Archiwa tagu: kobiety

The best of the bests

Dobra, no więc mam taki problem, że muszę być zajebista. Muszę być dobrą mamą, dobrze się zajmować domem (nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o codzienne mycie podłóg, tylko raczej, żeby nie tonąć w brudzie, a tonę, piszę z dna), muszę mieć wartościowy obiad dla dziecka i świeże jedzenie w lodówce, a zarazem uśmiechać się do męża, uczesana być i wydepilowana, czuła i wspierająca, i jeszcze muszę być dobra w pracy, bo jak mi spada poziom, to mnie szlag trafia, że nie wspomnę o milionie maili z poprawkami. Muszę zarabiać, wydawać, bo samo się nie kupi, spacerować, karmić, dbać i dogadzać, a, i zapomniałam, że jeszcze muszę być dobrą przyjaciółką, sąsiadką, kochanką, siostrą.

Takie mam ciśnienie, żeby to wszystko robić może nie najlepiej, ale dobrze, żeby niczego nie zaniedbywać i sama przy tym być zadbaną.

No bo jak to – obiadu dziecku nie dam? Mężowi odmówię tête-à-tête, zarzucając nieświeżą grzywką? Okruchy muszkom owocówkom na stole zostawię (plaga)? Prania nie zrobię i co będziemy nosić? Kasy nie zarobię i za co na wakacje? Przyjaciół w potrzebie spuszczę na drzewo?

Nie mogę, no nie umiem. I tak się staram, i tak daleko mi do ideału, zamiast dziecku dawać dobry przykład, to ja przy stole klepię w komórkę pisząc tę notkę, na podłodze mam syf, nie obcięte paznokcie i nie wysłane maile, i cos mi śmierdzi w kuchni. I tyle mi to wszystko pochłania czasu, tak bardzo nie mam kiedy spać, odpoczywam rzadko, tak strasznie nie mam siły. Oraz nie pamiętam.

Znacie to, nie? Poradźcie mi, co robić, jak żyć, gdy nic się nie da odpuścić, bo przecież jak się potem nazbiera, to zaleje po czubek głowy. Bul, bul.

Gdzie są moje okulary

Ze zdziwieniem patrzę dziś na świat, nieograniczony ramkami okularów. Do góry, w dół i na boki – wszędzie widzę. Dużo i z daleka. Z bliska gorzej, ale też co nieco; na przykład w lustrze widzę, że:
– nos mam bardzo długi
– wory pod oczami
– oczy w ogóle duże, lecz o dziwnym jakimś kształcie
– i tak jakoś strasznie dużo miejsca między policzkiem a okiem.

Wszystko to maskowały dotychczas okulary. Maskowały od dwudziestu kilku lat, stanowiąc dominujący akcent w mojej twarzy. Kochałam je za to, było nam razem bardzo dobrze, lecz teraz moja córka wciąż mi je zabiera i uznaliśmy, że w soczewkach kontaktowych będzie lepiej i bezpieczniej.

Cierpię.

Umiem się malować tylko pod okulary. Umiem czytać tylko w okularach. W soczewkach trudniej, nie mówiąc o pisaniu na komputerze. W ogóle, jak się okazuje – nie bardzo umiem patrzeć. Człowiek bez okularów musi się wysilić dużo bardziej, niż ten, co ma szkiełka. Na przykład nigdy dotąd nie miałam tak, że za każdym razem, gdy przenoszę wzrok na inny przedmiot, muszę się skupić chwilkę i mrugnąć, zanim dostroi mi się ostrość. Podobno każdy tak ma, a że soczewki kontaktowe bardzo nieznacznie zmieniają  naturalną optykę człowieka, to teraz mam tak i ja. W okularach nie miałam. Z czytaniem zaś jest ponoć tak, że okulary pomagają skupić obraz, który mamy przed nosem. Kontakty nie pomagają i tekst bardziej „pływa”. To znaczy mnie pływa, normalnemu człowiekowi pewnie nie, bo od dziecka umie czytać bez okularów.

I tak oto dwadzieścia parę lat protezowania rozleniwiło mnie i oduczyło normalnego patrzenia. Podobno się przyzwyczaję, ale może to potrwać nawet kilka tygodni. Poprzednim razem, jakieś 5-6 lat temu, nie przyzwyczaiłam się wcale. Źle widziałam w soczewkach i koniec. Może teraz będzie lepiej; dziś nie przeszkadzały mi, dopóki nie usiadłam do pisania.

W sumie najbardziej motywuje mnie myśl o ciemnych okularach. Kapelusz, ciemne okulary i szminka – z takim arsenałem kobieta może wszystko!

