Archiwa tagu: internet

Przeprowadzka tuż-tuż

Oficjalnie rozpoczęliśmy etap: „Przeprowadzka”, pakując pierwszy, mały kartonik. Kartonik jest częścią imponującego zestawu pudeł, dostarczonego przez Monikę (dzięki!). Spakowałam go zupełnie niechcący – segregowałam rzeczy z jednej szuflady na „zostają”, „wylatują” i „ewidentnie śmieci”. „Wylatujące” idą na razie do kąta, z którego być może uwolni je Bluszczyk, kochająca wszelkie graty, które przerabia na inne graty. A to, co zostało, bez sensu było chować z powrotem do szuflady, nie?

Poza tym dokonałam pięknej sztuczki, rozwiązując umowę z Aster zanim zadzwoniłam do nowego dostawcy. Nowym dostawcą miała być Multimedia, z którą podobno poprzedni lokatorzy, czy też jeszcze poprzedni, mieli podpisaną umowę. I otóż dzwonię dziś, żeby zamówić pana montera, a tu mi mówią, że niestety, nie dostarczamy pod podany adres.

No pięknie. A ja porzuciłam dawne Aster, zamiast zwyczajnie przejść do UPC, bo nie lubię drani za ich zupełnie niedzisiejszą mobilną obsługę klienta. Do telefonicznej obsługi nie można się dodzwonić, na maile odpowiadają po dwóch dniach, przelew do nich idzie sto lat, nie przyjmują potwierdzeń wpłaty mailem… No bzdura do kwadratu. Ale co robić, bez internetu żyć nie możemy ani pracować. Zadzwoniłam do UPC, z tym, że do działu sprzedaży, który, jak się okazuje, odbiera natychmiast, jest miły, kompetentny i pomocny. Zamówiłam usługę, tańszą, niż poprzednia i dwa razy lepszą. Monter przyjdzie w sobotę. Minus: przez miesiąc trzeba będzie płacić i za starą usługę, i za nową (ale z Multimedią byłoby to samo, po prostu okres wypowiedzenia w Aster trwa 45 dni). Plus: będzie internet. Dobry i nie masakrycznie drogi, z wi-fi w cenie, bez kombinowania.

Pakowanie Party w piątek, przeprowadzka w sobotę. Od pierwszego września winda, cisza za oknem i droga do pracy bez przesiadek. Dla mnie, bo Kain wręcz przeciwnie, zacznie się przesiadać.

Nihil novi sub sole

W domu mały szpital – ja chorowałam dwa dni, a teraz Kain choruje. Jestem strasznie zła na to moje chorowanie, bo nie chodząc do pracy, nie zarabiam, a plany miałam ostre (patrz poprzednia notka). Choć i tak nieźle, że ogarnęłam się w dwa dni.

Tatuaż się goi. Myję go i smaruję pilnie co cztery godziny. W pracy pomagają mi małe łapki („A tejaź źdejmiemy kwiatek?”), a w domu duże. Zegarka nie muszę pilnować: jak zaczyna swędzieć, to nieomylny znak, że właśnie te cztery godziny mijają :) A w niedzielę przyjedzie do mnie Hell Photo i zrobi mi nowe zdjęcia pleców, ha!

Poza tym czytam Sapkowskiego pięćsetny raz, bo dostałam pod choinkę i mam wreszcie własny cykl wiedźmiński. Poza tym piszę „Wojnę płci” co drugi dzień, co pochłania sporo energii, ale i dostarcza satysfakcji – trochę jak sterowanie jakimś skomplikowanym urządzeniem, kiedy czasem udaje ci się osiągnąć dokładnie taki efekt, jak zamierzałeś, a czasem nie masz pojęcia, skąd sukces (znienacka). Poza tym rekonwalescencja i, jak zwykle, niewyspanie. I koty jakieś wyjątkowo miziaste.

Musi mróz wreszcie idzie.

Nowy blog ;)

Kiedy ostatnio zakładałam bloga? Nie pamiętacie, co? Ja też nie.

OTO WIĘC JEST. Moje nowe dzieło, rurzowy (no a jakże) dziewczyński blogasek o chłopakach i o tym, jakie mamy z nimi problemy. Będzie: kontrowersyjny, emocjonalny, niepoprawny politycznie. Nie będzie: autobiograficzny, a w każdym razie nie bardzo.

Zapraszam: WOJNA PŁCI
oraz jej fanpage.

