Archiwa tagu: jesień

Oto widzisz, znowu idzie jesień

Lato rozpieszczało nas w tym roku. Piękne, gorące, słoneczne i długie. Tym bardziej przykro, gdy leje i wieje, a chłód znienacka zmusza do zamykania okien.

Na przekór pogodzie (oraz pod wpływem faktu, że dziecko niewietrzone to dziecko złe) wybraliśmy się dziś na długi spacer. Kalosze, kaptury i jazda. Na lody, a co. Lody były wielkie i pyszne (polecam lodziarnie Limoni), a gdy już zjedliśmy całe i zrobiło nam się zimno, poszliśmy znów na deszcz, żeby podziwiać pobliską bażantarnię. Lało coraz bardziej, a my godzinę podziwialiśmy pawie, bażanty, papugi i koguty (ostatnia fascynacja Licha, które uwielbia, gdy kogut śpiewa).

Wróciliśmy mokrzy, zmęczeni i zmarznięci, ale szczęśliwi. Ogromnie lubię takie rodzinne dni, gdy mamy czas na wspólny spacer, bycie razem, zajęcie się sobą i sobą nawzajem. No i ta uszczęśliwiona mina córki, gdy idzie chodnikiem trzymając nas oboje za ręce :)

Tookah

Zachwyciłam się, zupełnie nagle, albumem Emiliany Torrini, którą dotąd znałam tylko z hitu „Jungle Drum”.

Płyta „Tookah” jest w zupełnie innym stylu, poetyczna, tajemnicza, szepcząca. Słucham jej dużo i inspiruję się.

I sporo myślę o górach.

Na dwa kolejne weekendy zostaję sama, bo Cain rozbija się po konferencjach. Pewnie, że zjada mnie zazdrość, też bym się tu i ówdzie porozbijała. I obawa, jak ja sobie, biedactwo, poradzę sama.

Poza tym? Poza tym czuję się dobrze. Nie liczę kalorii, nie patrzę na wagę, lepiej śpię, bo córka śpi lepiej. Mam doskonały humor i czuję się świetnie. Znalazłam sposób, żeby więcej jeść, ćwiczę, gdy chcę, rozważam jogę, mam dużo nowych pomysłów. Zawsze jesienią mam dużo nowych pomysłów, a jesień jest w tym roku piękna.

Te pomysły zasną na zimę, bo już niedługo zrobi się szaro i melatoninka jak mi przyłoży, to się nogami nakryję. Ale to nic nie szkodzi, wróci wiosna, baronowo, a z nią i moje Plany.

Nie mogę spać, bo trzymam brzuch

Młoda chyba przestała sypiać, a z nią i ja. To znaczy zasypiam praktycznie bez problemów, ale budzę się często i śpię źle, regularnie kopana po wątpiach. Albo znakomicie śpię, twardo i całą noc, za to z moich snów można by skleić kilka całkiem zgrabnych horrorów.

W dzień też nie śpi. Kopie, wierci się, układa. Z brzucha wyrastają mi jakieś wypustki, dziwaczne, ruchome i tymczasowe. Bardzo to śmiesznie wygląda. W dziewiątym miesiącu ciąży najbardziej niesamowite jest to, że w środku, w brzuchu, ma się już całkiem gotowego człowieka. Normalnie, dziecko – odrębny byt – tylko że we mnie, wewnątrz. Ona sobie tam siedzi, bawi się, coś sobie myśli, ma swoje nastroje, nie zawsze zależne od moich, lubi inne rzeczy, niż ja, żyje swoim rytmem. W moim brzuchu. Ogromnie to dziwne.

To 37 tydzień i mam już trochę taki syndrom, że NIC nie gotowe przecież. Łóżeczko nie skręcone, spadająca komoda nie przytwierdzona, zalana ściana w sypialni nie naprawiona. Torba nie spakowana. Nie mam kapci, szlafroka, koszul – w domu nie używam, nie zdążyłam kupić. Ubranka nie uprasowane. Pieluchy, kosmetyki – nie kupione. Nie ma wózka, wanienki, niczego nie ma, Kononowicz mode.

A jeśli jutro zacznę rodzić? Ha?

