Archiwa tagu: Kraków

New year, new life

Idę jutro (właściwie dziś) do pracy pierwszy raz od ponad roku. Stresuję się tym nieco i choć wszystko mamy poukładane, to byłoby jednak odrobinę lepiej, gdybym nie zapadła właśnie na zapalenie ucha, a dziecko nie złapało ospy. Perfect timing, no naprawdę. Okoliczności są tak poetyczne, że udało im się zaćmić echa Sylwestra w Krakowie. Jeszcze wczoraj w nocy pisałam romantycznego maila, a dziś już, spięta jak choinka tuż po zakupie, z obłędem w oku kończyłam robotę i pakowałam Licho do Siostry, a siebie do biura, w międzyczasie zażywając pierwszy Apap od nie wiem nawet, jak dawna. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: w ciągu paru minut ból ucha i głowy zastąpiło lekkie ćmienie, ja zaś poczułam się nieco otumaniona. Bez kitu, zróbcie sobie dwuletni detoks od prochów, potem działają jak złoto.

W ogóle to kalejdoskop, bo najpierw Święta z rodzinną Wigilią u nas w domu (taką miałam wizję i było świetnie), potem Kraków, zaraz po powrocie zaś lazaret: koszmarna migrena Kaina, dzień później jeszcze lepsza gorączka Licha, potem hipoteza z ospą i zaraz potem moje ucho. Wszystko w jeden, uroczy, długi weekend, więc jutro po pracy muszę ogarnąć jakichś lekarzy.

Skłamałam, że się nieco stresuję. Tak naprawdę cykam się jak tchórzofretka.

Licho w Krakowie

Tym razem pojechałyśmy we dwie. Fantastycznie było spotkać się z tym samym, co zawsze, ciepłym przyjęciem i opieką. Tym samym mimo innej sytuacji, bo jednak niemowlę to rewolucja.

Kraków pachniał kwitnącymi drzewami i deszczem, i jeszcze tym jednym, znajomym zapachem. Ptaki śpiewały całą noc. Pokazałam córce pociągi, rzeki nie zdążyłam pokazać. Poimprezowałam. I wróciłam.

Home sweet home. Oraz Kain wrócił – jeszcze chyba nigdy nie rozstawaliśmy się na CAŁE cztery dni.

Jak te ślimaki się rozbiegły, to był dosłownie moment

Kolejny tydzień śmignął mi koło nosa, nie wiem, kiedy. Trochę nie dziwne, gdyż od 9 do 17 jadę pełną parą, a potem albo kontynuuję, albo padam na twarz. Zależnie od ilości obowiązków pozasłużbowych. Praca jest zajebista, robię fajne rzeczy, uczę się dużo i chwalą mnie. Póki co zostaję więc w Socializerze, firmie rozwijającej się szybciej, niż ludzki zarodek (naprawdę robią wrażenie).

———————————–

Właśnie poszłam na pół godziny na Golden Line aktualizować profil i kompletnie zapomniałam, że pisałam notkę. Tak to mniej więcej teraz u mnie wygląda: koncentracja motylka, sto rzeczy na raz, dziury w mózgu i zapominanie. Np. od trzech tygodni zapominam sobie zrobić badania, a właściwie nabyć stosowny pojemniczek jałowy, i WTEM! jest czwartek wieczorem, ja nadal nie mam pojemniczka, wyjeżdżam na weekend, a wizyta u lekarza – z wynikami, a jakże – w poniedziałek o ósmej czterdzieści rano. I trochę nie wiem, co teraz.

