Archiwa tagu: internet

Lepiej późno, niż później

Po znajomych blogach krąży od jakiegoś czasu zabawa w wypisywanie stron, które podpowie Wam przeglądarka po wpisaniu kolejnych liter alfabetu. U mnie wygląda to tak:

A- blip Alquany (nie wiem czemu, czytam ją raczej na bieżąco, z kokpitu)
B – ten blog
C – strona CinemaCity
D – sex shop dowcipnie.com
E – portal o edukacji
F – facebook
G – grooveshark (nie wchodzę tam wcale, używa go Kain na swoim komputerze, więc nie wiem)
H – też ten blog
I – blip Iskanny (ani ja nie używam, ani Kain ;p Więc też tajemnicza sprawa)
J – jakdojade.pl
K – strona kina Atlantic
L – moja „zupka”
M- strona Multikina
N – blog z naszymi dialogami
O – blip Orkana (to już zrozumiałe)
P – pogodynka
R – rezerwacja biletów w Kinotece (nie żebyśmy tak często chodzili do kina, ale faktycznie w zeszłym tygodniu sprawdzałam repertuar tu i ówdzie)
S – blipowe szmery-bajery
T – tvn24.pl
U – ugotuj.to
W – mój blog kulinarny
Y – youtube
Z – zrzuta.eu

Jeśli coś robisz, rób to porządnie, czyli o oszczędności w e-marketingu

Mimo, że tytuł w zasadzie mówi wszystko, pozwolę sobie nieco rozwinąć myśl. Siedząc trochę w internetowym marketingu i chcąc w nim siedzieć nadal, rozglądam się to tu, to tam, surfuję po stronach, gadam z potencjalnymi klientami i co widzę? Widzę wielki, ogromny, potężny tumiwisizm.

Pierwszy z brzegu przykład: firma, w której pracowałam, dostała zlecenie na wypozycjonowanie jakiejś strony. Zaglądam na tę stronę, której mam zrobić dobrze, a tam byki, literówki i Sodoma z Gomorą. W tym, na przykład, nazwy polskich znanych zespołów napisane z błędami. Cały zapał do pracy mijał mi jak ręką odjął, słowo daję. Klientowi też zapewne minie zapał do kupowania produktów tej firmy, a przynajmniej tak wynika z przeprowadzonej dziś przeze mnie na blipie krótkiej ankiety. Jasno z niej wynikło, że większość osób zwraca uwagę na błędy na stronach www i co więcej,  mają on wpływ na decyzję o skorzystaniu z usług danej firmy. „Nie kupuję u firm/sprzedawców, którzy nie dbają o jakość kontaktu ze mną” – skomentowała Femininity i podpisuję się pod tym obiema rękami.

Inna sytuacja: poszukując zleceń, wpadłam na pomysł nawiązania kontaktu z internetowym sklepem dla dorosłych. Nie będę piętnować po imieniu, bo sklep sam w sobie wygląda na bardzo dobry i czemu mam im robić koło pióra. Ale! Oprócz sklepu firma posiada także blog. Super sprawa, cool i na czasie, każda dobra firma powinna mieć blog. Zajrzałam więc i oniemiałam. Artykuły, powiązane tematycznie z gadżetami oferowanymi przez sklep, były najeżone błędami i stanowiły swoiste arcydzieło stylistyczne. Zaproponowałam wspomnianej firmie, że zaopiekuję się tym blogiem, ale kiedy przyszło do rozmowy o stawkach, temat upadł.

Kolejna historia: prowadziłam rozmowy z firmą, która szukała kogoś, kto poprowadzi marketing w internecie, między innymi profil na blipie. Moja stawka okazała się za wysoka, domyślam się więc, że zatrudniono kogoś innego. Skutek jest niestety taki, że blipowe konto tej firmy jest prowadzone nieregularnie, niestarannie, bez znajomości zasad rządzących serwisem, a nawet bez wielkich liter na początku zdania. Przykre.

