Archiwa tagu: ludzie

Pan Tadek

„Chatka u Tadka” w Urlach to prywatny dom, którego gospodarze serwują obiady w sezonie. Polecono nam, więc idziemy, stajemy jednak przed zamkniętą furtką z napisem: „Uwaga, zły pies”. Na szyldzie podany numer telefonu, którego jednak nikt nie odbiera. Stoimy, zaglądamy, wreszcie naciskamy dzwonek. Po dłuższej chwili wychodzi tęgi pan po sześćdziesiątce. Spodziewałam się prężnego czterdziestolatka, ale mówię nieśmiało:
– Dzień dobry, czy u państwa można zjeść obiad?
– Obiad? Dzisiaj?
– No jak nie dziś, to jutro.
– Bo to na zamówienie raczej. Spytam żony, może została jakaś zupa. Chodźcie, chodźcie.

Otwiera przed nami furtkę i prowadzi przez taras do małej sali jadalnej. W drzwiach spotyka nas uśmiechnięta pani w fartuchu.
– Masz tam coś? Bo państwo są bardzo głodni.
– Tak? No jest zupa, taka, grochówka, fasolowa, taka. I takie tam… żeberka w miodzie. – mówi pani skromnie.
– Brzmi doskonale! – wołam, bo zdaje mi się, że pan Tadek (o ile to on we własnej osobie) niezbyt dobrze słyszy.
– Tak? No, to chodźcie, siadajcie.
Wchodzimy. Trzy stoły, ceratowe obrusy, pod ścianą stoliczek z solą, pieprzem, cukrem, papierowymi ręcznikami. Gospodarz przynosi trzy komplety sztućców, choć trzecie z nas jest niemowlakiem. I kompot, a do niego dwie szklanki. Zamyka drzwi na taras, żeby wiatr nie zaziębił dziecka.
– Ja ją tu puszczę, niech sobie lata – mówię (głośno)
– A tak, niech sobie lata, tu macie łazienkę, żeby jej ręce umyć w razie potrzeby.
Znika, a po chwili wraca obładowany: poduszki, misiek, lalka, pluszowy lew Simba. Lalka płacze, mówi „mama” i „tata”. Głośniej niż ja do pana Tadka. Lila jest zdziwiona, ale nie boi się. Łazi ze mną za ręce. Pan Tadek staje przed nami i wyciąga wielkie dłonie:
– Chodź, chodź do dziadka! – mówi, a moja córka, która nie lubi dotykać obcych, podaje mu rączkę (drugą jednak przezornie trzyma się mamy).
– Ja tu jestem dziadek dla wszystkich dzieci, które przychodzą. – mówi z dumą gospodarz i bierze Lilę na ręce. Po chwili mała wykręca się do mnie, więc trzymam ją na biodrze, a pan Tadek łaskocze ją po brzuszku, całuje w łapki i wydaje dziwne dźwięki. Młoda zachwycona, cała w uśmiechach. Kwadrans później będzie ufnie siedziała u niego na rękach i dawała mu buziaki w wielki policzek („Oj, ja jestem nieogolony przecież!”), ewidentnie nie pamiętając, że kiedykolwiek miała jakieś lęki separacyjne. Jesteśmy w szoku, „dziadek” Tadek zaś – zauroczony z wzajemnością.

Na stół wjeżdża waza zupy, jakiej ja nie będę umiała ugotować nigdy w życiu: bogatej w składniki, na boczku, z marchewką, fasolą, grochem i nie wiem, czym jeszcze. Pyszna. Do tego świeży chleb, którym udaje nam się na chwilę zająć Licho, żeby kolejno zjeść. Drugie danie składa się z fenomenalnych żeberek w gęstym miodowym sosie, ziemniaków z koperkiem, surówki z miliona składników i pomidorów w śmietanie. Nakładam małej trochę na jej talerz.
– Zrobimy bałagan – uprzedzam.
– A róbcie sobie, co chcecie – macha ręką pan Tadek.
My zmiatamy wszystko, córka wcina ziemniaki, trochę mięsa i zagryza surówką, od której piecze ją język, więc wypija mnóstwo wody ze swojego kubka (pan Tadek pyta, czy zrobić jej może herbatkę). Przez cały czas nikt nie wspomina o menu ani o cenniku. Potem okaże się, że ta uczta kosztuje 23 zł od osoby (w sezonie całe 25), a że mamy nie rozmienioną stówę, każe się nam zapłacić jutro. Przy okazji wychodzi na jaw, że dania, choć pyszne, są bez soli – szczyt naszych marzeń, bo właściwie żadne z nas nie powinno solić, ale spróbujcie znaleźć na wakacjach restaurację z niesolonym jedzeniem. Jesteśmy coraz bardziej zachwyceni. I ten folklor!