Zapominam też, który to właściwie tydzień. Chyba ośmnasty, ale nie przysięgnę. Z Kainem w każdym tygodniu czytamy sobie z internetów, co też tam przyszły potomek akurat wyczynia w brzuchu. Piszą, że może niedługo zacznie rozrabiać wystarczająco, żeby matka się zorientowała. Ja chętnie, gdyż doskwiera mi brak kontaktu. Nuda taka, nic się nie dzieje, tylko tu sobie człowiek czegoś zapomni, tam zasłabnie, ówdzie w spodnie się nie zmieści. Ale zero gratyfikacji, a ja nie lubię czekać :)

Poza tym nadal nie mam za bardzo siły, czasu i chęci na ludzi. Jak już nie mam co robić po południu, to bym sobie pospała, albo choć odpoczęła. Albo na spacer poszła. W grudniu ocknę się bez znajomych i będę łkać, niemowlęciu do wtóru. Ale w zeszły weekend byliśmy na działce – ognisko, pływanie, słońce, grill – a jutro jedziemy razem do Miasta Na K, żeby oblewać urodziny Suchego. Jak mi znów zamkną toaletę w busie, to zrobię im jesień średniowiecza.

Tak tak, żyję

I nawet mi lepiej. Okropny mróz szedł ostatnio w parze z pięknym słońcem, co zdecydowanie poprawiło mi nastrój. Weekend był przemiły, bogaty w przyjemności i pozytywne zaskoczenia. Tydzień też mam dość lajtowy, bo nie muszę zbyt wcześnie wstawać – a wiadomo, jak kocham wczesne pobudki.

Odebrałam od szewca moje zimowe buty. Kupiłam je w listopadzie na Allegro, następnie wymieniłam na prawidłowy kolor i większy rozmiar, potem znów wymieniłam na właściwy kolor (bo nadal dostałam nie ten), potem okazały się dramatycznie za ciasne, ale jak pomyślałam o kosztach kolejnej przesyłki, to mi się zdecydowanie odechciało. Poleżały w szafie, wreszcie zaniosłam je do szewca do rozciągnięcia, odebrał Kain, buty nadal były za małe, zaniosłam. Przy okazji stwierdzam, że pierwszy szewc, który otworzy zakład czynny inaczej, niż 10-19, będzie też pierwszym bogatym szewcem. Przecież, do cholery, większość ludzi w tych godzinach pracuje lub właśnie wraca z pracy. Odebrałam, zmierzyłam, nadal są za ciasne, ale więcej się podobno nie da zrobić. Wygląda na to, że po prostu kupiłam fason do bani, taki, który ciśnie w palcach. Za to są ciepłe i piękne, więc trudno, pocierpię do wiosny ;)

Natomiast Kainowi kupiliśmy buty ładne, ciepłe i wygodne, niedzielne polowanie na wyprzedaże udało się bardzo. Do tego dwie pary spodni, które same w sobie wyglądają kompletnie nijako, a na nim jak milion dolców. I, w bonusie, super seksi stajli obcisłe, czarne niby-bojówki dla blondynki. W których ja też wyglądam jak milion dolców.

Co tam jeszcze z informacji niezwykle ważnych dla świata? Włosy obcięłam. Nowa różowa farbka w drodze. W sobotę jedziemy do Krakowa na wernisaż prac Asji, która, nie wiem, czy wspominałam, jest niezwykle zdolna i fajna. Polecam zarówno wernisaż, jak i rysunkowego bloga Asji, na którym są linki do innych jej blogów i w ogóle dużo funu.

Zamiastem

Nie jadę w Bieszczady. Może za tydzień. Jadę zamiast tego do Krakowa, gdzie zamierzam spędzić trzy i pół dnia na spotkaniach, rozrywkach i pisaniu.

Chodzi mi po głowie zbiór opowiadań. Do napisania. Kilka tematów czeka tylko na chwilę, kiedy usiądę przy komputerze sama i z oceanem wolnego czasu. Jest szansa i są wielkie chęci, tak więc jestem dobrej myśli.

Natomiast zabawnie będzie, jeśli się okaże na przykład, że wcale nie umiem pisać nic dłuższego, niż artykuł sposorowany na dwa i pół tysiąca znaków ;)

Klucz do międzyczasu pilnie kupię

Nie za bardzo wiem, jak i kiedy to się stało, ale pracuję po 12 godzin dziennie. Lubię swoją pracę i lubię dzieci, którymi się zajmuję, ale muszę przyznać, że po tych 12 godzinach wracam ledwo żywa. Co więcej, garstka rodziców grozi, że też mnie zatrudni, jeśli tylko znajdę czas. Za to zleceń copywriterskich jak na lekarstwo. Szykuje mi się jedna fajna współpraca, muszę tylko jakimś cudem znaleźć się na jeden dzień pod Częstochową.