Maraton Blox 2011

Znaczy moje trzecie, a w ogóle piąte. Na zdrowy rozum naprawdę nie wiem, co jest pociągającego w siedzeniu z jakimiś ludźmi przy ustawionych w podkowę stołach i pisaniu notek do siódmej rano. A jednak byłoby mi przykro, gdyby nie było w tym roku Maratonu Blogerów.

I tak sobie siedzimy, popijamy napoje oficjalne i nieoficjalne, piszemy notki na zadane tematy, próbujemy wygrywać jakieś konkursy, nic się nie dzieje… i jest fajnie. Może po prostu kręci nas siedzenie przy komputerach do rana?

foto: Hodowca

foto: Hodowca

foto: Hodowca

foto: Hodowca

Pracownia Tekstylia

W tym tygodniu rozpoczęłam weekend w czwartek. Miałam jutro jechać do Krakowa, ale kolejny raz odłożyłyśmy z Najmłodszą tę wyprawę na bliżej nieokreślony termin, w którym nie trzeba się będzie tak szczypać z kasą.

Skoro miałam wolny dzień, zrobiłam kilka konstruktywnych rzeczy,  między innymi napisałam sobie nowe teksty na moją stronę internetową. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to o, proszę, tu jest. Ma też fanpage’a, więc można promować mnie na fejsiku, jak ktoś ma ochotę.

W ogóle to chętne zrobiłabym coś nowego. Jakąś szeroko zakrojoną akcję marketingową z porządnym budżetem, w której można nieco zaszaleć. Nudzę się zawodowo i czuję, że stoję w miejscu, a to bardzo niedobre uczucie, szczególnie w mojej branży. Zatem od dziś będę się modlić o wyzwanie zawodowe.

Na początek jedno.

Przeprowadzka blogów

Już pewnie wszyscy wiecie, bo pisałam o tym tu i ówdzie, ale dla porządku wspomnę i tutaj. Dwa dni temu przeniosłam wreszcie kolejnych kilka blogów na własną domenę. Toteż teraz przepisy znajdziecie pod adresem przepisy.lluca.pl, wiersze pod adresem wiersze.lluca.pl, a rozmowy z Kainem na nietylkoojednym.lluca.pl.

Wszędzie ustawiłam przekierowanie,  więc właściwie przeprowadzka powinna odbyć się niezauważalnie dla Was. Mam nadzieję, że RSS-y też będą działać bez zmian.

Miłego czytania :)

Umrzeć z miłości

Przyjaciółka przysłała mi link do artykułu na pewnej stronie internetowej. W artykule tym (sprzed półtora roku) napisane jest, że  powstała nowa jednostka chorobowa: zespół złamanego serca. Atak tej choroby ma podobno objawy podobne do zawału i występuje bezpośrednio po bardzo stresującym przeżyciu. „Reakcja na silny stres była tak gwałtowna, że u pacjentów rozwijały się objawy kojarzone zwykle z zawałem serca, takie jak ból w klatce piersiowej i utrudnienie oddychania.” – czytamy w artykule i powiem Wam, że to brzmi niezwykle znajomo.

„To naprawdę istnieje! I można na to umrzeć!” – napisała moja przyjaciółka i kazała uważać z pewnym panem i w ogóle.

Co prawda autor artykułu zapewnia, że wszystkie osoby, u których stwierdzono zespół złamanego serca, przeżyły.  Mnie jednak przypomniał się fragment z Kamasutry i pomyślałam, że Hindusi już między I a IV wiekiem n.e. wiedzieli to, co w 2009 tak poetycznie nazwały medyczne autorytety z Japonii.

„Dziesięć jest faz miłości, a cechy ich są następujące:
1. miłość oka
2. skłonność serca
3. pobudzenie wyobraźni
4. bezsenność
5. wycieńczenie
6. obojętność wobec świata
7. zanik wstydu
8. szaleństwo
9. omdlenie
10. śmierć.”


P.S. Uprzedzając pytania: tak, zdaję sobie sprawę, że stresy mogą mieć różne podłoże, nie tylko miłosne ;)

Anioł pokoju i Fejsbuk

Otworzyłam okienko edycji, zamyśliłam się nad tematem wpisu i okazało się, że najlepszy pomysł, jaki mam, to notka o choinkach naturalnych i choinkach sztucznych. Ponieważ jednak mamy dopiero listopad i nawet u mnie christmas panic jest dopiero w fazie wstępnej, daruję Wam. Poszłam zatem na fejsa, bo przypomniało mi się, że tam na stronie mojego bloga (klikać w widget po prawej) zadałam jakiś czas temu pytanie, o czym życzycie sobie poczytać. A potem, po krótkiej dyskusji (pozdrawiam Moriego), zupełnie o tym zapomniałam.