Papiloty

Było tak, że umówiłam się z sąsiadką na basen. Ten słony. We dwie raźniej, a sama to się nawet do sauny wstydziłam pójść. Bo jeszcze nigdy nie byłam, taka mało światowa jestem. No i ona, sąsiadka, nie sauna, przyszła po mnie rano. Niedawno wstana, ubrana normalnie, nieumalowana.

I wyglądała jak pieprzony milion dolców.

A ja w mentalnych papilotach i realnych nie umytych włosach, w ciuchach, które chwilę temu wydawały się w porządku (czyste, nie bardzo stare), na szybko oskrobana maszynką do golenia, żeby nie było wstyd w kostiumie. (I starsza o blisko dekadę, tak.)

Poszłyśmy na ten basen, popływałyśmy, weszłyśmy do sauny suchej i do sauny parowej, a nawet oblałyśmy się wiadrem zimnej wody. No, niecałym. Wracając kupiłyśmy sobie kosmetyki – dla samopoczucia – i ciastka – dla urody. Było bardzo fajnie, bo ja moją sąsiadkę ogromnie lubię.

A gdzieś po drodze zrobiłam mocne postanowienie: nigdy więcej papilotów.

 

Elegancja srancja (wpis zawiera marudzenie)

Skoro święta, blondynka chciała ładnie wyglądać. Sukieneczki, buciczki nowe, czerwone, szał ciał. Buty są za małe i im dalej w nich wędrowałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że o cały numer, choć przy mierzeniu w domu zdawały się ledwo ciut przyciasne w palcach, drobiazg do rozchodzenia. Otóż nie. Czuję się w nich jak Mała Syrenka z wersji oryginalnej i, idąc ulicą, nie mogę myśleć o niczym innym, niż ból stóp. No, chyba, że akurat sobie przypomnę o zostawionym w domu włączonym piekarniku.

Będzie grany szewc, nie ma siły. Kolejne koszta do butów tanich, bo z internetu (dwa razy wymieniałam, raz płacąc za kolejną przesyłkę). Never again.

Do sukienek, jako dziewczyna rozsądna i praktyczna, założyłam leginsy. Takie cieplejsze. Poruszałam się tramwajami, autobusami i pociągami (i raz, dzięki uprzejmości rodziny, samochodem). Nigdzie nie czekaliśmy na środek lokomocji dłużej niż dziesięć minut, a w każdym było względnie ciepło. I dziś rano obudziłam się z (pardon) zapaleniem pęcherza.

Wniosek: jeśli chce się propagować kobiecość, nosić sukieneczki i spódniczki, nie mówiąc już o pończochach i pantoflach – trzeba po prostu mieć samochód. Elegancja nie jest dla plebsu, prawda. Plebs porusza się autobusem, ziębi tyłek na dworze i potem ma za swoje. Tak więc dzisiaj posiedzę sobie chyba w domu, z plebejskim termoforem na podołku, popijając ziółka i zagryzając tabletkami.  Życzcie mi, żeby do jutra przeszło. A z okazji kolejnych okazji będę się lansować w dżinsach. Sorry.

Nowy blog ;)

Kiedy ostatnio zakładałam bloga? Nie pamiętacie, co? Ja też nie.

OTO WIĘC JEST. Moje nowe dzieło, rurzowy (no a jakże) dziewczyński blogasek o chłopakach i o tym, jakie mamy z nimi problemy. Będzie: kontrowersyjny, emocjonalny, niepoprawny politycznie. Nie będzie: autobiograficzny, a w każdym razie nie bardzo.

Zapraszam: WOJNA PŁCI
oraz jej fanpage.

An unrescuable schizo

there’s no end to the love you can give
when you change your point of view to underfoot
very good
you may be flat but you’re breathing

and there’s no doubt he’s at home in his room
probably watching porn of you from the fall
it’s last call

and you’re the last one leaving
and you thought you could change the world
by opening your legs
well it isn’t very hard
try kicking them instead
and you thought you could change his mind
by changing your perfume to the kind his mother wore
o god delilah why?
i never met a more impossible girl….

in this same bar where you slammed down your hand
and said “Amanda, i’m in love”
no you’re not
you’re just a sucker for the ones who use you
and it doesn’t matter what i say or do
the stupid bastard’s gonna have his way with you…

you’re an unrescuable schizo
or else you’re on the rag
if you take him back
i’m gonna lose my nerve
i never met a more impossible girl….
i never met a more impossible girl….

