Archiwa tagu: finanse

Kumulacja

Nie jest dobrze.

Najpierw ZUS nie wypłacał mi zasiłku macierzyńskiego, o czym pisałam tu już ze trzy razy, bo bardzo mnie to zdenerwowało. Okazało się, że nie dostali na czas najważniejszego dokumentu. Nie moja wina i nie ich, ale nie było wesoło, bo naprawdę bardzo nie lubię pożyczać pieniędzy.

Potem okazało się, że pakiet medyczny dla córki wymaga więcej czasu i pieniędzy, niż się spodziewaliśmy. Było sporo stresu i kombinowania, wreszcie wybraliśmy, podpisałam, zapłaciłam (auć) i, tadam, nadal nie mam jej polisy. A tymczasem termin badania bioder nadszedł i przeminął. A że ja sama mam wrodzone krzywe biodro, co stwierdzono, gdy miałam jakieś 25 lat i było już za późno na wszystko, to TROCHĘ się denerwuję.

W ramach kolejnej atrakcji Kaina zwolniono z pracy. W pięknym stylu, bowiem powiedziano mu, że źle wykonuje swoje zadania i powołano się przy tym na opinie dwóch osób, z których, a jakże, żadna nic takiego nie mówiła, a nawet wręcz przeciwnie. Zabawnym zbiegiem okoliczności firma niedawno zainwestowała w nową, wypasioną siedzibę, Kain zaś miał umowę o pracę, wyrabiał wszystkie premie, prosił o podwyżki i wyrabiał cele do nich wyznaczone, a przy tym lubił wykorzystywać swoje urlopy i wychodzić do domu o ludzkiej porze. Drogo im wychodził, jak mniemam. Najlepsze jest to, że o planach rozwiązania umowy wiedzieli jeszcze przed jego urlopem ojcowskim i przed świętami, ale po co dać człowiekowi więcej czasu, no po co. Jeszcze by sobie podczas urlopu nową pracę znalazł lub, nie daj Boże, nie wydał na Gwiazdkę całej kasy. Kiedy sobie o tym wszystkim myślę, przychodzą mi do głowy różne słowa i frazy. „Gówniarzeria bez wyobraźni” to jedna z łagodniejszych. Nie przepraszam.

Potem zepsuło się zdrowie. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że – jak wiadomo i nie jestem szczególnie zaskoczona – gdy dzieje się coś poważnego, prywatne pakiety medyczne można sobie wsadzić w dupę. Otóż na chwilę obecną wygląda to tak, że albo trzy tysie prywatnie, albo pięć miesięcy oczekiwania na wizytę państwową. Cudnie po prostu, a czas leci i zdrowie razem z nim.

Na koniec Kain się przeziębił i dziecko choruje.

Ja zaś niechybnie wyląduję w Tworkach. Może nawet poczuję się tam swojsko, w końcu do żłobka tam chodziłam. Tak, jest to jakiś plan.

A rzeczywistość skrzeczy

Pierwszy miesiąc bez nianiowania jest o tyle ciężki, że nie ma kasy co tydzień, tylko będzie na koniec miesiąca. Więc z deczka nam się nie dopina budżet, a w dodatku zapłaciłam playowe rachunki na zły numer konta. I teraz mamy zablokowane telefony, bo oni to wprawdzie przeksięgowali (na mój wniosek, już po drugiej prośbie i siedmiu dniach roboczych), ale wtedy sobie przypomnieli o nowym rachunku i nie chcą odblokować. Dla równowagi faktura od jednego mojego klienta miała termin płatności coś z dobry tydzień temu. Nadto sprzedajemy stare telefony i monitor, ale nic nie dzieje się od razu, więc, póki co, trochę panika na tle finansowym.

Dobra wiadomość jest taka, że w pracy się chyba układa oraz że poza pracą też jestem proszona to tu, to tam o jakieś drobiazgi; jeśli więc wszystko ułoży się tak, jak to sobie wymyśliłam, to z czasem będzie nieźle. Trzymać kciuki można.

