Archiwa tagu: marudzenie

Mrok, mord i dupa

Miałam już więcej nie przeklinać w internecie, bo znienacka okazało się, że mam wśród czytelników ludzi kulturalnych i starej daty (pozdrawiam Ulubionego Pastora!), więc rozumiecie, głupio tak mięsem rzucać. Ale nie mogę, no nie mogę.

Bo zima. Śnieg sypie jak dziki i nie przestaje, chyba, że tylko po to, żeby mógł popadać deszcz. A ja muszę wietrzyć dziecko, że nie wspomnę o robieniu zakupów, popylając przez zaspy, bo panowie z szuflami odśnieżają tylko na szerokość dwóch stóp, jeśli w ogóle. I wszystko mnie od tego boli.
Bo przez tę zimę dziecko ma wyspkę, a ja deprechę. Bo nie ma warzyw i owoców. Witamin nie ma. Bo mąż aktualnie pracuje dzień i noc, więc nawet nie mam jak mieszkania odkurzyć (zadanie wymaga kooperacji).

Bo ganglion, podejście drugie, na NFZ, z którym wiadomo, jak jest. Bo znowu cieknie spod wanny i zalało całą ścianę w sypialni. Bo milion innych nieszczęść.

I choć ogólnie jestem w życiu bardzo szczęśliwa, to jednak obecnie sądzę, że natychmiast oszaleję.

Ciążo, daj żyć

Kryzysik.

Jestem WIELKA. Znaczy OK, wiem, że przytyłam od początku tylko 7 kg, ale jestem wielka. Składam się z wielkiego, okrągłego brzucha, który codziennie staje się większy, choć niekoniecznie bardziej okrągły, gdyż okresowo posiada wypustki, na przykład w miejscu pięty. Nie mojej pięty. Chodzę jak kaczuszka, bujając się na boki (prawie jak Marylin z jednym spiłowanym obcasem, tylko, że nie). Nie mam w co się ubierać. Nie mogę swobodnie zawiązać butów, wstać, gdy kucnę, wejść po schodach w normalnym tempie.

Wszystko to zdaje się niezwykle bawić moje otoczenie. „Ojej, chodzisz już jak kaczka!”, „Och, znowu ci brzuch urósł, piłeczko!”, „Cześć, ojej, ale jesteś ciężarna!” – wszystko w tonie rozczulenia, pobłażania i życzliwości, podczas gdy mi się scyzoryk otwiera w kieszeni. Tak, zauważyłam, że przestałam być człowiekiem, a stałam się brzuchem, dzięki za przypomnienie.

Jestem ogromnie zmęczona. Zasypiam w locie, a latać trzeba dużo i długo. Wróciły mdłości i inne rewelacje, w tym emocjonalne huśtawki. Z konieczności odkładam wszystko to, co nie jest niezbędne. W pracy wdrażam tryb częściowo zdalny. Na imprezach wytrzymuję jakieś dwie godziny. Zdarza mi się wrócić do domu i zwyczajnie rozpłakać ze zmęczenia.

Najgorsze, że przecież nic takiego nie robię. Do firmy mam 20 minut, pracę siedzącą, męczącą tylko intelektualnie, ale nie fizycznie. Poza tym normalne życie: jakieś spotkania, jakieś urodziny czy śluby, codzienne sprzątanie, gotowanie, zakupy. I nie sama przecież, bo dzielimy się zadaniami, w dodatku nie po równo, gdyż np. ja padam na twarz i zasypiam, a Cain ogarnia. W zakupach i gotowaniu ostatnio pomagają też Siostra ze Szwagrem. Fajnie jest mieszkać tak blisko mojej rodziny.

Bez Caina byłoby ciężko. Bardzo się mną opiekuje i bardzo pomaga. W pewien pokrętny sposób sprawia to jednak, że jeszcze bardziej czuję się Przyszłą Matką. A może wolałabym być na przykład Gorącą Kochanką. Że zasypiam w minutę, ledwo zobaczę materac? Ojtam ojtam.

P.S. Jeśli macie wrażenie, że w połowie tego wpisu zgubiłam wątek, to dlatego, że NAGLE musiałam zrobić sobie coś do jedzenia i spożyć jak najszybciej. W dodatku wsypałam za dużo pieprzu i teraz pieką mnie usta.