Gospodarz zagląda do nas raz na jakiś czas i zabawia rozmową, zostawiając nam jednak czas na spokojne zjedzenie.
– Moja synowa przez dwa i pół roku karmiła wnuczkę tylko słoiczkami. Łyżką jej dawała najpierw zupki, potem te inne przeciery. A przecież to wszystko do niczego, ohydne. I ubierała ją na różowo, żeby się nie zabrudziła, nie puszczała nigdzie, do piaskownicy, nic, bo się ubrudzi. A jak wnuczka do nas przyjechała, to wszystko jadła normalnie. I do piaskownicy ją puściliśmy, na dwór, upieprzyła się jak nieboskie stworzenie, ale jaka szczęśliwa!

Piąteczka, panie Tadku. Przyjdziemy jutro. Na pierogi z mięsem.

Wyspa bezludna

Wyspa bezludna potrzebna od zaraz. Sytuacja wygląda bowiem tak, że lada dzień kupię przez internet karabin i zacznę strzelać.

Czuję się bardzo zmęczona. Chciałabym zamknąć się w jakimś cichym, spokojnym miejscu i odpoczywać. Spać, jeść, leżeć, spacerować, czytać, spać, jeść. Dbać o siebie i niczym innym się nie martwić. Tymczasem normalny, zdrowy człowiek nie ma w życiu tak dobrze, więc chodzę do pracy – którą uwielbiam, ale umówmy się, że nie polega ona na popijaniu kawki i nic-nie-robieniu – wracam z pracy, robię pracę dodatkową, zajmuję się domem (za mało), zmianą mieszkania (jest lepiej, mamy ugadane nowe lokum i lokatora do starego), zakupami, chodzeniem do lekarza, spotykaniem się z ludźmi, odwiedzaniem poczty, nie wiem, czym jeszcze – no tymi wszystkimi rzeczami, które robi normalny człowiek codziennie. I jestem tym ogromnie zmęczona, każdy mały problem urasta do rangi ogromnej kłody pod nogami, w dodatku rzuconej złośliwie.

Ludzie denerwują mnie niepomiernie. Dziś zaczęło się od trzęsienia ziemi i było coraz ciekawiej. Poleciłam znajomego koleżance, która szuka lokatorów do mieszkania – umówił się i nie przyszedł. Więcej nie polecę. Napisał drugi znajomy, że chce się zobaczyć, ale żebym przyjechała do niego na zadupie, bo tak mu bardziej pasuje. No hello? Goście mieli przyjść, cały dzień poukładałam pod kątem tej wizyty, o umówionym czasie dzwonimy – nie przyjdą, w ogóle nie planowali dziś. Do optyka pojechałam, na drugi koniec miasta, wyprawę zbiorową z tego zrobiłam, bo kilkoro nas potrzebuje tej usługi – u optyka urlop. Poszłam do ulubionej restauracji, a tam jakaś obca, nieogarnięta kelnerka i jedzenie po raz pierwszy takie sobie.

No wszystko przeciwko mnie, sami widzicie.

W tej sytuacji każdą kolejną propozycję towarzyską witam najpierw okrzykiem „No kurwa! I co jeszcze? Ja nie mam czasu, nie mam siły, spierdalać!”, potem obwąchuję nieufnie, a następnie bardzo uprzejmie odpowiadam. Zwykle twierdząco, bo nie jestem asertywna, dopóki mnie ktoś naprawdę nie wkurwi. Wtedy też nie jestem asertywna, tylko niemiła.