at four o’clock he got off
and you called up
“i’m down at denny’s on route one
and you won’t guess what he’s done”
is that a fact delilah?
larry tap let you in through the back
and use his calling card again
for a quick hand of gin

you are impossible, delilah: the princess of denial
and after 7 years in advertising you are none the wiser

you’re an unrescuable schizo
or else you’re on the rag
cause if you take him back
i’m gonna lose my nerve
he’s gonna beat you like a pillow
you schizos never learn
and if you take him home
you’ll get what you deserve

so don’t cry delilah
you’re still alive delilah
you need a ride delilah?
let’s see how fast this thing can go

(Dresden Dolls „Delilah”)

Wciągałeś – nie całuj

Odnoszę wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która uważa, że tabaka jest obrzydliwa. Nie chodzi mi o smak, zapach czy odczucie podczas zażywania – nigdy nie próbowałam. Zdarza mi się natomiast występować w roli obserwatora i zapewniam Was, że nigdy z własnej woli.

Prawdopodobnie nigdy nie pojmę, co sprawia, że grupa dorosłych, dbających o siebie ludzi obojga płci postanawia publicznie wciągać do nosa proszek, brudzący wszystko naokoło, a następnie publicznie siąkać, smarkać, kichać, lać łzy z oczu i ogólnie siedzieć między ludźmi, przy stole, z glutami do pasa. Najseksowniejsza laska, najbardziej pociągający mężczyzna w sekundę tracą dla mnie urok, choć staram się nie patrzeć.

Natomiast większość moich znajomych chętnie sięga po tabakę, jeśli ktoś w towarzystwie proponuje.  Rozumiem, że to jest tytoń, a więc nałóg i są osoby, które zażywają ją regularnie tak samo, jak inni palą papierosy. Moja dezaprobata dotyczy głównie ludzi, które nie są uzależnieni, ale w sytuacjach towarzyskich lubią się poczęstować szczyptą lub dwiema. Co prawda ponoć Mickiewicz lubił robić w towarzystwie znacznie bardziej intymne rzeczy (ktoś o tym słyszał, czy to tylko ja w młodości uwierzyłam w puszczoną plotkę?), ale ostatecznie nie jesteśmy wieszczami.

Ciekawa jestem, czy ktoś podziela moją opinię, bo do tej pory nie spotkałam takiej osoby. Czuję się nieco osamotniona w moim obrzydzeniu i o krok od wykluczenia towarzyskiego: ostatnio zaczynam unikać imprez, na których spodziewam się spektaklu ze smarkami w roli głównej…

Traktat o pocałunku

„Całowali się. Jeśli ujmę to w ten sposób, założysz zapewne, że był to normalny pocałunek – wargi, skóra, może nawet nieco języka. Nie zgadniesz jednak, jak on się uśmiechał, jak lśniły jego oczy, a potem, gdy się rozłączyli, jak wstał – niczym człowiek, który właśnie odkrył sztukę stania i poznał ją lepiej, niż ktokolwiek przed nim i po nim.”
(Neil Gaiman)

Pamiętacie swój pierwszy pocałunek? Ja mojego nie wspominam zbyt dobrze, bo, co tu kryć, kiepska byłam i krążyły potem po szkole ploty na temat tej mojej kiepskości. Nic przyjemnego takie ploty i samo całowanie też w sumie nic przyjemnego – tak wtedy uważałam. Z wiekiem jednak zupełnie zmieniłam zdanie i kiedy wyczytałam w „Życiu seksualnym dzikich”, że podobno niektóre plemiona w ogóle nie znają pocałunku, byłam zdumiona. Jak można się nie całować?! Nie znać przyjemności dotykania ustami ust drugiej osoby? Przygryzania warg, kontaktu języków, całej serii pieszczot, które w naszej kulturze są – na szczęście! – nieodłączną częścią każdego romansu?

Uwielbiam się całować. To dla mnie najpiękniejsza część kontaktu fizycznego, nic nie ujmując przytulaniu lub kochaniu się – po prostu w pocałunku jest coś tak intymnego, czułego, miłego i namiętnego zarazem, że w gruncie rzeczy może mi zastąpić wszystko inne. Oczywiście zdarzało mi się spotykać z ludźmi, którzy całowali dobrze i z takimi, którzy nie byli mistrzami w tej dziedzinie. Czasem to kwestia zgrania, czasem tego, jak bardzo gorące uczucia żywimy do całowanej osoby, a czasem, po prostu, techniki. Mistrzem całowania jest dla mnie mój mąż. Od pierwszego pocałunku do dziś za każdym razem miękną mi kolana.