W czwartek, zamiast nawiedzać groby bliskich, pozowałam do zdjęć. Zanim się obejrzałam, minęło pięć godzin sesji. Męcząco, nie powiem, ale bardzo chciałam mieć ich trochę – na pamiątkę. Pewnie jeszcze kiedyś będę w ciąży, ale w tej wyglądam całkiem nieźle i chcę mieć na to dowody :) Dziś wybraliśmy się na spacer, także z Helly uzbrojoną w aparat. Tak się jakoś złożyło, że był to mój pierwszy jesienny spacer w tym roku. Początek jesieni przegapiłam z powodu przeprowadzki i zepsutego kręgosłupa, potem też jakoś nie było siły i czasu. Dobrze się dotlenić, choć po spacerze oczywiście padłam i spałam ponad godzinę. W ogóle codzienne drzemki wchodzą mi w zwyczaj, nie ma siły, trzeba jakoś uzupełniać deficyty. Staram się nie myśleć o tym, ile rzeczy pozostaje niezrobione, ilu ludzi – niespotkanych i tak dalej.

Dziś poza tym minęły cztery lata od dnia, gdy wybrałam się do herbaciarni z pewnym poznanym na imprezie, mrocznym gościem. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że nie tak długo potem ten gość zostanie moim mężem i ojcem mojej córeczki, postukałabym się tylko w głowę. A jednak. Okazję uczciliśmy kwiatami i czekoladą.

Melancholijna poro, oczu oczarowanie

Jesień poznaje się po pierzchnących ustach i szorstkich dłoniach. Nagle, z dni na dzień, smaruję, wklepuję i nic. Pora na balsamy i cienkie rękawiczki, na krem do rąk w każdym pokoju i kupowanie kolejnych pomadek.

Jesień poznaje się też po chęci na gotowanie. Wczoraj spontanicznie ugotowałam wielki gar pomidorowej – do odgrzewania i picia w kubku po powrocie do domu. Nie ma nic lepszego na rozgrzanie ciała i ducha, niż kubek domowej zupy zaraz po przekroczeniu progu. Zrobiłam też gulasz na co najmniej dwa dni, rozgrzewający, z cynamonem, pyszny. A że ostatnio kocham kasze, ugotowałam do niego kaszę jęczmienną i aż się nie mogę doczekać dzisiejszego obiadu.

Jesień trzeba celebrować. Nie przeganiać, nie narzekać, nie tęsknić za latem. Trzeba piec ciasto, grzać wino, doprawiać herbatę imbirem i miodem, palić świece, zbierać kasztany i kupować puszyste swetry. Trzeba siadywać na kanapie, pod kocem, z książką i kubkiem czegoś dobrego. Trzeba kupić glog i nie oszczędzać go.

Wszystko to, a nawet jeszcze więcej, zamierzam robić pomiędzy pracą a szykowaniem różnych rzeczy dla małej. W planach między innymi pierwsza samodzielnie ugotowana zupa dyniowa. Dam Wam znać, jak wyszła ;) Chcę też pojechać w Bieszczady, odpocząć, powdychać pachnące powietrze, przewietrzyć umysł. Trzymajcie kciuki.

Zapachy jesieni

Mieszkanie źle pachnie. Niewłaściwie. Nie po naszemu. Może to farba na ścianach, niedawno odświeżana, może kurz, może wentylacja, nie wiem. Wracam z pracy, otwieram drzwi i mi śmierdzi. Nie w sensie, że coś wydziela nieświeży zapach, tylko w sensie, że to nie mój dom. Okropne uczucie.

Tymczasem wszyscy, którzy już mieli okazję nas odwiedzić, chwalą bardzo. Że piękne. Że te kolory na ścianach super. Że kuchnia ładna. No ujdzie, myślę sobie, jakoś ujdzie, no my też uznaliśmy przecież, że ładne, brzydkiego byśmy nie wzięli. Ale jakoś tak – nie tak. Bo ten zapach. Nie nasz. Doszło do tego, że rozpylałam po mieszkaniu swoje perfumy, ale wystarczało tylko na chwilę.

Aż Cain powiedział: „Trzeba upiec ciasto!” Kupiliśmy więc dziś dwa kilo śliwek, siostra przyniosła dwie spore blaszki i zrobiłam placek ze śliwkami. Dwa placki. Cały dom pachnie ciastem, które wyszło pyszne, ale sycące, dzięki czemu nie zostało pożarte w całości (a może dzięki lodom, z którymi je podaliśmy). Kupiliśmy też zapach do łazienki (bo choć niewątpliwie woń kociej kuwety jest dość swojska, to może nie do końca jest to ta swojskość, o którą nam chodzi) i pachnące świece. Nie wiem, może będzie lepiej.

