Archiwa tagu: miłość

Spróbuj to napisać, spróbuj to jakoś ograć

Jest niesamowicie. Ludzie wokół mnie są tak fantastyczni, tak inspirujący, tak otwarci, że przez większość czasu ledwo wierzę własnym zmysłom. Może nie powinnam wierzyć, bo zmysły wariują na wiosnę, a wiosna ewidentnie już w powietrzu. Ale w dniu, w którym stanę się nieufna z natury, ktoś z Was niech weźmie broń i zastrzeli mnie z litości, dobrze?

Inspiracje. Granice. Wyobraźnia. Emocje i relacje. A kiedyś nie wierzyłam, że życie zaczyna się po trzydziestce…

Wtajemniczenia

Pierwszy stopień dziewczyńskiego wtajemniczenia osiągamy w szkole podstawowej. To ten, który pozwala nam wyczuć zainteresowanie. Mówcie, co chcecie, ale dziewczyna zawsze wie, kiedy ktoś na nią leci. Jeśli Adrian z siódmej be kocha się w Kasi z szóstej a, macie jak w banku, że Kasia o tym wie, choćby najudatniej zgrywała niewiniątko. To się po prostu wyczuwa, to się wie. Wcześniej albo później, ale raczej wcześniej. Każda laska to potrafi.

Drugi stopień to umiejętność odróżniania zainteresowania od prawdziwego uczucia i nieznajdowania symptomów miłości tam, gdzie jej nie ma. Czyli że jeśli mówi, że cię lubi, to prawdopodobnie znaczy tylko tyle, nie więcej. Jeśli podaje ci płaszcz, to znaczy, że jest dobrze wychowany. Jeśli kupuje ci kwiaty na urodziny, to pewnie lubi kupować kwiaty. Jeśli chętnie zaprasza cię do eleganckich restauracji, to zazwyczaj oznacza, że lubi do nich z tobą chodzić. Nic więcej. O dziwo ten poziom wtajemniczenia osiąga niewiele kobiet, a już nie daj Boże, jeśli się im trafi prawdziwy gentleman z zamiłowaniem do szarmanckich gestów. Taki ma przewalone, bo każda od razu myśli, że skoro te gesty takie szarmanckie – w oczy patrzy, gdy rozmawia, w dłoń całuje i nosi torby – to już na pewno kocha. Otóż nie, po prostu jest gentlemanem. To miłe, ale nie róbmy z siebie idiotki, ok?

Podobnie ma się rzecz z prawdziwym przyjacielem. Dolewa wina, trzyma za włosy, gdy rzygasz, pozwala szlochać  w marynarkę i kupuje trafione prezenty? Gratulacje, masz doskonałego kumpla, z którym możesz konie kraść. To nie znaczy, że on cię kocha (to znaczy pewnie kocha, ale nie tak, jak myślisz).

Jeśli to umiesz, to dasz sobie radę.

Ale jest jeszcze trzeci stopień. Polega na tym, żeby nauczyć się ufać sobie. Delikwent przez rok nie deklaruje, ale ty wiesz swoje i masz rację. Albo pitoli coś o przyjaźni, ale ty czujesz, że nie całkiem. Albo wyznaje po trzech latach, a ty od początku wiedziałaś. Kręci, daje znaki, okazuje czynem albo przeciwnie, milczy jak głaz. Rokminiasz to ze wszystkimi przyjaciółmi na sesjach indywidualnych i grupowych, wypijasz litry wina, próbując zgadnąć, co autor ma na myśli, a nawet stawiasz gościa pod ścianą i żądasz definicji, przy czym efekt każdej z tych prób jest taki sam, czyli wszyscy idę w zaparte, że nic, że nie. Ale, laska – jeśli czujesz, że coś jest na rzeczy, wsłuchaj się w ten wewnętrzny głos. Pozornie punkt drugi kłóci się z trzecim, wiem. Nie szkodzi.

Zaufaj sobie. Wiesz lepiej. BTDT.

Ach bój się, bój

Strach jest sygnałem, że dzieje się coś niezwykłego. Coś innego niż zawsze, do czego nie przywykłam, czego się nie spodziewałam. Zawsze najbardziej bałam się nieznanego, dlatego przez całe życie obmyślam scenariusze i plany, a jeśli oddaję komuś kontrolę, to tylko pod kontrolą. Nie znoszę zmiany planów, choć jednocześnie nieoczekiwane zwroty akcji powodują przyspieszone bicie serca i radosne wyczekiwanie niespodzianki. Lubię ten dreszczyk. Cóż, to nie nowość, że strach i podniecenie często występują razem i że kręci nas to, czego się boimy. Tylko jedni oglądają horrory, a innym wystarcza życie.

