Archiwa tagu: komputer

Nowy komputer, hell yeah

Kupiłam i mam. Nareszcie, bo moja ukochana czerwona Lulu jest wprawdzie nadal czerwona i ukochana, ale jednak nie była pomyślana jako główny komputer, no bo ileż można na tych dziesięciu calach. Oczy bolą. Co prawda nowy laptop też nie jest wielki, raptem 15,6”, ale jednak jest to znacząca różnica. Wzięłam go w leasing i jeszcze nie wiem, czy jestem fanką tego sposobu finansowania zakupów, ale w końcu kiedyś trzeba spróbować.

Sprytna sztuczka Della w tym modelu, który nabyłam, polega na tym, że można sobie dokupić kolorową pokrywę (jest sporo wzorów do wyboru) i mieć taki spersonalizowany. Oczywiście, że tak właśnie zrobię. Tymczasem cieszę się z normalnych rozmiarów ekranu, wygodnej klawiatury i faktu, że nic się nie wiesza. Oraz narzekam na Windowsa, bo już bardzo przywykłam do Ubuntu i polubiłam je :)

A teraz, tylko się nie śmiejcie, muszę wyznać, że każdy mój komputer ma imię. Nie lubię ich nazywać „komp luki” albo losowymi cyferkami. I teraz problem: jak nazwać nowego laptopa? Potrzebne mi imię męskie, może nawiązywać do mojego lub do nazwy modelu (Inspiron). Wymyślcie coś!

Jak zostałam linuksowcem

(ale nie obiecuję, że na zawsze)

O reinstalację systemu mój netbuk prosił się od dawna, ale wciąż coś stawało na przeszkodzie. A to nie mieliśmy nowego, a to nie było czasu, a to coś tam. W końcu skrzyczałam mojego męża, on się zdenerwował i zabrał się do rzeczy. Problem polega jednak na tym, że Lulu nie ma czytnika płyt, a Windows nie bardzo lubi się instalować z USB. Po paru godzinach walki, kiedy stało się jasne, że prędzej zaśniemy nad komputerami, niż uda się okiełznać cholerną „windę”, cholernego pendrive’a i cholerną Lulu, Kain zapytał zmęczonym tonem, czy nie mógłby mi na razie zainstalować Ubuntu. Równie zmęczonym głosem odparłam, że OK i bardzo się zdenerwowałam, jak się okazało, że w kwadrans mam system (po całym wieczorze męczarni!).

Musiałam być naprawdę zrezygnowana, skoro się na to zgodziłam po dotychczasowych doświadczeniach z Linuksem. Nie chcę tu wszczynać żadnej dyskusji o wyższości jednego systemu nad drugim, niech każdy sobie używa tego, co lubi i nie zawraca głowy. Ja, jeśli chodzi o komputery, lubię to, co znane i sprawdzone, a co ważniejsze, nie znam się na nich zbyt dobrze. Dwa albo trzy lata temu miałam taki pomysł, żeby używać Ubuntu, ale ówczesna wersja była dla mnie czymś w rodzaju węzła gordyjskiego: nie do rozplątania, mogłam jedynie odinstalować i wrócić na łono Microsoftu.

Jakież było moje zdumienie, kiedy okazało się, że wersja 11.04 jest całkiem przyjazna blondynce. Póki co (CAŁY jeden dzień) wszystko działa. No dobra, są małe problemy, na przykład nie radzę sobie z ustawieniami wydruku albo nie umiem jeszcze korzystać z Jabbera. Ale nie wymagajmy za wiele, zwłaszcza, że nie spędziłam nad tym dużo czasu, bo go nie miałam. System ma różne fajne programy, przyciski i funkcje w wygodnych miejscach (na przykład odtwarzacz muzyki w tym samym miejscu, co ustawienia głośności, takie proste i takie poręczne). Najważniejsze narzędzia od razu gotowe i pod ręką, bez mozolnego ściągania kolejnych programów. Naprawdę niegłupia ta Niebiańska Nimfa, mimo idiotycznej nazwy.