No więc klikam sobie beztrosko w odpowiedni odnośnik… i widzę komunikat: „Przepraszamy, ale ten profil jest obecnie niedostępny. Spróbuj ponownie później”. Nic to, myślę, i próbuję ponownie od razu. To samo. I jeszcze raz. Spanikowałam, mówię Wam. Kiedyś mi usunęli pewien służbowy profil i nigdy nie odpowiedzieli na żadnego maila, więc jestem z lekka wyczulona. Dwa nerwowe posty na blipie i pięć minut później strona zadziałała poprawnie, ale ja oczywiście już zdążyłam wymyślić sto możliwych przyczyn niedostępności mojego fanpejdża i wszystkie mnie zdenerwowały.

Dokładnie to samo mam w innych życiowych sytuacjach. Na przykład dziś rano (pojęcie względne, ale w końcu jest niedziela). Leżałam jeszcze w łóżku i z pewnością nie zamierzałam rozpoczynać dnia przez co najmniej kwadrans, kiedy przyszedł sms. Nie odebrałam go, ponieważ ryzykowałabym urażeniem miłości własnej mego męża, ale przez głowę przeleciało mi wszystko, co usprawiedliwiałoby zakłócanie miru domowego w niedzielny poranek. Wersja najbardziej optymistyczna zakładała wizytę mile widzianego gościa, a najbardziej pesymistyczna – śmierć w rodzinie.

Tak, oto ja, Anioł Pokoju, Mistrzyni Ciętej Riposty, Kobieta z Kamienia. Alias Drama Queen. Niech ktoś ma w opiece moje otoczenie, jeśli kiedyś na przykład moje dziecko skutecznie ukryje się pod stołem, czy coś.

Maraton Blox 2010

Jeśli dziś jest sobota, to jestem w Mikołajkach. Tak, wiem, że miałam być w Beskidach, ale nastąpiła, prawda, mała zmiana planów. Bywa. Nawet często.

Z maratonem chodzi o to, że siedzimy całą noc i piszemy na blogu maraton.blox.pl – szczerze mówiąc, póki co kolejne wpisy powstają tam szybciej, niż nadążam czytać. Ale czytam wolniej, niż zwykle, bo wczoraj nadużyłam napojów wyskokowych. Albo przez to, albo przez coś innego trochę mnie telepie i w ogóle umieram. Natomiast odkrywam uroki bycia kobietą. Kobiecie zamawia się i donosi herbatkę, podaje się niezbędne przedmioty, nosi się jej torbę i sprawdza, czy kobieta jest cała i zdrowa. Podaje się jej lekarstwa, jeśli nie jest, pyta, czy pomogły i zabawia rozmową (kobietę się zabawia, nie lekarstwa). Żeby nie było za dużo obowiązków dla jednego opiekuna, robi się to w tandemie.

W zamian kiwam białą rączką, ślę uśmiechy i proszę o jeszcze. Nie jest źle być mną ;)

Łańcuszek

Jenny zaprosiła mnie do zabawy w „co lubię”. To miły blogerski łańcuszek, który skłania do pomyślenia o rzeczach ciepłych i przyjemnych.
Poniżej 10 pierwszych, które przychodzą mi do głowy. Kolejność przypadkowa.

1. Całować się.
2. Czytać książki.
3. Pisać. Sama czynność sprawia mi ogromną, wręcz fizyczną przyjemność.
4. Góry. To miejsce, w którym krzyczę z czystego zachwytu.
5. Drogą prostych skojarzeń: seks. Co tu kryć.
6. Spotykać się ze starymi przyjaciółmi i przypominać sobie, jak nam się dobrze rozmawia.
7. Zapach pomarańczy.
8. Wstawać późno, nie spieszyć się, spokojnie planować dzień.
9. Poznawać ludzi.
10. Podróżować.

Jenny, ile z tego obstawiałaś? ;)

Do zabawy zapraszam Królową Nocy, a Was pragnę przy okazji skierować na bloga osoby, od której, przynajmniej dla mnie, gra się zaczęła: Raj Lal.