Dyskopatio, daj żyć

Wczorajsze obchodzenie rocznicy ślubu zaczęliśmy od porządków w domu (same się nie chciały zrobić, nie rozumiem, dlaczego). Po 40 minutach przy zlewie trochę mnie jakby rozbolały plecy, więc zaległam na kanapie. Skąd tego zmywania tyle, ja się pytam? Dziś znowu cała kuchnia zajebana (pardon, no ale właśnie tak) i tym razem stał nad zlewem Kain, ale kaman, żeby codziennie tyle garów? A nawet obiadu nie gotowaliśmy. Zmywarka jest teraz moim pragnieniem namber łan.

No ale wracając. Leżałam tak sobie, plecy bolały, a młode w brzuchu chyba uznało, że musi być symetrycznie, i kopało jak dzikie. Do tego doszedł rozpaczliwy ból głowy i NAGLE poczułam, że znikąd litości ni ulgi.

Cóż to jednak dla mnie. Poleżałam, poleżałam, potem zrobiłam się na bóstwo i poszliśmy na obiad. Pieszo, bo to jakieś 20 minut drogi, a ja wszak powinnam spacerować. Po paru krokach plecy zaczęły jakby nieco łupać, ale nic to, nie pierwszy raz w życiu. Dojdę do knajpy i sobie usiądę, będzie dobrze, pomyślałam, jednocześnie uważnie wsłuchując się w organizm i ustalając, co mnie właściwie boli i dlaczego – bo wrażenie było nieprzyjemne, peemesowe jakby i trochę tak w dole człowieka, więc nie bardzo fajnie. No i tak w połowie drogi, w połowie zapewniania Kaina, że to tylko kręgosłup i wszystko jest OK, nagle zacisnęłam zęby, zawisłam na nim i tak pozostałam na dłuższą chwilę.

Do knajpy jednakowoż dotarłam, usiadłam wygodnie i mi się poprawiło. Dziś natomiast na wszelki wypadek spędziłam dzień głównie siedząc lub leżąc. Mój boski mąż wymasował mnie trochę. Wyjścia ograniczyłam do pięciominutowego spaceru po wodę oligoceńską (nosił Kain), obiad zamówiliśmy przez telefon, porządków palcem nie tknęłam.

A cholerny kręgosłup boli.

Podłożę się jeszcze Siotrze, gdyż nikt tak nie pomoże dyskopatce w ciąży, jak druga dyskopatka, a nawet matka-dyskopatka. Jeśli jednak nie uratują mnie jej arystokratyczne dłonie (obrączka A. wchodzi mi na mały palec tak prawie do połowy), przyjdzie mi potoczyć się do lekarza i przyznać do przypadłości. A potem, obawiam się, to już tylko sobie poleżę. Niestety na leżąco gorzej się pracuje, a już w ogóle najgorzej pakuje graty – przeprowadzka za dwa tygodnie.

Czarny scenariusz, wiem i może trochę desperuję na zapas, ale rozumiecie. Jak się ma krzywe WSZYSTKO (podobno zaczęło się od biodra i to już za życia płodowego), skoliozę ze zwyrodnieniami, dyskopatię i rwę kulszową, to się człowiek uczy dmuchać na zimne. Do tej pory dramat był tylko raz – jak się nieco przedźwigałam za czasów pracy w sklepie. Wtedy leżałam w łóżku dwa tygodnie – uczciwie! –  na lekach przeciwbólowych i przeciwzapalnych, a potem wreszcie mnie skierowano na jakąś rehabilitację. Dali mi zestaw ćwiczeń, ale w ciąży ich nie wykonuję, bo nie wiem, czy wolno. Krążki mi latają w tę i wewtę swobodnie, jak chcą – dawno przywykłam. Póki jakiś nie przeskoczy z nagła, jest ok. Rwa daje żyć, lekko mnie tylko czasem tyłek boli z jednej strony (na zmianę, po równo).

Teraz chyba kręgosłup uznał, że mu ciężko. Trudno się dziwić. Ważę niewiele, zwłaszcza jak na szósty miesiąc, ale przyrost wagi jakoś chyba nie poszedł w parze z przyrostem mięśni pleców. I oto proteścik. Tak więc trzymajcie kciuki, proszę Was bardzo, bo nie uśmiecha mi się taka zabawa przez kolejne trzy miesiące.

Z innej beczki – istnieje spore grono, które na wiadomość, że po porodzie zamierzam pracować nadal, tyle, że z domu, reaguje pogodnym śmiechem. Walcie się, moi kochani, no chyba, że rzucicie parę tysiączków miesięcznie oraz zapewnicie autouzupełnianie wiedzy z branży wraz z bezproblemowym powrotem na rynek.