W ten sposób, przez przypadek, mam Linuksa i… i w sumie nie wiem, co, ale jeśli nie nastąpi jakiś poważny fakap, to może nawet już przy nim zostanę? A na pytanie, jak to się stało, że zrezygnowałam z Windowsa, będę odpowiadać: „tak jakoś samo wyszło…”

 

Siła złego

Muszę sobie napisać na blogasku, bo jak mi Bóg miły, ulewa mi się. Czarna seria zaczęła się wczoraj od imprezy z domowym sushi. Impreza z sushi to zajebista sprawa i było bardzo fajnie, przy okazji jednak nabrudziliśmy strasznie dużo naczyń i podczas ich zmywania zachlapaliśmy wszystko wokół. Bywa. Trzeba Wam jednak wiedzieć, że w wynajmowanym przez nas mieszkaniu między zlewozmywakiem a ścianą zieje dziura miast uszczelnienia, pod spodem zaś znajduje się gniazdko. Takie z prądem. Gniazdko, jak się okazało, odstawało nieco, nad nim zaś sterczała rurka od górnego odpływu w zlewie (nie umiem rysować, więc musicie sobie wizualizować sami). Rurka nie była do niczego podłączona. Tak więc gniazdko było zalewane wodą spływającą po ścianie i dodatkowo wodą z tej rurki, jeśli zlew się przepełnił.

Wszystko to odkryliśmy dopiero dziś rano. Wczoraj po prostu w środku imprezy błysnęło, huknęło, wyłączyły się wszystkie urządzenia i pogasły światła. Bez większych stresów poszłam włączyć bezpiecznik i fajerwerki się powtórzyły. Wtedy trochę się wszyscy zmartwiliśmy, Kain zajrzał z latarką pod zlew, odkrył mokre gniazdko, wytarł je dokładnie z wierzchu i po godzinie czy dwóch spróbowaliśmy ponownie, otrzymując powtórkę efektów specjalnych. Tak więc zabawę dokończyliśmy przy świecach, bez internetów i z coraz bardziej ciepłymi alkoholami (lodówka lepiej działa podłączona do prądu).

Przy okazji okazało się, że co prawda w szafce są dwa bezpieczniki, ale absolutnie wszystko, co mamy w mieszkaniu, podłączone jest do jednego. Ot, sekrety powojennych kamienic.

Rano uznałam, że co było mokre, na pewno już wyschło i faktycznie prąd działał. Przez jakieś pół godziny. Kiedy korek strzelił ponownie, stwierdziliśmy, że nie ma żartów i wezwaliśmy na pomoc Josha, który Potrafi i Się Zna. Josh, złoty człowiek, przyjechał w godzinę, zjadł sushi, naprawił gniazdko, podłączył rurkę, przy okazji odkrył, że mamy w kuchni zimną wodę (właścicielka mówiła, że tylko ciepłą) oraz znalazł przyczynę kopiącej pralki (do uziemienia podłączona jest faza, ha ha). Włączyliśmy bezpiecznik i, o cudzie, prąd działa bez zarzutu.

ALE.

Naszą radość wkrótce zmącił fakt, że naszemu gościowi przestał działać zasilacz od laptopa. Zaraz potem okazało się, że komputer Kaina się nie uruchamia. Wszystko wskazuje na to, że awaria prądu pociągnęła za sobą dość kosztowne konsekwencje. Ponieważ spalony zasilacz w stacjonarnym kompie mego męża już raz wymienialiśmy i już nie chcemy pakować w niego pieniędzy, uznaliśmy, że nie ma rady, trzeba kupić nowy. Kain ma w tej chwili kilkuletniego składaka typu skarbonka, więc rozumiecie. Jednakże komputer do pracy i grania dla Kaina to najmarniej 4 tysiące złotych, więc już się nacieszyłam naszą świeżo zyskaną wolnością od długów. Nowym laptopem, którego mieliśmy kupić dla mnie w najbliższym czasie, też już się nacieszyłam.