Jak wrobić klienta w kredyt

Mój mąż spotkał dziś w Złotych Tarasach panią, która zaproponowała mu kartę „na jeden darmowy bilet we wszystkich Multikinach na terenie Polski, do końca roku”. Karta miała być bezpłatna, ale po uaktywnieniu – płatna 8 zł miesięcznie. WTF, 8 zł miesięcznie za jeden darmowy bilet w roku? No, ale lećmy dalej. Kain poinformował panią, że nie chodzi do kina zbyt często. Wówczas powiedziano mu, że jest to karta rabatowa i pokazano listę innych punktów, w których można dostać zniżkę. Zaaferowana panienka opowiadała mu o korzyściach płynących z posiadania wspomnianej karty, aż w pewnym momencie wymknęło jej się słówko: „kredytowa”.

Tak, proszę państwa, jeden z banków rozdaje karty kredytowe podstępem, z partyzanta, mówiąc potencjalnym klientom, że to karty rabatowe, które trzeba tylko aktywować przez telefon.

Nie było mnie przy tym, karty nie widziałam i nie wiem, czy jest na niej/przy niej jakaś informacja, co właściwie się nabyło. Może jest, a może informuje o tym inna panienka podczas rozmowy telefonicznej. Wiem tylko, że idą święta, ludzie mają obłęd nie tylko w oczach oraz za mało kasy, a jakiś bank próbuje wrabiać ich w kredyty w naprawdę wredny sposób. W tym samym centrum handlowym przedstawiciele Citi Banku rozdawali dziś  koperty z tajemniczą zawartością  – być może to ta sama akcja, a może nie. Ktokolwiek jednak miał taki genialny pomysł na pozyskanie nowych klientów, jest, moim skromnym zdaniem niebogatej posiadaczki dwóch kredytów i leasingu, zwykłym chujem.

Tymczasem koniec lata

Burza wisiała w powietrzu od wielu dni. Mimo to wciąż świeciło słońce, było ciepło i pozornie spokojnie. Po jednym ze szczególnie pogodnych dni, spędzonych na dworze, opalonych, upalnych – wreszcie uderzyła i zmiotła, co popadło.

Ponieważ burze są naturalną i pożądaną koleją rzeczy, obecnie stopniowo powraca ładna pogoda. Pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że może jednak tornado nie nastąpi i nie rozwali mi dachu nad głową. Tylko patrzeć, a wyluzuję zupełnie i nikt w najbliższym otoczeniu nie osiwieje, a nawet może ja sama też nie.

Tymczasem koniec lata i właśnie skonstatowałam, że wrzesień już za trzy dni. Wczoraj robiłam duże sprzątanie i ponieważ miałam zajęte ręce, a wolną głowę, mimochodem obmyśliłam plan finansowo-zawodowy na wrzesień. Nie jest to plan przyjemny, ponieważ, nie ma co się oszukiwać, nie stać mnie na luksus rozwijania firmy. Zlecenia owszem, przyjmę coraz chętniej, walcie jak w dym, bo chcę pisać i pisać, i pisać. Ale że jest to dość niepewny chleb, a nadal gardzę etatem (zresztą, w którym mieście miałabym go szukać?), plan zakłada także realizowanie się jako zawodowa ciocia. Jeszcze tylko nie wiem czyja, bo wszędzie na raz nie zdążę.

Drugą częścią planu jest sporządzenie czarnej listy. Na czarnej liście będzie wszystko to, czego we wrześniu NIE kupujemy. Bo jak bym nie liczyła wychodzi mi, że zarabiamy na rachunki, ubezpieczenie i inne stałe koszty – tak na styk. Drugie tyle chętnie byśmy przejedli, przepili, przepodróżowali i wymienili na praktyczne przedmioty codziennego użytku, ale, no cóż.