Dla odmiany – notka pozytywna

Ludzie mnie komplementują bez opamiętania. Bliscy i dalecy, obcy i znajomi – wszyscy zgodnie utrzymują, że świetnie wyglądam w ciąży. Co najmniej raz dziennie ktoś mi mówi, że ciąża mi służy i że promienieję.

Odpowiadam niezmiennie, tonem koniecznie afektowanym, że milość mnie opromienia.

Fakt, czuję się nieźle. Jestem szczęśliwa, a posiadanie najbardziej troskliwego i czułego męża na świecie na pewno nie szkodzi ;) Oczywiście, patrząc w lustro, oscyluję między „jest super” a „gdzie moja figura?!”. W chwilach optymizmu ogromnie się cieszę z komplementów, w chwilach pesymizmu – mam nadzieję, że to nie jest próba pocieszenia mnie i ukrycia, że, stara, nie jest najlepiej.

Ale nie ustawajcie ;)

Czy ja się denerwuję?

Jestem – nie śmiejcie się – dość cierpliwym człowiekiem. Wiele rozumiem, nie tracę gruntu pod nogami z byle powodu, nie robię awantur o późne powroty z jednego piwa lub nie odebrany telefon. Zdaję sobie sprawę, że ludzie – generalnie – bywają zajęci, zmęczeni, chorzy, wyjechani, nie w nastroju itd. Nauczyłam się także z wiekiem, i nie bez oporu krnąbrnego ducha, że niektórzy są mniej wylewni niż inni, że nie każdy lubi pisać długie maile i że milczenie nie musi oznaczać olewania.

ALE.

Nie znoszę obietnic bez pokrycia. Nienawidzę niedotrzymanych terminów. Szczerze gardzę pustymi słowami od osób bliskich. Oczekuję słowności, szczerości i – raz na jakiś czas – podtrzymywania więzi. Cenię także inicjatywę, gdyż nie najlepiej czuję się w roli osoby proszącej o spotkanie.

I kiedy – taki przykład z głowy – umawiam się z kimś, kto nie przychodzi, przekłada, nie odbiera telefonu godzinami, i kiedy taka sytuacja się powtarza, to nawet największe pokłady życzliwości nie są w stanie mnie ułagodzić. Gdyż pierwszą i ostatnią myślą jest, niestety, ta, iż jestem ustawicznie olewana. A o byciu olewaną wolę być poinformowana wprost. Poważnie: stokroć wolę: „sorry, bejbe, było miło, ale wystarczy”, niż głodne kawałki pod ogólnym hasłem „zadzwonię”. I naprawdę bywają sytuacje, gdy nawet największy bagaż wspólnych doświadczeń, beczka soli i jakieś tam wzajemne zaufanie wymiękają w zestawieniu ze zwykłą niesłownością.

W takich chwilach robię się zła, bardzo zła, i myślę sobie same najgorsze rzeczy. A im więcej czasu mija, tym bardziej się wściekam, typowo męskie więc liczenie, że mi przejdzie, rzadko odnosi skutek. W zasadzie nie istnieje sposób na uniknięcie awantury lub tzw. focha – foch jest wersją „nie mam ochoty być miła, ale nie będę się przecież drzeć jak wariatka, więc zmilczę”.

Można mi wynagrodzić (nie „obiecać”, wynagrodzić). Można przeprosić. Można czym prędzej zmienić zachowanie lub zaskoczyć mnie czymś miłym. Można zapewniać o swoich uczuciach, to dość miłe. No i, przede wszystkim, można nie powtarzać błędów.

Można też powiedzieć: „nie rób scen, jesteśmy tylko znajomymi” i tym samym radykalnie mieć z głowy mnie i moje oczekiwania.

Jak te ślimaki się rozbiegły, to był dosłownie moment

Kolejny tydzień śmignął mi koło nosa, nie wiem, kiedy. Trochę nie dziwne, gdyż od 9 do 17 jadę pełną parą, a potem albo kontynuuję, albo padam na twarz. Zależnie od ilości obowiązków pozasłużbowych. Praca jest zajebista, robię fajne rzeczy, uczę się dużo i chwalą mnie. Póki co zostaję więc w Socializerze, firmie rozwijającej się szybciej, niż ludzki zarodek (naprawdę robią wrażenie).