O dziwo i na szczęście mam jeszcze wolne weekendy, które poświęcam na intensywny odpoczynek. Tak intensywny, że wczoraj rano lewo się zwlekłam z łóżka ;-)

Cały ten stan potrwa do końca miesiąca, a potem nic nie wiadomo. Dobra wiadomość jest taka, że możliwości mam wiele, a zła taka, że do ostatniej chwili nie będę wiedziała, na czym stoję. Najbardziej chciałabym, żeby moja firma zaczęła porządnie zarabiać, wciąż bowiem moim celem i marzeniem jest praca w domu (albo gdziekolwiek akurat się znajdę z moim netbuczkiem), w godzinach, jakie mi samej będą najbardziej odpowiadać. Niestety ciągłe szukanie nowych zleceń jest nieco męczące. Jednak raz na jakiś czas zlecenia znajdują mnie same i to są te miłe momenty.

Poza tym dojrzałam do zmiany miasta. Kain już dawno proponował przeprowadzkę do Krakowa, ale ja nie chciałam wyjeżdżać. Jednak im częściej A. robi sobie dwu- lub jednodniowe wypady z miasta na K. w góry, tym bardziej mu tej bliskości gór zazdroszczę. Stąd to wielka wyprawa, stamtąd tylko wycieczka. W międzyczasie jednak Kain zmienił zdanie. Pertraktacje trwają, do września zapewne podejmiemy jakąś decyzję.

Take me away

Taki napis mam na koszulce od Izu. Duży, żółty napis na czarnym tle. Chciałabym mieć z pięć takich samych koszulek i nosić je codziennie.

Actually i am away. I chcę tu zostać. Chcę już zawsze spacerować po górach, chcę zawsze siedzieć na tej kanapie, nigdzie stąd nie pójdę. Trzymaj mnie za rękę, dokładnie tak. Nie puszczaj mnie już nigdy, bo tu jest dobrze, tu są wakacje, dystans, urlop od życia, mała stabilizacja. Nie, nie idę spać, nie ruszę się stąd, obejmuj mnie tak jak teraz, zabij wszystkie smoki, wyzwij na pojedynek każdego, kto krzywo na mnie spojrzał. Przez chwilę tak łatwo uwierzyć w każde słowo. Mów do mnie, patrz, uśmiechaj się i dziękuj, że jestem. Zawsze.

Tymczasem staram się oddychać normalnie, płakać mało, wyglądać dobrze i nie absorbować za bardzo. To ostatnie zupełnie mi nie wychodzi, ale trzeba próbować. Tymczasem potykam się na prostej drodze, wchodzę ludziom pod nogi, przepraszam nie w porę. Omijam przeszkody wielkie jak góra lodowa, żeby wpaść na kolejne, znienacka wyskakujące zza zakrętu. Albo widoczne z daleka i migoczące światłami, ale cóż, kiedy patrzyłam w inną stronę.

Tymczasem prasuję sukienki, nakładam i zmywam makijaż,  mam swoje flakoniki i pudełeczka, kobiece czary. Tymczasem kupuję kolczyki, nieudolnie próbuję trzymać fason, funduję lody i kiecki. Robię dobre jedzenie i czule się uśmiecham. Próbuję ukryć podchodzący do gardła strach. Tymczasem wracam w środę. Na pewno wszystko będzie dobrze.

Na pewno.

Najmłodsza w Mieście na K

Najmłodsza wybrała się pewnego razu do Krakowa z wycieczką szkolną. Wróciła wkurwiona. Piękne miasto, rzekła, tylko wszędzie, cholera, ludzie – a zwłaszcza sześć szkolnych klas! I wyraziła chęć obejrzenia pięknego miasta w mniejszym gronie. W okolicach grudnia obiecałam jej to po raz pierwszy. Przekładałyśmy wyjazd jakieś cztery razy, ale wreszcie wszystko się powiodło i oto jesteśmy.