No fajnie, ale co to właściwie znaczy: całować dobrze? Przede wszystkim znaczy to, oczywiście, „tak, jak podoba się osobie całowanej”. Wszak każdy lubi trochę co innego, inną ma wrażliwość ust, inne doświadczenia, które mogą wpływać na upodobania. Zdaję sobie sprawę, że to kiepska wskazówka, ale spokojnie, mam też kilka bardziej uniwersalnych.

Pomyśl o tym, że całowanie to rodzaj seksu. Zazwyczaj to pierwszy rodzaj seksu, jaki uprawiasz z drugą osobą. Pamiętaj więc, że każdy akt seksualny potrzebuje gry wstępnej. Dżentelmen (ani dama) nie rzuca się od razu do penetracji; najpierw się trochę gładzimy, delikatnie dotykamy, badamy swoje reakcje na takie lub inne pieszczoty. Bądź delikatny i czujny. Sprawiaj przyjemność (także sobie): wodzeniem ustami po ustach, lekkim przygryzaniem. Nie zaniedbuj żadnych obszarów kosztem innych, chyba, że wiesz, iż jest to mile widziane. Tak, wciąż mówimy tylko o pocałunku.

Warto pamiętać, że wargi ust są wielokrotnie bardziej wrażliwe na dotyk, niż język. Wśród kobiecych i męskich stref erogennych wymienia się wargi, okolice ust i nozdrzy – o języku nie ma ani słowa. Dlatego podczas całowania warto skupić się właśnie na ustach, od ich zewnętrznych krawędzi aż po wnętrze warg. Na język też przyjdzie czas, ale jeśli od razu przechodzisz do językowych zapasów, może się okazać, że już nie będziesz mieć szansy wykazać się w innych dziedzinach ;)

A jeśli całujesz dobrze, jeśli całujesz z pasją, jeśli całujesz kogoś, kogo naprawdę bardzo lubisz – gdy się rozłączycie, wstaniecie niczym ludzie, którzy właśnie odkryli sztukę całowania i poznali ją lepiej, niż ktokolwiek przed wami i po was. Kocham to uczucie i każdemu życzę, żeby doznawał go często i regularnie.

Całuję,
Luca :*

To ja sobie znów pomarudzę

– Dlaczego kobieta ma codziennie tyle roboty?
– Bo jak śpi w nocy, to jej się nazbiera.

Taki dowcip opowiedział mi kiedyś znajomy i szczerze mnie ubawił, ponieważ uwielbiam szowinistyczne żarty, a jeszcze bardziej – życiową prawdę ubraną w żart.

Strasznie mi się nazbierało, kiedy chorowałam. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że od początku roku przesiedziałam w domu, lecząc się, jakąś połowę czasu. Nie żebym jednocześnie nie pracowała, w tym zawodzie zupełną normą jest robienie bardzo-pilnego-zlecenia nie zważając na wysoką gorączkę. Może to trochę tłumaczy poziom niektórych reklam, tekstów i mailingów. Ja, żeby żyć, pisuję zarówno z gorączką, jak i ze wstrząśnieniem mózgu. Zdaje mi się, że nic dotąd nie nabzdurzyłam, ale kto wie ;-)

W przerwach między chorobami pracuję podwójnie, w obu moich ulubionych zawodach. W szczególnie płodne dni lutego wracałam do domu o 16, robiłam kawę i siadałam do komputera, żeby około 2 w nocy stwierdzić, że już dużo więcej nie zdziałam i paść aż do siódmej, a potem da capo. To bardzo satysfakcjonujące, jeśli wymierne rezultaty pracy widzi się w rozsądnym terminie. Jednak o ile jako niania jestem wynagradzana, głaskana, chwalona i wręcz hołubiona (naprawdę!), o tyle niestety jako copywriter nie mogę liczyć na podobne cuda. I ogromnie mnie frustruje, kiedy klienci a to targują się po wykonaniu usługi, a to gubią moje faktury, a to jeszcze inne mają przeszkody, żeby nie uiścić wtedy, kiedy ja bym się tego spodziewała. Świadomość, że to powszechne, wcale nie poprawia mi nastroju…

Z tego całego chorowania, jak wspomniałam, nazbierało mi się. Sprawy urzędowe, spotkania towarzyskie, odwołane imprezy, badania lekarskie, nawet własnej rodziny jakoś dawno nie widziałam. Znaczy niektórych. W efekcie latam jak kot z pęcherzem, codziennie coś, chyba, że jestem już zbyt zmęczona. Bo niestety choroba, nie da się ukryć, męczy – organizm musi skądś brać sił na leczenie. A ja trzeci tydzień jestem przeziębiona, od dwóch bez przerwy czuć ode mnie miętą (polecone przez lekarza pastylki na gardło), od tygodnia uznałam, że już dość leżenia w łóżku i dam radę. Moje migdałki zrobiły dziś wrażenie na pani, która robiła mi USG tarczycy. Muszę pokazać lekarzowi wyniki, może przy okazji mi do nich zajrzy…

Trochę ta notka bez ładu i pointy, ale zaczęłam ją pisać przed południem, podczas którejś drzemki mojej podopiecznej, a kończę po 18.00, tuż przed dokończeniem obiadu, zjedzeniem i wyjściem na kolejne od dawna przekładane spotkanie . Dręczy mnie myśl, że powinnam zadzwonić do właścicielki naszego przyszłego mieszkania i że znów nie poszłam na pocztę.