A z jeszcze innej – bardzo bym chciała czuć się w tej ciąży tak, jak wyglądam! Bardzo.

Wyspa bezludna

Wyspa bezludna potrzebna od zaraz. Sytuacja wygląda bowiem tak, że lada dzień kupię przez internet karabin i zacznę strzelać.

Czuję się bardzo zmęczona. Chciałabym zamknąć się w jakimś cichym, spokojnym miejscu i odpoczywać. Spać, jeść, leżeć, spacerować, czytać, spać, jeść. Dbać o siebie i niczym innym się nie martwić. Tymczasem normalny, zdrowy człowiek nie ma w życiu tak dobrze, więc chodzę do pracy – którą uwielbiam, ale umówmy się, że nie polega ona na popijaniu kawki i nic-nie-robieniu – wracam z pracy, robię pracę dodatkową, zajmuję się domem (za mało), zmianą mieszkania (jest lepiej, mamy ugadane nowe lokum i lokatora do starego), zakupami, chodzeniem do lekarza, spotykaniem się z ludźmi, odwiedzaniem poczty, nie wiem, czym jeszcze – no tymi wszystkimi rzeczami, które robi normalny człowiek codziennie. I jestem tym ogromnie zmęczona, każdy mały problem urasta do rangi ogromnej kłody pod nogami, w dodatku rzuconej złośliwie.

Ludzie denerwują mnie niepomiernie. Dziś zaczęło się od trzęsienia ziemi i było coraz ciekawiej. Poleciłam znajomego koleżance, która szuka lokatorów do mieszkania – umówił się i nie przyszedł. Więcej nie polecę. Napisał drugi znajomy, że chce się zobaczyć, ale żebym przyjechała do niego na zadupie, bo tak mu bardziej pasuje. No hello? Goście mieli przyjść, cały dzień poukładałam pod kątem tej wizyty, o umówionym czasie dzwonimy – nie przyjdą, w ogóle nie planowali dziś. Do optyka pojechałam, na drugi koniec miasta, wyprawę zbiorową z tego zrobiłam, bo kilkoro nas potrzebuje tej usługi – u optyka urlop. Poszłam do ulubionej restauracji, a tam jakaś obca, nieogarnięta kelnerka i jedzenie po raz pierwszy takie sobie.

No wszystko przeciwko mnie, sami widzicie.

W tej sytuacji każdą kolejną propozycję towarzyską witam najpierw okrzykiem „No kurwa! I co jeszcze? Ja nie mam czasu, nie mam siły, spierdalać!”, potem obwąchuję nieufnie, a następnie bardzo uprzejmie odpowiadam. Zwykle twierdząco, bo nie jestem asertywna, dopóki mnie ktoś naprawdę nie wkurwi. Wtedy też nie jestem asertywna, tylko niemiła.

Piłka

Rosnę. Grubnę. Czuję się duża i ociężała. Brzuch często boli, bo ciąża tak jakby nie leczy problemów trawiennych, a leków, które zwykle mnie ratują, staram się nie brać. Jestem zmęczona, słaba, zwłaszcza w upalne dni. Znów gorzej śpię – budzi mnie pęcherz i skurcze łydek. Biorę potas, magnez, żelazo, witaminę C i lecytynę, chyba, że zapomnę. Strasznie dużo, wiem.

Ten potas wcale nie pomaga, skurcze nóg mam straszne. Dziś obudziły mnie nad ranem, łydki bolały jeszcze trzy godziny później. Żelazo też chyba średnio się wchłania, pękają mi kąciki ust. Kupiłam sokowirówkę i miałam robić soki, ale, szczerze mówiąc, zniechęca mnie ilość roboty, która przy tym jest. A zwłaszcza zmywania po. Problemy z koncentracją też nie ustępują, niestety.

Mimo, że taka się czuję ciężka i widzę, że brzuch z dnia na dzień coraz większy, wciąż ważę mniej niż 60 kg. Bardzo dobrze, bo jeszcze kawał czasu przede mną. Jeśli pominąć zmęczenie, czuję się bardzo sexy i zmysłowo. To zasługa ludzi, którzy mi często mówią, że świetnie wyglądam w ciąży. Rzeczywiście, lustro też jest przychylne, choć chwilami tęsknię za moim płaskim brzuszkiem i filigranowymi kształtami. Nawet, jeśli w komplecie były małe cycki i mordka szczurka.

Proszę pani, to nie ciąża, to charakter

Kiedy już nauczyłam się odróżniać porywy serca od porywów mniej szlachetnych i na pewno dokładnie wiem, którym organem myślę, okazało się, że przede mną nowy level.