———————————–

Właśnie poszłam na pół godziny na Golden Line aktualizować profil i kompletnie zapomniałam, że pisałam notkę. Tak to mniej więcej teraz u mnie wygląda: koncentracja motylka, sto rzeczy na raz, dziury w mózgu i zapominanie. Np. od trzech tygodni zapominam sobie zrobić badania, a właściwie nabyć stosowny pojemniczek jałowy, i WTEM! jest czwartek wieczorem, ja nadal nie mam pojemniczka, wyjeżdżam na weekend, a wizyta u lekarza – z wynikami, a jakże – w poniedziałek o ósmej czterdzieści rano. I trochę nie wiem, co teraz.

Zapominam też, który to właściwie tydzień. Chyba ośmnasty, ale nie przysięgnę. Z Kainem w każdym tygodniu czytamy sobie z internetów, co też tam przyszły potomek akurat wyczynia w brzuchu. Piszą, że może niedługo zacznie rozrabiać wystarczająco, żeby matka się zorientowała. Ja chętnie, gdyż doskwiera mi brak kontaktu. Nuda taka, nic się nie dzieje, tylko tu sobie człowiek czegoś zapomni, tam zasłabnie, ówdzie w spodnie się nie zmieści. Ale zero gratyfikacji, a ja nie lubię czekać :)

Poza tym nadal nie mam za bardzo siły, czasu i chęci na ludzi. Jak już nie mam co robić po południu, to bym sobie pospała, albo choć odpoczęła. Albo na spacer poszła. W grudniu ocknę się bez znajomych i będę łkać, niemowlęciu do wtóru. Ale w zeszły weekend byliśmy na działce – ognisko, pływanie, słońce, grill – a jutro jedziemy razem do Miasta Na K, żeby oblewać urodziny Suchego. Jak mi znów zamkną toaletę w busie, to zrobię im jesień średniowiecza.

Krótki loncik

Jakoś mnie ostatnio wszystko wkurza, a najbardziej ludzie. Szybko się wpieniam i długo uspokajam. Zwalam na hormony, ale chyba napiszę niedługo sążnistą notkę o szanowaniu cudzego czasu (aż dziwne, że jeszcze nie było, a może była, ale zapomniałam?) To z pewnością przez to, że czuję się lepiej, niż ostatnio, dzięki czemu mam siłę się wkurzać. Muszę znaleźć jakiś sposób na powrót do pięknego stanu mania wyjebane.

Miałam jechać w góry w ten weekend, ale jadę w przyszły. To się nigdy nie udaje w pierwszym terminie ;) Poza tym od wtorku zaczynam pracę; mam miesiąc na udowodnienie, że jestem boska. Na szczęście jestem, więc z pewnością wszystko będzie dobrze!

Jesteśmy piękni, młodzi i wartościowi (nawet, jeśli samotni)

Przeraża mnie to, że ludzie widzą siebie i innych głównie przez pryzmat związków lub ich braku. Ostatnio znajoma na imprezie opowiadała swojemu towarzyszowi o obecnych tam ludziach. Opowiadanie sprowadzało się zasadniczo do informacji, kto z kim jest zaręczony, zaślubiony lub na kogo leci. Pomyślałam, że to straszne. Jestem sobą, Lucą – blogerką, copywriterką, poetką, imprezową dziewczyną, jestem wieloma rzeczami i pasjami, a nie „żoną Caina”, on zaś jest szalenie interesującym człowiekiem poza tym, że moim mężem. Tymczasem skrócona, imprezowa informacja sprowadza się do tego, że jesteśmy razem. Booriing. *

