, to Licho będzie mogło też tam przesiadywać. Czyli w sumie na plus, nie?

Jędrna pupa i grzeszne przyjemności

Nadal chodzę na aerobik. Nie spodziewaliście się tego, co? A jednak chodzę i czuję się coraz lepiej. Mam więcej energii i więcej siły. Jestem bardziej sprężysta. Zaczęły mi wychodzić ćwiczenia, których przedtem nie byłam w stanie zrobić. Ba, zdarzyło mi się nawet, że wyszłam z zajęć zupełnie nie zmęczona. Zaczęłam więc wykonywać ćwiczenia dokładniej. Po miesiącu całkiem przyjemnie patrzy się w lustro podczas ćwiczeń.

Kalorii nie liczę, wychodząc z założenia, że po paru tygodniach notowania wszystkiego, co jem, nabrałam już dobrych nawyków (które byłyby złymi nawykami, gdybym próbowała schudnąć, ale nie próbuję, jak wiadomo). Jednym z tych nawyków jest kupowanie jedzenia zawsze, gdy mi to choćby przejdzie przez myśl, i oczywiście konsumowanie go od razu. Śmiało poczynam sobie także z przekąskami (nigdy nie potrzebowałam szafki na przekąski, a teraz mam, co za rozpusta!) i z latte na spacerach, bo znów piję mleko, tym razem to już chyba na stałe. Latte z syropem ma dużo kalorii, a wszystko, co ma dużo kalorii, jest w mojej diecie bardzo mile widziane. Nie tyję, ale i nie chudnę, a to spory postęp. Pisząc to, pochłonęłam jakieś 100 g mieszanki studenckiej.

Jeśli chodzi o grzeszne przyjemności, to stałam się fanką internetowych zakupów. Nigdy nie rozumiałam, o co chodzi z tym kompulsywnym kupowaniem na Allegro; jest przecież tyle innych sposobów na odstresowanie się w WOLNYM CZASIE. Odkąd w zasadzie nie mam wolnego czasu (w dzień zajmuję się Lilą, wieczorem pracuję lub nadrabiam prace domowe, w nocy pracuję lub śpię), e-shopping jako sposób zrobienia czegoś miłego dla siebie stał mi się bliski. Staram się kupować rzeczy potrzebne i znajduję radość tam, gdzie nigdy bym się jej nie spodziewała. Ostatnio na przykład ogromnej przyjemności dostarczył mi nowy odkurzacz. Poważnie, do tej pory nie miałam pojęcia, co to jest porządnie odkurzone mieszkanie, bo maszyny miałam raczej z tych najtańszych. I że odkurzacz może szumieć, a nie ryczeć. Fantastyczna sprawa.

Tak więc mam zdrowo, kalorycznie, czysto (mniej więcej) i w dodatku jest lato. Kocham lato, w maju też. Kwitną jednocześnie bzy, kasztany, magnolie i forsycje. A ja chodzę wśród tych wszystkich wspaniałości na moje obowiązkowe spacerki z dzieckiem, popijam latte i opalam się na czekoladę :)

Rośnij duży okrąglutki

– Taki ładny masz ten brzuch, okrągły, nie jakiś krzywy – rzekła Izu i nazajutrz pannica postanowiła położyć się w poprzek. Tłumaczę jak komu dobremu, że tam nie ma miejsca, ale nie. Nogi po lewej, głowa po prawej (chyba) i jeszcze się przeciąga. Przeciągnięcie czuję aż w lewym kolanie, przysięgam.

Śpię już prawie wyłącznie na lewym boku. Na plecach młoda za bardzo szaleje, a na prawym nam obu niewygodnie i duszno. Pod brzuch podkładam płaski jasiek, a ten mały potwór sobie po nim skacze. Tak się, wiecie, odbija nogami od miękkiego, chyba jej się ta zabawa podoba. Pokopie, pokopie i idzie spać. Albo ja zasypiam.