Sorry, że ja znowu o pieniądzach, ale zaczynam myśleć, że ciąży na mnie jakieś fatum. Jak już wychodzę na zero, to musi coś od razu pierdolnąć. Zdaję sobie sprawę, że ludzie zaradni mają na takie okazje oszczędności, ale my nie zdążyliśmy jeszcze żadnych zgromadzić.

I tak to. Myślę, że można to podsumować adekwatnym utworem muzycznym z kategorii:  klasyka.

Sufit kapiący nade mną

W domu syf jak jasna cholera. Nie pozmywane, nie odkurzone, pranie nie powieszone gnije w pralce, kwiaty nie podlane. Łóżko się rozkręciło i skrzypi, kiedy się przewracam na drugi bok. Odkurzacz zepsuty: nie ciągnie. Rozpadł się ostatni stołek, automatycznie pozbawiając nas wspólnych posiłków przy stole. Fotele zasiedziane na śmierć (w dwa lata!) – do wymiany. Dziś rano komputer zaśmierdział i zgasł: tym razem już naprawdę trzeba kupić nowy. Tylko trochę nie ma za co. Męża boli głowa; proszka sam nie zażyje, trzeba mu podać. Lawiruję między wieloma pracami, tu coś, tam coś; wiem, sama chciałam, przecież nienawidzę cyrografów.

Jestem zmęczona, przeziębiona, niezadowolona i zła.

Chyba zacznę od herbatki na pms i czekolady.

Naprawa gwarancyjna w HP

Jak pewnie pamiętacie, pod choinkę dostałam od Kaina netbook. Śliczne, czerwono-różowe HP Mini dostało żeńskie imię Lulu. Lulu od początku była wyjątkowa – sprowadzona z Anglii przez polską firmę, z klawiaturą, która wygląda na turecką. Dość szybko przyzwyczaiłam się do innego układu znaków i wszystko było OK – do czasu. Pewnego dnia, praktycznie bez powodu, twardy dysk poszedł się… kochać. Zadzwoniłam do serwisu, a właściwie punktu przyjęć (który, jak się okazało, mam niedaleko), po czym zawiozłam moją niepełnosprawną Lulu i oddałam w ręce miłego pana. Miły pan przyjął zgłoszenie, powiedział, że gwarancja na pewno to obejmuje, że wyśle gdzie trzeba, dał mi jakiś papier i obiecał zadzwonić, jak będzie po operacji.

Faktycznie, po dwóch tygodniach odebrałam telefon, „Pani laptop jest gotowy do odebrania”, pojechałam, sprawdziłam, czy się uruchamia… i zobaczyłam powitanie po włosku. Ale że miły pan akurat rozmawiał przez telefon, a ja się nie znam i pomyślałam, że to pewnie łatwo można zmienić – wyłączyłam netbook, zabrałam, pomachałam panu łapką i poszłam.

Następnie Kain spędził parę dni na próbach zmiany języka w systemie. Po wielu próbach udało się połowicznie. Rozważałam przez chwilę powrót do serwisu, ale myśl o kolejnych dwóch tygodniach trochę mnie zniechęciła. Postanowiliśmy więc po prostu zainstalować nowy system, po polsku, korzystając z faktu, że przecież mamy klucz – naklejony na spodzie komputera. Zabrałam Lulu do Tomka, który jest jedynym w rodzinie informatykiem od różnych takich spraw technicznych, a tam… wyszło na jaw, iż zapisany na laptopie klucz wcale nie pasuje do zainstalowanego systemu.

Podsumowując, serwis gwarancyjny HP w miłej atmosferze i rozsądnym terminie wymienił twardy dysk, po czym zainstalował system w złym języku i nie dając klucza.

Jestem niepocieszona i nadal nie mam komputera.