Zwiedzanie zabytków i muzeów koleżanka ma w nosie.  Interesuje ją po prostu chodzenie po mieście. Doskonale to rozumiem, bo mnie także w nowych miastach najbardziej pociąga spacerowanie po ulicach, patrzenie, słuchanie i oddychanie inną atmosferą. Zaliczyłyśmy Kopiec Kraka, rajd po sklepach (uparłam się kupić Młodej sukienkę i efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania), parę fajnych knajp (and counting) i sporo „po prostu chodzenia”. W planach mamy więcej knajp i więcej chodzenia, a także Cmentarz Podgórski, który jest blisko i go lubię, malowanie Dworca Płaszów, może ZOO, może coś jeszcze. Zależy, co nam przyjdzie do głowy i jaka będzie pogoda. Myślimy także o małym wypadzie w góry na weekend, ale na razie warunki atmosferyczne nie sprzyjają :/

Najmłodsza wygląda na zadowoloną, choć, swoim zwyczajem, nie wyraża tego głośno. Głównie chodzi po podłodze i miauczy na koty albo siedzi przy jakimś stoliku i miauczy na ludzi. Mam dziwnych znajomych, którzy jej odmiaukują. Wiem, że to brzmi, jakbym miała dysfunkcyjną siostrę, ale to naprawdę ogarnięta młoda osoba. Po prostu lubi koty ;)

Aha, i ona na tym zdjęciu poniżej nie jest smutna, tylko nie lubi się fotografować ;)

Dwa miasta

Rodzinna plotka głosi, że zostałam spłodzona w pociągu. Mam nadzieję, że tak właśnie było, ponieważ stanowczo czuję się dzieckiem pociągu. Jestem stworzona do tego, żeby wsiadać w pociąg i odjeżdżać. Kiedy życie staje się nie do zniesienia, najbardziej lubię wziąć niezbyt dużą torbę, kupić bilet i wyjechać.

Odległość między Warszawą a Krakowem jest idealna, żeby odpocząć. Najpierw spędzam trzy godziny w pociągu: to mój czas na myślenie. Przyjmuję go z ulgą, bo wreszcie sytuacja zmusza mnie do tego, żebym przez kilka godzin nic nie robiła. Mogę oczywiście czytać, a nawet pracować, ale w pociągu robi się to kiepsko. Najlepiej jest słuchać muzyki, patrzeć w okno, rozmyślać i łapać oddech. Kiedy dojeżdżam do celu, jestem już zmęczona siedzeniem i czekaniem, więc z rozkoszą porzucam moje miejsce w przedziale i pozwalam się zaprowadzić w jakieś inne. W Krakowie zupełnie odrywam się od moich warszawskich spraw. Na pewno chodzi bardziej o ludzi, niż o miasto (to nie miasto mnie rozpieszcza, komplementuje i poi winem), ale gdyby nie motyw drogi, nie wypoczywałabym tak doskonale. Odległość od domu, wysiłek włożony w podróż, sam fakt ucieczki od codziennego życia – to wszystko sprawia, że mój umysł zaczyna pracować inaczej, a serce inaczej bić. To małe wakacje, rodzaj resetu, po którym system działa znacznie szybciej i sprawniej.

A potem wracam: biorę małą torbę, kupuję bilet i wsiadam do pociągu. Piję okropną kawę ze styropianowego kubka, rozmyślam, piszę. Zawieszona między miastami, jeszcze trochę w Krakowie i już trochę w Warszawie, mam czas na to, żeby przygotować się do powrotu. To ogromnie ważne. Nie umiałabym ot, tak przeskoczyć od jednego do drugiego. Ale w pociągu powrót staje się czymś prostym, co dzieje się naturalnie, płynnie i nieuchronnie, i kiedy docieram z powrotem, jestem gotowa wziąć kolejny oddech i z przyjemnością zająć się codziennymi sprawami.

Aż do kolejnej, upragnionej podróży…