W nocy strasznie mi gorąco i duszno. Opuściłam swoją połowę łóżka, ponieważ na tej połowie śpią koty i przytrzaskują mi kołdrę, a dostaję szału, nie mogąc sobie odkryć nóg. W dzień też mi duszno i ponuro (jesień, ciemność). Sny mam barwne i nieprzyjemne, jestem wiecznie zmęczona, myślę, że powinnam więcej spać, także w dzień, ale przecież jest tyle rzeczy do zrobienia, załatwienia, dopilnowania. Wiem, że muszę przystopować i odpuścić sobie, po pracy zwyczajnie iść spać, jeśli czuję taką potrzebę, ale trudno mi zrezygnować z tych niezbędnych, jak mi się zdaje, rzeczy. No bo do lekarza iść trzeba, do sklepu trzeba, na pocztę trzeba, do fryzjera… na fryzjera już nie mam czasu, więc wszystko jedno. Poza tym kupiłam bilety na koncert Amandy Palmer w Pradze pod koniec miesiąca. Tyle na temat oszczędzania.

Właściwie dopiero teraz mam zachcianki spożywcze. Budzę się w nocy i pragnę winogron. Zjadam puszkę ryby w pomidorach zanim zdążę się obejrzeć. Albo nadgryzam ciasto i z obrzydzeniem odkładam jak najdalej od siebie. Albo trzy dni marzę o mleku, ale tylko z mlekomatu.

Mieszkanie zaś nadal mi śmierdzi. Kupiliśmy pałeczki zapachowe: melonowe do sypialni, cynamonowe do dużego pokoju. Śmierdzą. Te pierwsze po paru dniach zamknęłam i schowałam. Drugich prawie nie czuję, siedząc w domu, ale wczoraj po moim powrocie z pracy rzuciły mi się w nos z taką siłą, że przez chwilę rozważałam wywalenie przez balkon. Teraz cuchnie farbą i pałeczkami. Nie rozumiem, dlaczego to mieszkanie przez miesiąc nie mogło się wywietrzyć z zapachu farby :/

 

Zapachy jesieni

Mieszkanie źle pachnie. Niewłaściwie. Nie po naszemu. Może to farba na ścianach, niedawno odświeżana, może kurz, może wentylacja, nie wiem. Wracam z pracy, otwieram drzwi i mi śmierdzi. Nie w sensie, że coś wydziela nieświeży zapach, tylko w sensie, że to nie mój dom. Okropne uczucie.

Tymczasem wszyscy, którzy już mieli okazję nas odwiedzić, chwalą bardzo. Że piękne. Że te kolory na ścianach super. Że kuchnia ładna. No ujdzie, myślę sobie, jakoś ujdzie, no my też uznaliśmy przecież, że ładne, brzydkiego byśmy nie wzięli. Ale jakoś tak – nie tak. Bo ten zapach. Nie nasz. Doszło do tego, że rozpylałam po mieszkaniu swoje perfumy, ale wystarczało tylko na chwilę.

Aż Cain powiedział: „Trzeba upiec ciasto!” Kupiliśmy więc dziś dwa kilo śliwek, siostra przyniosła dwie spore blaszki i zrobiłam placek ze śliwkami. Dwa placki. Cały dom pachnie ciastem, które wyszło pyszne, ale sycące, dzięki czemu nie zostało pożarte w całości (a może dzięki lodom, z którymi je podaliśmy). Kupiliśmy też zapach do łazienki (bo choć niewątpliwie woń kociej kuwety jest dość swojska, to może nie do końca jest to ta swojskość, o którą nam chodzi) i pachnące świece. Nie wiem, może będzie lepiej.

A ciasto ze śliwkami to takie coś, co musi być we wrześniu. Pyszne, słodko-kwaśne, posypane cukrem pudrem. Trzeba to sobie powiedzieć wprost – zaczyna się jesień. Teraz będą ciasta, herbata z korzeniami, glog i wieczory pod kocem. Też dobrze.