Gorzej, że ludzie w ten sposób patrzą też na samych siebie. Jeśli ktoś jest singlem, najczęściej dobija go towarzystwo par, wkurza rozmawianie o ślubach znajomych, a nawet przygnębia spotykanie atrakcyjnych przedstawicieli płci preferowanej (bo przecież i tak nic z tego nie wyjdzie). Wielu znanych mi singli – singli nie z wyboru, a z braku szczęścia, bo ci z wyboru to inna historia – wydaje się żyć w przekonaniu, że skoro nikogo nie mają, to są beznadziejni, zapóźnieni w rozwoju życiowym, nieustatkowani i w ogóle skończą nadjedzeni przez owczarka alzackiego lub stado kotów. Inne sprawy, jak stabilizacja zawodowa, ciekawe zainteresowania, osiągnięcia na różnych polach, uroda, inteligencja, styl, wykształcenie i masa innych rzeczy wydają się kompletnie tracić znaczenie wobec faktu, że nie dzielą łoża, stołu i kredytu z drugim człowiekiem. Tak, jakby dopiero czyjaś stała obecność czyniła nas wartościowymi ludźmi, godnymi miłości.

Problem w tym, że jeśli poczucie swojego szczęścia i własnej wartości opieramy na obecności drugiego człowieka i jego do nas stosunku, to już na wstępie jesteśmy w czarnej dupie. Raz dlatego, że ludzie są zmienni i relacje są zmienne, toteż każdy gorszy moment w takiej relacji będzie nas od razu wbijał w poczucie beznadziei. A gorszy moment może pojawić się choćby tylko dlatego, że partner jest chory albo przemęczony. Nie ma to jak łapać doła za każdym razem, kiedy narzeczona ma grypę, PMS albo problemy w pracy, prawda?

Dwa – i tu rzucę nie dość, że banałem, to jeszcze górnolotnym, sorry – dwa, że jeśli nie kochasz sam siebie, to utrudniasz innym pokochanie cię. Jeśli nie umiesz uszczęśliwić siebie, tym bardziej nie uszczęśliwisz dwojga. Jeśli nie żywisz głębokiego szacunku i głębokiego uczucia sam do siebie, to podświadomie dasz w związku sygnały, że nie jesteś go wart. Nieco upraszczam, ale zasadniczo mam rację ;)

Zdaję sobie sprawę, że jak napiszę tutaj: „ludzie, nie róbcie tak”, to nie sprawię magicznie, że osoby, które tak czują, przestaną tak czuć. Ale powiem tak: nie znajdziecie w drugim człowieku tego, czego tak szukacie. Macie to w sobie, w środku, i kiedy już się do tego dokopiecie, druga osoba na pewno pomoże Wam to powiększyć, pomnożyć i rozdmuchać w wielki ogień. Ale nigdy nie polegajcie tylko na niej – polegajcie na sobie, bo nikt Was tak nie potrafi uszczęśliwić, jak Wy sami.


*Uwaga, tłumaczę się: absolutnie nie chodzi mi o to, żeby zgłaszać pretensje do znajomej, którą w ogóle uwielbiam, ale ładnie mi pasowało do tematu. Koniec tłumaczenia się.

Lazy saturday c.d

Dobra, przepraszam Was za tę wczorajszą nibynotkę. To dlatego, że cały dzień chciałam opisać sobotę od A do Z, bo ten dzień był tak obfitujący w durne zbiegi okoliczności i krótkie, acz zabawne historie, że koniecznie chciałam się podzielić. A potem zabrałam się za pisanie o północy i po winie. Takie są skutki nadużycia, drogie dzieci.

W MediaMarkt doradzał nam pan, którego – bardzo nieładnie – oceniłam po wyglądzie. „Wie wszystko o komputerach, a po godzinach bawi się linuksem” – tak sobie pomyślałam, i z tego miejsca proszę o wyrozumiałość, zwłaszcza informatyków i linuksowców. Facet wyglądał jak nerd, ok? Jakież było moje zdumienie, kiedy – nie bardzo wiem, jak to się stało – zaczął opowiadać o swoim motocyklu, a potem o skuterze, na którym przejechał osiem tysięcy kilometrów po Europie. Piękna historia. Spytałam, czy to nie jest męczące, taka długa trasa na skuterze. Okazało się, że jest – dla skutera, który po tych 8 000 wysiadł. Pan miał się świetnie :)