Jedno, co jest w tym wszystkim dobre, to że mam skille oszczędnościowo-kulinarne. Ugotowanie obiadu za 4 złote, zwłaszcza o tej porze roku, nie stanowi dla mnie problemu i nawet w szczególnie chudych tygodniach z głodu nie umrzemy. Żeby jeszcze tylko koty chciały jeść fasolę! ;)

Siła złego

Muszę sobie napisać na blogasku, bo jak mi Bóg miły, ulewa mi się. Czarna seria zaczęła się wczoraj od imprezy z domowym sushi. Impreza z sushi to zajebista sprawa i było bardzo fajnie, przy okazji jednak nabrudziliśmy strasznie dużo naczyń i podczas ich zmywania zachlapaliśmy wszystko wokół. Bywa. Trzeba Wam jednak wiedzieć, że w wynajmowanym przez nas mieszkaniu między zlewozmywakiem a ścianą zieje dziura miast uszczelnienia, pod spodem zaś znajduje się gniazdko. Takie z prądem. Gniazdko, jak się okazało, odstawało nieco, nad nim zaś sterczała rurka od górnego odpływu w zlewie (nie umiem rysować, więc musicie sobie wizualizować sami). Rurka nie była do niczego podłączona. Tak więc gniazdko było zalewane wodą spływającą po ścianie i dodatkowo wodą z tej rurki, jeśli zlew się przepełnił.

Wszystko to odkryliśmy dopiero dziś rano. Wczoraj po prostu w środku imprezy błysnęło, huknęło, wyłączyły się wszystkie urządzenia i pogasły światła. Bez większych stresów poszłam włączyć bezpiecznik i fajerwerki się powtórzyły. Wtedy trochę się wszyscy zmartwiliśmy, Kain zajrzał z latarką pod zlew, odkrył mokre gniazdko, wytarł je dokładnie z wierzchu i po godzinie czy dwóch spróbowaliśmy ponownie, otrzymując powtórkę efektów specjalnych. Tak więc zabawę dokończyliśmy przy świecach, bez internetów i z coraz bardziej ciepłymi alkoholami (lodówka lepiej działa podłączona do prądu).

Przy okazji okazało się, że co prawda w szafce są dwa bezpieczniki, ale absolutnie wszystko, co mamy w mieszkaniu, podłączone jest do jednego. Ot, sekrety powojennych kamienic.

Rano uznałam, że co było mokre, na pewno już wyschło i faktycznie prąd działał. Przez jakieś pół godziny. Kiedy korek strzelił ponownie, stwierdziliśmy, że nie ma żartów i wezwaliśmy na pomoc Josha, który Potrafi i Się Zna. Josh, złoty człowiek, przyjechał w godzinę, zjadł sushi, naprawił gniazdko, podłączył rurkę, przy okazji odkrył, że mamy w kuchni zimną wodę (właścicielka mówiła, że tylko ciepłą) oraz znalazł przyczynę kopiącej pralki (do uziemienia podłączona jest faza, ha ha). Włączyliśmy bezpiecznik i, o cudzie, prąd działa bez zarzutu.

ALE.

Naszą radość wkrótce zmącił fakt, że naszemu gościowi przestał działać zasilacz od laptopa. Zaraz potem okazało się, że komputer Kaina się nie uruchamia. Wszystko wskazuje na to, że awaria prądu pociągnęła za sobą dość kosztowne konsekwencje. Ponieważ spalony zasilacz w stacjonarnym kompie mego męża już raz wymienialiśmy i już nie chcemy pakować w niego pieniędzy, uznaliśmy, że nie ma rady, trzeba kupić nowy. Kain ma w tej chwili kilkuletniego składaka typu skarbonka, więc rozumiecie. Jednakże komputer do pracy i grania dla Kaina to najmarniej 4 tysiące złotych, więc już się nacieszyłam naszą świeżo zyskaną wolnością od długów. Nowym laptopem, którego mieliśmy kupić dla mnie w najbliższym czasie, też już się nacieszyłam.

Sorry, że ja znowu o pieniądzach, ale zaczynam myśleć, że ciąży na mnie jakieś fatum. Jak już wychodzę na zero, to musi coś od razu pierdolnąć. Zdaję sobie sprawę, że ludzie zaradni mają na takie okazje oszczędności, ale my nie zdążyliśmy jeszcze żadnych zgromadzić.

I tak to. Myślę, że można to podsumować adekwatnym utworem muzycznym z kategorii:  klasyka.