Ostatni karton

To był bardzo ciężki tydzień. Sobotnia przeprowadzka i kolejne dni rozpakowywania kartonów, kupowania i skręcania mebli. Układanie, chowanie, czyszczenie. Odkrywanie usterek mieszkania – które generalnie jest bardzo w porządku, ale właśnie nauczyłam się, jak bardzo różni się wnętrze urządzane do mieszkania od wnętrza urządzanego pod wynajem.

Wreszcie skończyliśmy, rozpakowaliśmy dziś ostatni karton, poustawialiśmy sobie Centrum Dowodzenia Wszechświatem (super, na jednym wielkim biurku oba laptopy, drukarka, dysk, głośniki – wygodnie i blisko siebie) i jeśli jutro będę jeszcze żywa, to może rozważę umycie podłóg po tym wszystkim. Koty zdążyły się zadomowić i zaczęły w miarę spać w nocy, zamiast nap… znaczy tego, biegać po panelach i robić hałas pazurami oraz paszczami. Gorzej z nami, jakoś nie czujemy się jak w domu. Ale wierzę, że się poczujemy.

Gdzieś w międzyczasie przyszedł mój nowy pas ortopedyczny i okazało się, że nie nadaje się do noszenia na co dzień, gdyż obciera. Mogę go zakładać na ubranie i tak robię, gdy jestem w domu i mam sporo do zrobienia. Myślę, że uratował mi co najmniej dwie noce w tym tygodniu – po kilku godzinach spędzonych na gimnastyce w rodzaju: pochylić się, wyjąć coś z kartonu, wstać, odłożyć, schylić się, wyjąć, wyprostować, odłożyć, przeciągnąć karton do drugiego pokoju, schylić się, wyjąć, wstać, schować… – po kilku godzinach powinnam umierać z bólu pleców, a było całkiem nieźle. Poza tym posiadłam legginsy i spodnie z miejscem na brzuch, a brzuch jest wielki i niesymetryczny, tu coś wystaje, tam coś się rusza i stanowczo nie życzy sobie żadnego ucisku. Najmniejszego.

Poza tym Cain dostał zapalenia spojówek i po wizycie w aptece uznałam, że mógłby facet mieć jakieś tańsze fanaberie. Ale co robić. Aplikuje kropelki i cierpi, a ja wyrażam współczucie i obsesyjnie myję ręce, bo bardzo nie chcę uczestniczyć w tej imprezie.

A tak całkiem poza tym to powiem Wam, że czasem bardzo bym się napiła. Wina na przykład. Po pół roku życia na trzeźwo tak bym sobie z raz, dla kurażu, na życiową odwagę, na zmęczenie, na stres… Wprawdzie alkohol nie rozwiązuje problemów. Ale mleko też nie.

Na nowym

Czwarta w nocy. Duszno, gorąco, głośno. Kot Duch chodzi i nawija. Biedna Plamka raz na na jakiś czas próbuje się położyć spać, ale ten głupek zaczyna koncert, więc zrywa się i leci do niego. Za oknem rozdzierające wrzaski na literę „aaaaa”. Coś z hukiem spada. Nie ma mebli, więc jest echo, a do echa dorzućcie koty na panelach. Czuć kurzem i trochę farbą (malowane tydzień temu).

W końcu wstałam, bo ile można się przewracać z boku na bok.

Przeprowadzka była procesem złożonym (w sumie nadal nim jest). Najpierw koleżanka przywiozła mi wielki stos kartonów. Potem  przyjechało kilka osób i razem z Kainem spakowali rzeczy.  Brzmi krótko i prosto, nie? :) Wieczór i pół nocy wyciągania, owijania, chowania, układania. Osobiście zrobiłam niewiele, litościwie wyganiana na kanapę. Plecy wszczynały alarm przy każdej próbie większego zaangażowania się. Wreszcie udało się spakować prawie wszystko, choć był to proces raczej chaotyczny ;-) Padliśmy koło drugiej w nocy.