Wszystkie trzy sytuacje łączy jedno, a mianowicie oszczędzanie na osobach, które mogłyby profesjonalnie napisać teksty na stronę internetową lub choćby zrobić korektę, napisać serię artykułów na blog poprawną polszczyzną albo poprowadzić profil tak, żeby informacje dotarły do zainteresowanych i przy okazji nie raziły niestarannością. I powiedzmy sobie jasno: tego nie zrobi dorabiający sobie na piwo student. Jeśli ktoś zgadza się wykonać pracę za małe pieniądze, to tyle dokładnie jest ona warta – niewiele. Z kolei można dość bezpiecznie założyć, że jeśli ktoś z doświadczeniem oferuje nam swoje usługi w średniej cenie obowiązującej w tym zawodzie, to są one warte co najmniej tyle, ile za nie zapłacimy. Co najmniej, bo płacimy raz, a teksty zostają i raz na jakiś czas naprawdę ktoś je czyta. A od tego, komu pozwolimy kreować wizerunek firmy w internecie, zależy jak zapamiętają nas potencjalni klienci.

Gwoli wyjaśnienia dodam, że niniejszy wpis powstał z frustracji sięgającej dalej i głębiej niż poszukiwanie zleceń dla mojej firmy. Powstał przede wszystkim z frustracji wszechobecnym językowym niedbalstwem, na które w sytuacjach oficjalnych – a taką jest sytuacja kontaktu firmy z klientem – absolutnie nie powinno być miejsca.

Nienawidzę gier komputerowych

Nie chodzi tylko o to, że ja nie lubię grać. Zresztą bywają gry, które sprawiają mi przyjemność, zwykle proste gierki logiczne albo zręcznościowe. Nigdy natomiast nie wkręciłam się w Heroesów, WoW-a, Baldur’s Gate ani żadną inną grę strategiczno-strzelaną, w której bohater zbawia świat, a ogromne potwory padają od dwóch ciosów jego małego mieczyka. Mało tego, nie lubię też, kiedy inni grają. Mogę sama sobie tłumaczyć, jak sołtys krowie na miedzy: że każdy ma jakieś hobby, że człowiek ma prawo się zrelaksować, że moją pasję do pisania bzdur w internecie tez nie każdy rozumie i tak dalej, i tak dalej – nie pomaga. Nie trawię i już.

Naturalnie mężczyźni mojego życia uwielbiają gry komputerowe. Przynajmniej dwóch moich przyjaciół lubi grać, uwielbiał to (zapewne lubi nadal) mój były narzeczony i – oczywiście, jakżeby inaczej – bezpośrednia przyczyna tego wpisu, czyli Kain.

Siedzą przy komputerach i napierdalają te potwory. Godzinę, dwie, trzy. Nie kumam tego. Patrzę na jatkę, słucham ryków, a scyzoryk w mojej kieszeni pomału zamienia się w tasak, topór, bazookę. Błagam o słuchawki, o większe mieszkanie, o uwagę, wszystko na marne. Kiedy mieszkałam z byłym narzeczonym, jego gry były stałą kością niezgody – tym większą, że mieliśmy jeden komputer, a w dodatku ja wówczas nie blogowałam i trudniej mi było zrozumieć, że ktoś  siedzi pół dnia przed ekranem. Wyższość Baldura nad pragnącą zainteresowania kobietą stała się w końcu jedną z przyczyn, dla których piszę to w czasie przeszłym.

Jednak jest rzecz gorsza od grającego faceta: facet grający online. Mój luby, włączając grę, włącza jednocześnie komunikator głosowy, dzięki czemu mogę na bieżąco śledzić przebieg walk na podstawie dobiegających z głośników rozmów graczy. W weekendowe przedpołudnia dialogi te łagodnie budzą mnie ze snu, a nim obudzą, przenikają do moich sennych wizji, zamieniając je w fantastyczne horrory, które potem godzinami tłuką mi się w głowie.  Bosko, prawda? W ogóle nie ma jak kilkugodzinne słuchanie obcych głosów w kawalerce – lepsze od telewizora, którego świadomie nie posiadam.

O kompromis trudno. Proszę lubego o używanie słuchawek, ale nie zawsze o tym pamięta, nadto wtedy z kolei denerwuję się, że nie ma z nim kontaktu (zakładając, że nie śpię). Zresztą problem w tym, że sam widok mężczyzny grającego doprowadza mnie do furii i kompletnie nic nie umiem na to poradzić. Po prostu nienawidzę gier komputerowych…