Może dam radę jutro…

Umrę z nudów

Uwaga: notka zawiera drastyczne szczegóły z życia kobiet. Jeśli jesteś mężczyzną i chcesz pozostać w przekonaniu, że kobiety są piękne w sposób naturalny i bez wysiłku, opuść tę stronę i idź, na przykład, tutaj.

Już? Wszyscy?

Do tej pory byłam przekonana, że jeśli umrę, to na zawał. Znaczy, po prostu pewnego dnia trafi mnie jasny szlag i będzie po temacie. Zmieniłam jednak zdanie i sądzę, że prędzej zejdę z nudów.

Każda czynność, która angażuje ręce i/lub oczy, a nie angażuje mózgu, nudzi mnie śmiertelnie. Tak się składa, że większość tych czynności związana jest z zabiegami upiększającymi. Weźmy taki orbitrek. Świetne urządzenie, w zasadzie siłownia w domu, w każdej chwili można na niego wskoczyć i poćwiczyć, bez jechania do fitness klubu czy gdzieś. Więc wskakuję, puszczam sobie jakąś muzykę, łapię za rączki i macham nogami. Fajnie jest, pedałuję sobie, muzyczka leci, wyglądam przez okno… i po pięciu minutach szlag mnie trafia z nudów. Nie mogę oglądać w czasie ćwiczeń np. serialu, bo jestem krótkowidzem, a okulary mi spadają ze spoconej twarzy (są trochę za duże, bo takich na mój wąski pyszczek nie robią, albo bardzo drogie). Mogę rozmawiać i to mi bardzo pomaga, ale często ćwiczę, kiedy jestem sama, zresztą Kain zazwyczaj siedzi przy komputerze i poświęca konwersacji tylko część uwagi.

Albo postanawiam wydepilować nogi. Tu jest gorzej,  bo nie można słuchać muzyki ani rozmawiać – za bardzo to cholerstwo hałasuje. A czynność zajmuje mi czasem nawet pół godziny. Wodzę maszynką po nogach, zajęcie jest z gatunku precyzyjnych, myślę o czymś i NUDZĘ SIĘ.

Albo mam spuchnięte oczy i jedynym ratunkiem, żebym mogła na nie przejrzeć i usiąść do pracy, jest okład z herbaty. Kładę się więc w wannie, biorę sobie komputer, włączam kilka piosenek, które akurat mnie zajmują, więc się na nich choć trochę skupię. I leżę. Nic nie mogę robić, bo leżę i chwilowo nie mam oczu. Nie podglądam, słucham Comy, leżę. W myślach układam tę notkę, ale nadal  się NUDZĘ jak cholera.

I tak ze wszystkim. Prawdopodobnie nigdy nie będę kobietą naprawdę zadbaną, bo zestaw niezbędnych czynności pielęgnacyjnych zajmuje strasznie dużo czasu i JEST NUDNY. Zanim się wypilinguję, nałożę odżywkę do włosów, maseczkę, jeszcze maszynka do golenia, depilator, pęseta, potem balsam do ciała, balsam na rozstępy, krem do twarzy, suszarka do włosów, a jeszcze paznokcie, a jeszcze ćwiczenia, a jeszcze farba do odrostów i milion innych rzeczy – mijają dwie nudne, głupie godziny. Zaś wiek, w którym dziewczyna nie musi prawie nic ze sobą robić i kwitnie jako ta róża, jest już coraz dalej za mną i moja niewątpliwa naturalna uroda potrzebuje zestawu narzędzi, żeby mi służyć przez kolejne dekady.

Tak więc kiedyś umrę z nudów pośrodku tych zabiegów,  z jedną nogą wydepilowaną, z herbatą na oczach, z krzaczastymi brwiami i kompletnie zblazowaną miną, i całą resztę tej roboty będą musieli odwalić pracownicy zakładu pogrzebowego. Chyba, że mój mąż litościwie dopracuje mnie kosmetycznie jeszcze przed pokazaniem mojego trupa obcym ludziom.