Wieczorem, teraz uważajcie, a najlepiej usiądźcie, mój własny, osobisty mąż postanowił wyciągnąć mnie na miasto. Szok. Było późno, wiało i padało, ale co to dla nas. Ubrałam się ciepło, acz frywolnie (w końcu to prawie randka!) i ruszyliśmy po przygodę: szukać biletomatu.  Ten na naszym przystanku zepsułam rano, na poprzednim – nie miał kartoników, na kolejnym nie działał (widać ktoś inny też wydał maszynie dwa polecenia na raz), na jeszcze następnym nie było biletomatu… W ten sposób odbyliśmy romantyczny spacer w deszczu, a kiedy wreszcie udało się kupić bilet, z niejaką ulgą wsiedliśmy do tramwaju, żeby przejechać nim pozostałe CAŁE dwa przystanki. Po czym Kain zaprowadził mnie, wystawcie sobie, do knajpy, o której istnieniu nie miałam bladego pojęcia. (Wyjaśniam: zwykle to ja się włóczę po mieście, a on wypoczywa przy komputerze.) Knajpa nazywa się Time Cafe, daje jedzenie, oferuje piwo Ciechan, jest miła, ładna, pojemna i – sądząc po klienteli – gay friendly, czyli same plusy.

Wypiliśmy po miodowym i poszliśmy na spacer, który jakoś zupełnie automatycznie prowadził w stronę Zakąsek. Tu miałam szansę na rewanżyk, bo Kain nie był jeszcze w Zakąskach i nie widział słynnego Pana Romana, lornety z meduzą nie spożywał, słowem, nic o życiu nie wiedział.
Wprawdzie lokal największe oblężenie przeżywał, kiedy był knajpą z widokiem na krzyż, ale i tak tłumek zauważyliśmy z daleka. Manipulując mokrym parasolem przebiliśmy się do środka. Stanęłam przy barze, potrącając łokciem jakiegoś faceta. „Przepraszam.” „To ja przepraszam.” „Krzysztof.” „Luca. Małżonek.” Krzysztof i jego kolega przyjechali z Krakowa, żeby poznać Pana Romana, co też zaraz Panu Romanowi zakomunikowali. Ów bardzo się ucieszył i uścisnął im dłonie. Przerwałam tę uroczą scenę pytaniem, czy można kartą. Pan Roman nachylił się ku mnie.
– Proszę pani – rzekł – życie uważam za gotówkę.
Po czym spoważniał i dodał formalnie: – Płatność tylko gotówką.

Chłopcy z miasta na K zapytali, czy się z nimi napije.
– Ja, proszę pana, w ogóle nie jestem spragniony – odparł Pan Roman z praską (chyba, tak mi się obiło o uszy) godnością. Pogawędka zapowiadała się na dłuższą, więc znów się wtrąciłam, Panie Romanie, jak tylko awanturkę (kto nie wie, co to awanturka, niech się pofatyguje i zamówi, osiem zeta. Gotówką). Pan Roman obrócił się zgrabnie za barem i podał mi talerzyk, o cudzie niespodziewany! z trzema awanturkami.
– Dałem pani jedną gratis, bo my się od razu zrozumieliśmy. Od razu. Że kartą nie można.
Zapłaciłam, dygnęłam (mimowolnie! kolana same mi się zgięły do dygu, przysięgam) i wyciągnęłam oszołomionego Kaina z tłumu. Chcieliśmy zjeść na zewnątrz, ale pan ochroniarz dopełnił klimatu mówiąc: „Konsumpcja tylko w środku”.

Potem było już nudno: romantyczny spacer w deszczu po nocnej Starówce, schody ruchome pod Placem Zamkowym, powrót nocnym autobusem na Pragie i pad na twarz, bo jakoś tak się zmęczyliśmy. Lorneta i meduza nadal przed Kainem, ale klimat załapał w dwie minuty. Swoją drogą fenomen Zakąsek jest naprawdę ciekawy. Nie ma gdzie usiąść, tłok jak cholera, ciągle ktoś Cię stuka łokciem i dyszy Ci w kark, głośno, wybór napojów niewielki. Ale wszystko to jest częścią niepowtarzalnej atmosfery i klienci biorą jak leci, z dobrodziejstwem inwentarza. Byle był Pan Roman, kieliszek i talerz.

Notabene w Krakowie widziałam dwie podróby Zakąsek, ktoś wie, czy mają powodzenie?