A ciasto ze śliwkami to takie coś, co musi być we wrześniu. Pyszne, słodko-kwaśne, posypane cukrem pudrem. Trzeba to sobie powiedzieć wprost – zaczyna się jesień. Teraz będą ciasta, herbata z korzeniami, glog i wieczory pod kocem. Też dobrze.

A twoja stara pali w piecu

Urodziłam się w Warszawie i przemieszkałam na Ochocie, w budynku przedwojennym, z sufitem na wysokości prawie czterech metrów, ale z centralnym ogrzewaniem, dwa lata, zanim moi rodzice postanowili zbudować dom pod miastem. Dom budowali latem, a kiedy już zbudowali, mieli tam piec gazowy. Skrzynka gazowa była za domem i kiedyś ciotka nakryła mnie i mego przyjaciela na podpalaniu pobliskich suchych traw i próbach zgaszenia ognia piaskiem. Ogień był czarną magią, a piasek białą, i ta biała, jak to w życiu, nieco przegrywała, a płomień coraz bardziej zbliżał się do skrzynki, na którą nie zwracaliśmy najmniejszej uwagi , bo i po co – nikt nam nigdy nie mówił, że ona jest jakoś ważna. Burę uznaliśmy za grubo przesadzoną.

Następnie moi rodzice się rozwiedli (ale bez związku z gazową skrzynką) i znów mieszkałam w przedwojennym budynku, a potem w wielkiej płycie na Ursynowie, która do dziś wydaje mi się klaustrofobiczna, aczkolwiek, co cenne, również ma centralne ogrzewanie. Później z własnej woli przeprowadziłam się do kolejnej wielkiej płyty, znów na Ochotę. Teraz jestem dumną mieszkanką Pragi Południe, wreszcie ponownie w kamienicy z uczciwej cegły, choć do sufitu również nie jest daleko. I jest centralne ogrzewanie.

Jak widać, nigdy nie musiałam palić w piecu i, co istotniejsze, nigdy nie mieszkałam w okolicy, gdzie się domy ogrzewa piecami. W bezpośrednim sąsiedztwie nadal nie mam takich domów, ale są one niedaleko, na Gocławku, gdzie spędzam trzy-cztery dni tygodniowo, opiekując się dziećmi. I po raz pierwszy w moim prawie trzydziestoletnim życiu jesień pachnie dla mnie dymem z kominów. Dym ma piękny, dymny zapach, snuje się siwo i pachnie najbardziej wieczorami, kiedy już po ciemku wychodzę z pracy w chłodne powietrze. A najlepsze jest to, że mimo mojej miastowości, niewiedzy i zawsze oczywistego centralnego, od razu wiedziałam, co to za zapach. Zapach dymu z pieca, zapach jesieni, zapach dobrze ogrzanego domu i ciepłej cegły, który tak pięknie się miesza z wonią liści.

Nie mam – oczywiście –  bladego pojęcia, czym się pali w takim piecu. Czy najlepiej węglem? Ale może najdrożej i dlatego raczej pali się zbieranymi przez całe lato kawałkami drewna, papierami, sklejką z mebli i czym tam jeszcze? Sentyment i niewyrobiony piecowo węch mówią mi, że zapach, który czuję wieczorami na Gocławku, to palone drewno. Ale od sentymentu centralnie ogrzewanej panienki z Ochoty do historycznej prawdy starych praskich kamienic jest pewnie droga długa jak Saga o Ludziach Lodu. Może dlatego tak mnie rozśmieszyły posty A., który z piecami w sąsiedztwie ma do czynienia nieco dłużej: o, ten i ten. Jakby ktoś się zastanawiał, skąd mało sentymentalny tytuł.

Notabene teraz mam najlepiej, bo prócz centralnego mamy też wspólnotę mieszkaniową, co oznacza, że w pierwszy zimny dzień jesieni pani Zosia dzwoni do pani Basi i mówi: „Basieńko, zimno, może by tak włączyć kaloryfery?” To znaczy nie wiem, czy tak to było, ale grzali już od pierwszych wrześniowych chłodów. Za co im chwała.

Jesień, jesień

Zgubiłam:
pęsetę (jedyną i dobrą)
pędzelek do malowania oczu (jedyny dobry)
gripex (ale znalazłam)
tubę z rozpuszczalnym wapnem dla alergików
i coś jeszcze, ale zapomniałam, co to było. Pewnie głowa.