Nazajutrz rano zaczęło się dopakowywanie i próby sprzątania, mocno ograniczone przez leżące wszędzie kartony, worki i torby. Następnie okazało się, że jednak nie zmieścimy się na raz do transportera. Zostawiłam cały ten pierdzielnik, zabrałam koty, koci bagaż i swojego laptopa i udałam się pod nowy adres czekać na montera od internetu i kuriera z zakupami. Koty wyły w samochodzie prawie cały czas, a trzęsły się w swoim transporterku tak, że i ja cała chodziłam. W domu wlazły do szafy i kontynuowały przez następne parę godzin. Eksplorację rozpoczęły pod wieczór, ostrożnie i z warczeniem, ale kiedy skręciliśmy ich drapak, wyraźnie się odprężyły. Teraz z podekscytowania nie mogą spać, zwłaszcza ten szary gaduła. No a ja przez nie.

Nie obeszło się bez fakapów i wpadek. Dwa razy zapomnieliśmy o kluczach do rozkręcenia orbitreka. Ukradliśmy z poprzedniego mieszkania tacę i pokrywkę. Na miejscu, już po przeprowadzce, nie mogliśmy znaleźć majtek ani patelni. Generalnie udało się jednak przeprowadzić i teraz siedzimy na kartonach, w przenośni, bo dosłownie ja na krześle – szczęśliwie posiadamy krzesła – a Kain usiłuje spać – szczęśliwie posiadamy materac. Z mebli niewiele więcej, jeszcze komody dla delfina. Brakuje szafy na ubrania, jest tylko taka na kurtki i buty. Brakuje biurka – jest stół kuchenny. I krzeseł biurowych. I kanapy. Nie wiem, czego jeszcze, choć mamy już pokaźną listę zakupów i przy odrobinie szczęścia zrealizujemy ją na początku tygodnia. Pozostanie czekać na dostawę mebli, potem się rozpakować i nie zbankrutować.

Generalnie mieszkanie jest bardzo ładne, wygodne i porządne. Nie tak piękne i artystyczne jak poprzednie. Ot, typowe mieszkanie pod wynajem, w porządnym standardzie. Bezpieczne – choć już zauważyłam jeden wystający ze ściany kabel w miejscu gniazdka – praktyczne, spokojne. Bardziej ciche, niż tamto, co nie znaczy, że ciche – okna wychodzą na dwupasmówkę, ale nie jest to Waszyngtona, więc zawsze postęp. Minusem są mole, duchota i konieczność kupienia własnych mebli. Znaczy miałam w życiu jakieś meble, ale część się rozpadła, część została w innych mieszkaniach, a w ogóle nigdy nie meblowałam 50 metrów kwadratowych.

Parapetówy na pół setki osób tym razem nie planujemy – nie mam siły. Może coś skromnego.

Przeprowadzka tuż-tuż

Oficjalnie rozpoczęliśmy etap: „Przeprowadzka”, pakując pierwszy, mały kartonik. Kartonik jest częścią imponującego zestawu pudeł, dostarczonego przez Monikę (dzięki!). Spakowałam go zupełnie niechcący – segregowałam rzeczy z jednej szuflady na „zostają”, „wylatują” i „ewidentnie śmieci”. „Wylatujące” idą na razie do kąta, z którego być może uwolni je Bluszczyk, kochająca wszelkie graty, które przerabia na inne graty. A to, co zostało, bez sensu było chować z powrotem do szuflady, nie?

Poza tym dokonałam pięknej sztuczki, rozwiązując umowę z Aster zanim zadzwoniłam do nowego dostawcy. Nowym dostawcą miała być Multimedia, z którą podobno poprzedni lokatorzy, czy też jeszcze poprzedni, mieli podpisaną umowę. I otóż dzwonię dziś, żeby zamówić pana montera, a tu mi mówią, że niestety, nie dostarczamy pod podany adres.