Charakter czy hormony?
Stres czy hormony?
Serce czy hormony?

Hormony czy niedobór magnezu?!

Ciężkie jest życie kobiety, jeżeli koniecznie upiera się przy samoświadomości, docieraniu do źródeł swoich zachowań, analizowaniu i wiedzy. W sumie nie wiem, czy naprawdę koniecznie potrzebna mi wiedza, czy w obecny nastrój wprawiają mnie bieżące problemy, zawiedzione nadzieje, burza hormonalna, niespełnione zachcianki czy może brak mikroelementów. Efekt jakby ten sam: chodzę podminowana, sama sobie nie ufam. Niespodziewanie się denerwuję, płaczę albo zamyślam. Mam napady namiętności, zapewne powinno się mnie zamknąć w domu, żebym nie szkodziła społeczeństwu i moralności publicznej. W ogóle – chodząca bomba.

Magnez kupiłam. Tyle mogę. Reszta jest męczeniem.

Jak te ślimaki się rozbiegły, to był dosłownie moment

Kolejny tydzień śmignął mi koło nosa, nie wiem, kiedy. Trochę nie dziwne, gdyż od 9 do 17 jadę pełną parą, a potem albo kontynuuję, albo padam na twarz. Zależnie od ilości obowiązków pozasłużbowych. Praca jest zajebista, robię fajne rzeczy, uczę się dużo i chwalą mnie. Póki co zostaję więc w Socializerze, firmie rozwijającej się szybciej, niż ludzki zarodek (naprawdę robią wrażenie).

———————————–

Właśnie poszłam na pół godziny na Golden Line aktualizować profil i kompletnie zapomniałam, że pisałam notkę. Tak to mniej więcej teraz u mnie wygląda: koncentracja motylka, sto rzeczy na raz, dziury w mózgu i zapominanie. Np. od trzech tygodni zapominam sobie zrobić badania, a właściwie nabyć stosowny pojemniczek jałowy, i WTEM! jest czwartek wieczorem, ja nadal nie mam pojemniczka, wyjeżdżam na weekend, a wizyta u lekarza – z wynikami, a jakże – w poniedziałek o ósmej czterdzieści rano. I trochę nie wiem, co teraz.

Zapominam też, który to właściwie tydzień. Chyba ośmnasty, ale nie przysięgnę. Z Kainem w każdym tygodniu czytamy sobie z internetów, co też tam przyszły potomek akurat wyczynia w brzuchu. Piszą, że może niedługo zacznie rozrabiać wystarczająco, żeby matka się zorientowała. Ja chętnie, gdyż doskwiera mi brak kontaktu. Nuda taka, nic się nie dzieje, tylko tu sobie człowiek czegoś zapomni, tam zasłabnie, ówdzie w spodnie się nie zmieści. Ale zero gratyfikacji, a ja nie lubię czekać :)

Poza tym nadal nie mam za bardzo siły, czasu i chęci na ludzi. Jak już nie mam co robić po południu, to bym sobie pospała, albo choć odpoczęła. Albo na spacer poszła. W grudniu ocknę się bez znajomych i będę łkać, niemowlęciu do wtóru. Ale w zeszły weekend byliśmy na działce – ognisko, pływanie, słońce, grill – a jutro jedziemy razem do Miasta Na K, żeby oblewać urodziny Suchego. Jak mi znów zamkną toaletę w busie, to zrobię im jesień średniowiecza.

Zapomniałam

Ogólnie to jest tak, że mam, pardon, wyjebane. Wszystko mi jedno, póki nikt za bardzo ode mnie nie wymaga. Mogę leżeć na kanapie, mogę iść na spacer (ale powoli) mogą być jacyś ludzie, mogą nie być, mogę spać, mogę coś klikać. Interesuje mnie tylko spokój i odpoczynek, w związku z czym mój mózg uparcie ignoruje wszystko inne. Wypiera. Zapomina.

Jeśli miałam coś zrobić, do kogoś oddzwonić, umówić się, odmówić, załatwić, to sorry. Zapomniałam.