Jesień jest piękna, kolory nasycone, a w powietrzu coś takiego, że mi całkiem urywa od mózgu. Dla mnie jesień zawsze była bardziej, nazwijmy to, inspirująca, niż wiosna. Tak więc nie powinnam się dziwić, że jakieś szaleństwa się dzieją (i wcale nie wszystkie ja robię, chciałabym podkreślić). Ot, październik, tylko noc, noc deszczowa i wiatr, i alkohol, że tak poetą zarzucę.

Normalna sprawa, więc chill out, mała. A w razie czego zawsze można wezwać pomoc, są ludzie niezawodni, którzy przyjmą pierwsze uderzenie na swoją szeroką, męską klatę, naleją drinka, nakarmią, wysłuchają, opieprzą, kiedy trzeba. I, przy odrobinie szczęścia, nie skomplikują wszystkiego do reszty.

Pęsetkę i pędzel się odkupi, wapno też, a i cała zagubiona gdzieś po drodze reszta się odnajdzie. Poza tym przyjdzie mróz i zetnie także nasze wariactwa. A na wiosnę… na wiosnę wszystko będzie lepsze.

Wrzesień, czyli notka z porannego autobusu

Nie piszę, bo średnio mam kiedy i średnio mam o czym. Układam sobie plan zajęć na najbliższe tygodnie, trochę mniej napięty, niż myślałam,ale to dobrze, będzie czas na szukanie nowych zleceń. Zaczynam ciekawy projekt na facebooku, jeśli przyniesie takie efekty, jak zakładam, to będę z siebie bardzo dumna. Przymierzam się do kolejnego zawodowego wyzwania, czegoś nowego – uwielbiam robić nowe projekty, niepodobne do żadnego z poprzednich. Poza tym zastanawiam się nad założeniem firmowego bloga, ale boję się, że będę go zaniedbywać.

Co jeszcze? Parę ważnych planów i rewolucji wewnętrznych, parę postanowień i mentalne przygotowania do jesieni. I czekam, aż kasztany się sypną :-)

Dobre chwile jesieni

…to te, kiedy kładziemy się wieczorem do łóżka i uchylamy okno, żeby przed snem posłuchać deszczu. Leżymy blisko siebie, trzymając się za ręce, stykając się głowami, ciepło przykryci. Któryś kot siada na parapecie i wystawia nosek na zimne powietrze, a za oknem szumi, pluska, hałasuje i plumka. I tak prawie zasypiamy, a tylko dlatego prawie, żeby potem jednak zamknąć to okno i się nie przeziębić ;-)

Nie będzie wiosny

W szkole podstawowej uczono mnie, że są cztery pory roku, a w Polsce nawet sześć, licząc z przedwiośniem i czymś jeszcze, nie pamiętam, może babim latem. Otóż dla mnie są dwie: ciepła i jasna oraz zimna i ciemna. Ta pierwsza w sposób oczywisty reprezentuje Dobro, druga zaś Zło. Latem budzę się rano, widzę słońce i szkoda mi dnia w domu. Wrzucam na siebie jakąś lekką szmatkę i pod byle pretekstem wychodzę. Zimą budzę się w południe, rzucam okiem w stronę okna i widzę ciemność. Ciężkie, szare chmury tuż nad głową, ilość światła, która wystarcza tylko, żeby podkreślić bury beton bloku naprzeciwko i czarne, gołe gałęzie drzew. Fuj. Ale walczę ze sobą, wstaję, staram się nie zapalać od razu lamp, tylko złapać choć trochę tego tak zwanego światła dziennego. Ale kiedy o 15.00 robi się wieczór, a dodajmy, że jeśli wychodzę do pracy, to zazwyczaj plus-minus o tej porze, naprawdę jest mi ciężko. Ok, nie marznę – jest centralne ogrzewanie, szczelne okna, ciepłe ubrania (nie znoszę się grubo ubierać, ale już trudno), gorące napoje. Nie muszę wychodzić z domu o świcie, kiedy jest najzimniej. Nie muszę, dajmy na to, wystawać w kolejkach przed sklepem. Cieszę się bardzo. Tylko tak strasznie brak mi światła i słońca!

A to dopiero listopad. Jak co roku jestem głęboko przekonana, że wiosny nigdy nie będzie.