No pięknie. A ja porzuciłam dawne Aster, zamiast zwyczajnie przejść do UPC, bo nie lubię drani za ich zupełnie niedzisiejszą mobilną obsługę klienta. Do telefonicznej obsługi nie można się dodzwonić, na maile odpowiadają po dwóch dniach, przelew do nich idzie sto lat, nie przyjmują potwierdzeń wpłaty mailem… No bzdura do kwadratu. Ale co robić, bez internetu żyć nie możemy ani pracować. Zadzwoniłam do UPC, z tym, że do działu sprzedaży, który, jak się okazuje, odbiera natychmiast, jest miły, kompetentny i pomocny. Zamówiłam usługę, tańszą, niż poprzednia i dwa razy lepszą. Monter przyjdzie w sobotę. Minus: przez miesiąc trzeba będzie płacić i za starą usługę, i za nową (ale z Multimedią byłoby to samo, po prostu okres wypowiedzenia w Aster trwa 45 dni). Plus: będzie internet. Dobry i nie masakrycznie drogi, z wi-fi w cenie, bez kombinowania.

Pakowanie Party w piątek, przeprowadzka w sobotę. Od pierwszego września winda, cisza za oknem i droga do pracy bez przesiadek. Dla mnie, bo Kain wręcz przeciwnie, zacznie się przesiadać.

Rubryka strat i zysków

Miało być o tym, co mnie zasmuca, ale skasowałam. Będzie za to o meblach.

Wywaliliśmy fotel, bo zdałam sobie sprawę, że od dawna służył wyłącznie kotom, co samo w sobie nie jest oczywiście grzechem, ale niestety służył im niekiedy jako zapasowa kuweta, kiedy ta podstawowa wydawała im się zbyt brudna. Albo kiedy coś je wkurzyło. Ponieważ poduszki ze sztucznej waty, czy co to tam było, można prać jednak tylko ograniczoną ilość razy i z czasem jest to coraz bardziej upierdliwe, parę dni temu wróciłam do domu, zobaczyłam plamę na fotelu, spojrzałam na zegarek (10 minut do wizyty potencjalnego najemcy), powiedziałam na głos do siebie: „Dość, kurwa” i zamiast do pralki, wrzuciłam pokrycie do kosza na śmieci. A nazajutrz rozkręciłam stelaż, wynieśliśmy go na śmietnik i tyle.

Po kawałku wywalamy też ramę od łóżka, tę, co pękła w maju i wtedy materac rozbił mi głowę. Rama leżała sobie w częściach na podłodze i na szafie, czekając, aż się ogarnę i sprawdzę, czy w IKEA nie mają tej jednej deski, która nam potrzebna. No to się ogarnęłam i zarządziłam wyrzucenie. Z czasem rozważę banicję materaca, bo mi sprężyny wchodzą w różne miejsca. Co prawda materac ma dziesięć lat gwarancji, ale oczywiście zgubiłam paragon (a jeśli go znajdę, to jak nic okaże się, że jest nie do odczytania po 3 latach) a poza tym szczerze mierzi mnie myśl o organizowaniu człowieka z samochodem, ładowaniu tej kobyły na dachowy bagażnik, wiezieniu do IKEA, wleczeniu do hali, żeby się na przykład dowiedzieć, że nie uwzględnią. Albo żebym za dwa tygodnie odebrała (i znowu żebranie po ludziach o podwózkę i siłę roboczą). Fuj.

Po stronie plusów mamy przyobiecane łóżeczko dla Delfinka, dwie komody na ubranka i wózek-parasolkę. Pewnie, że można kupić, ale skoro są?

Poza tym zrobiłam porządki w ciuchach i, o dziwo, okazało się, że w prawie połowę się mieszczę. Jeszcze. Te za małe wcisnęłam na najniższą półkę i zamierzam schylić się do niej jeszcze tylko raz – przy przeprowadzce, kiedy to wrzucę je do kartonu i nie wyjmę aż do zimy.

A jutro wieczorem podglądanie dziecka i może się dowiemy wreszcie, czy jest nią, czy nim. Stay tuned.