Poza tym powoli rozważam większą asertywność w kontaktach towarzyskich. Kiedyś na przykład postanowiłam niedziele spędzać w domu. Wychodzi różnie, ale głównie efekt jest taki, że umawiam się u siebie, a nie na mieście. Teraz zastanawiam się, czy nie byłoby zdrowiej tych niedziel w ogóle zostawić tylko dla siebie. Na odpoczynek (na przykład na wysprzątanie, wyszorowanie, wypastowanie, umycie i potem jeszcze manikiur, bo kto widział takie mieć ręce, jakbym w domu pracowała, prawda), więc na odpoczynek i nie wiem, pogapienie się w sufit, bez spiny, że jestem nieuczesana, w poplamionej sukience albo mi widać majtki. Albo bez planowania, o której obiad i czy nie wcześniej, bo ktoś przychodzi i przecież trzeba nakarmić, nie będziemy tak sami żreć gościowi na oczach. Albo że trzeba jeszcze zrobić zakupy, a ten ktoś spóźnia się dwie godziny i kiedy niby.

Druga rzecz to przekładanie spotkań, muszę nauczyć się odmawiać takiemu przekładaniu. Niby spoko, każdemu może coś wypaść, tylko ja mam zwykle tak: X. o 12, Y. o 15, 16-17 zakupy, Z. o 18, obiad nie wiadomo kiedy, odpoczynku wcale. I potem X się przekłada na 13.30 i jestem z całym planem w dupie. A potem sobie przypominam o czymś, o czym zapomniałam i jestem w dupie jeszcze bardziej. Wtedy się oczywiście strasznie wpieniam i już w ogóle wszystko jest beznadziejne. Dorzućcie moją upartą chęć, żeby być miłą dla każdego, z każdym się spotkać i żeby wszystkim było przyjemnie i macie kompletną wizję świruski z zapełnionym kalendarzem, którą każda zmiana o kwadrans przyprawia o palpitacje, że nie zdąży.

No, ale teraz mam wyjebane i chyba zacznę mówić NIE. Bo nie. Bo chcę poleżeć, popisać, poczytać, pospać. Bo chcę wyjechać, odpocząć.

Zresztą zapomniałam.

Przedwiośnie

Senność 100.

Tylko bym spała albo czytała. Zimno mi i duszno na raz. I zmiany ciśnienia dają mi po głowie, słabo mi się robi co i rusz.
Jako rasowa drama queen odczuwam wielką pokusę, żeby oznajmić, żem słaba i wziąć sobie z tydzień wolnego. Ale trzeba się wziąć w garść i zarabiać kasę, zwłaszcza, że w weekend narobiliśmy zakupów. To znaczy przede wszystkim zamówiłam Cainowi tablet, taki do rysowania. Nie żeby rysował, ale od myszki komputerowej robi mu się rasowy nadgarstek programisty, już ma jedną rączkę bardziej. Od tabletu mu się poprawia, więc kupiliśmy Bamboo i czekamy na dostawę. Jakoś mimochodem i przy okazji kupiłam mu też kolczyk w kształcie macki, no po prostu sam mi wpadł do wirtualnego koszyka, przysięgam.

Dla siebie zaś wylicytowałam wiosenny płaszczyk, czerwony w czarne grochy. Mam do kompletu taką samą parasolkę i tylko kalosze biało-czarne w komiks, ale może jakoś to będzie. A jak nie, to kupię jeszcze czerwone buty, no bo co robić ;)

Z przyjemności niematerialnych – piszę trochę wierszy, ostatnio w szablonie sms-a, jedną ręką, w pięć minut dzielących park od domu. Wysłałam Asji, a ona mówi, że kocha i że zrobimy poemiks. Będzie pięknie.

Zimowa depresja z kabaretem w tle

Wiem już, wiem, co mi dolega, czemu wciąż marudzę, czemu tak mi się chce spać i wszystko wydaje mi się do dupy. Poczytałam sobie moje własne notki, publikowane tutaj rok temu, na przełomie stycznia i lutego. Wychycha z nich jedna wielka, czarna dupa („kiedy wyjrzy jak dupa z pokrzywy pysk zły i obrzydliwy”). Deprecha, dół, ciemność, zimność, dodomudalekość i masakra. I oto w okolicach lutego pojawia się radosna nocia o tym, że wiosna, bo pączki na drzewach, zapach powietrza, coś tam coś tam.

Wniosek:
(„jeżeli kochać, jeżeli koochaać…!”)
mam najzwyklejszą na świecie zimową depresję (nie mylić z depresją w sensie choroby), klasyczną, coroczną, cykliczną. I co roku na nowo zastanawiam się, czego mi tak źle. Tuszę, iż następnym razem też zajrzę w archiwum, przeczytam ten wpis i się ogarnę.

#jestplan:
Sport, ruch, światło, w ostateczności  solarium – co jeszcze polecacie?