Sufit kapiący nade mną

W domu syf jak jasna cholera. Nie pozmywane, nie odkurzone, pranie nie powieszone gnije w pralce, kwiaty nie podlane. Łóżko się rozkręciło i skrzypi, kiedy się przewracam na drugi bok. Odkurzacz zepsuty: nie ciągnie. Rozpadł się ostatni stołek, automatycznie pozbawiając nas wspólnych posiłków przy stole. Fotele zasiedziane na śmierć (w dwa lata!) – do wymiany. Dziś rano komputer zaśmierdział i zgasł: tym razem już naprawdę trzeba kupić nowy. Tylko trochę nie ma za co. Męża boli głowa; proszka sam nie zażyje, trzeba mu podać. Lawiruję między wieloma pracami, tu coś, tam coś; wiem, sama chciałam, przecież nienawidzę cyrografów.

Jestem zmęczona, przeziębiona, niezadowolona i zła.

Chyba zacznę od herbatki na pms i czekolady.

Co to ja chciałam?

Miałam jakiś pomysł na notkę, ale zupełnie zapomniałam. Ale ponieważ w tym blogu generalnie chodzi o to, żeby pisać, co u mnie, to tak właśnie zrobię.

Doszłam do wniosku, że jeśli nie chcę się zaprzedać korpo (a bardzo nie chcę), to muszę sobie znaleźć dodatkowe zajęcie. Jeden zawód zdecydowanie bowiem nie dostarcza pożądanej ilości środków materialnych. Toteż teraz piszcie do mnie nie tylko wtedy, kiedy macie do ogarnięcia jakieś teksty, korekty albo fejsbuki, ale także wtedy, kiedy macie dziecko. Szlify zdobywałam od szesnastego roku życia, a trenowałam niekiedy i na piątce na raz, więc bez krępacji.

Pomysł jest dobry, w tym tygodniu dwa dni byłam nianią i trzy copywriterką (tak, wiem, że jest czwartek, ale odziedziczyłam po mamie klucz do międzyczasu). Oby tak dalej, to może mój bank znów mnie polubi. Mam też bliższe cele – w następny weekend zamierzam być w górach, których zawsze mi mało, w towarzystwie, którego też mi zawsze mało. Trzymajcie kciuki za pogodę…

Przed wojną wszystko było lepsze

czyli uwaga, będę marudzić.

Posiadam szafę. Szafa ma coś około sześciu lat i się sypie. Ostatnio drzwi trochę opadły i zamykam ją z kopa.
Posiadam też pralkę. Pralka ma ze cztery lata i ostatnio pan od naprawiania powiedział, że podziała jeszcze około roku, a potem będzie trzeba kupić nową. Kuchenka ma koło pięciu i z piekarnika podczas używania śmierdzi gazem. Odkurzacz przetrwał cztery z hakiem, żelazko podobnie.

A ja pamiętam, że kiedy dziecko było dzieckiem, pralki były sprawne ponad dziesięć lat, żelazka się nie psuły, odkurzacza albo, jak mówił mój dziadek, elektroluksu używało się tak samo długo, jak pralki, a szafy miewały 200 lat i były w świetnej formie, jak żwawe staruszki. Patelnie były nieśmiertelne, a kuchenki to już w ogóle ho, ho.

Jeszcze parę lat temu śmiałam się, kiedy ktoś przy mnie mówił, że kiedyś robiono porządne rzeczy, a teraz to takie dziadostwo. Ale wcale mi nie do śmiechu, kiedy muszę kupować co najmniej jeden sprzęt AGD rocznie. Komoda się rozpada. Łóżko szczęśliwie już spłaciłam. Lodówka podejrzanie warczy, ale lodówka jest starej daty, co oznacza, że prawdopodobnie da się naprawić. Na nową pralkę w miejsce tej, co to jeszcze rok podziała, powinniśmy chyba już zacząć odkładać.

Warto do tego wziąć pod uwagę, że jest w Polsce naprawdę wiele gospodarstw domowych, które nie mogą sobie pozwolić na takie sprzęty bez kredytu bankowego. Kolejne rodziny zaciągają kolejne pożyczki na rok, dwa, trzy, żeby kupić sprzęt, który za dwa do pięciu lat będą musiały wyrzucić i zaciągnąć kolejny kredyt na kolejny sprzęt. Nie wiem, gdzie tu sens. Napędzanie gospodarki byłoby skuteczniejsze, gdyby te pieniądze można było przeznaczyć na bardziej różnorodne towary lub usługi…