Strach nigdy mnie nie powstrzymywał. Wychodziłam na tym źle albo dobrze, raz salwując się ucieczką z nocnej, dalekiej Pragi w środku zimy, a innym znów razem zyskując piękną przygodę i wspaniałą historię do opowiadania. Albo męża, na przykład. Tym bardziej nigdy mnie nie powstrzymywały ostrzeżenia. Ach, więc mam nie chodzić po tym wysokim krawężniku, bo można spaść? A właśnie, że ja nie spadnę. Więc powiadasz, że powinnam uważać, bo się w tobie zakocham? Ha, nie tacy mi to mówili. Mhm, nie powinnam, bo to niebezpieczne? Just watch me.

Czego się nigdy nie nauczyłam, to analizować swojego strachu. Zauważam drania, mówię sobie: „O, boję się, to ciekawe” – i idę dalej, a on sobie zostaje z tyłu. Zazwyczaj. Bo czasami nie i wtedy zupełnie nie wiem, co począć. Co to za model i kto on jest? O co gościowi chodzi?

Że może tam z przodu jest gęsty, czarny, dziki las i warto by było zawrócić?

Just watch me.

O dziewczynie, która była łabędziem

Pewne małżeństwo żyło ze sobą szczęśliwie, do pełnej radości brakowało im jednak dziecka. Wiele lat marzyli o małej istotce, która sprawi, że staną się rodziną. Wreszcie Los ich wysłuchał i urodziła im się córka. Teraz ich szczęście było pełne. Dali córeczce na imię Anna, opiekowali się nią troskliwie i patrzyli, jak rosła.

Anna stawała się coraz starsza i odkrywała coraz więcej świata wokół siebie. Poznawała ludzi, zwierzęta i miejsca. Zaczęła dojrzewać i zastanawiać się nad różnymi rzeczami, aż wreszcie – w dniu, gdy skończyła 12 lat – odkryła, że jest łabędziem. Początkowo nie rozumiała, co się z nią dzieje, czemu okrywa się białymi jak śnieg piórami, dlaczego wygina długą szyję i skąd się biorą te dwa wielkie skrzydła, ale kiedy wszystko pojęła, poszła powiedzieć swoim rodzicom.

– To niemożliwe – odparli. – Ludzie nie są łabędziami.

Anna zmartwiła się, że rodzice jej nie zrozumieli. Próbowała sobie wmawiać, że jest taka sama, jak inni, ale naprawdę trudno zignorować fakt, że jest się łabędziem! Ponownie udała się więc do rodziców.

– To niemożliwe – odparli. – Może ci to wkrótce przejdzie.

Anna czekała więc, aż jej to przejdzie. Ze wszystkich sił udawała przed wszystkimi, że niczym się od nich nie różni.  Wiele razy zastanawiała się, w jaki sposób stała się łabędziem i jak to można odkręcić. Prawda była jednak tak oczywista, iż trudno było uwierzyć, że nie widzi jej każdy, kto tylko na nią spojrzy. A szczególnie rodzice!

– To niemożliwe – mówili. – Nasza córka nie może być łabędziem.

Pewnego dnia, gdy Anna spędzała czas na zabawie ze znajomymi, podeszła do niej dziewczyna. Anna znała ją z widzenia, mijały się czasami tu lub ówdzie, nigdy wcześniej jednak ze sobą nie rozmawiały. Mimo tego Anna czuła, że bardzo tę dziewczynę lubi i ucieszyła się, że teraz nareszcie będą mogły porozmawiać. I gdy tak rozmawiały, a Anna przyglądała się swojej nowej przyjaciółce, zauważyła nagle jej białe jak śnieg pióra, długą szyję i dwa wielkie skrzydła. Dziewczyna spostrzegła, że Anna jej się przygląda i powiedziała:

– Tak, jestem łabędziem. Ty również, czyż nie?

Serce Anny zalała fala ulgi. A więc nie jest jedynym łabędziem na świecie, są jeszcze inni, podobni do niej. Wkrótce okazało się, że jest ich więcej, niż Anna sądziła, dziewczyn i chłopców, którzy także są łabędziami. Przyjaciółka poznała ją z nimi wszystkimi i Anna dziwiła się, że dotąd nie umiała ich zauważyć na ulicy. Odkrycie, że świat jest pełen nie tylko łabędzi, ale także innych cudownych stworzeń, dało jej siłę do ponownej rozmowy z rodzicami.

– Mamo. Tato. – powiedziała. – Jestem łabędziem i czas przestać udawać, że to niemożliwe. Jestem waszą córką i jestem łabędziem, musicie to wreszcie zauważyć. Poza tym bardzo chcę wam przedstawić moją przyjaciółkę.

– No dobrze, córeczko – powiedzieli rodzice. – Skoro jesteś łabędziem, to trudno, ale przecież kochamy cię tak samo mocno. Na pewno polubimy także twoją przyjaciółkę.

Wiele jeszcze razy Anna rozmawiała z najbliższymi o sobie, o łabędziach i nie tylko. Na świecie bowiem żyją kapibary, dziobaki, zimorodki i wiele, wiele innych fantastycznych stworzeń, a wszystkie są piękne i ciekawe. Z czasem rodzice znów przestali zauważać, że ich córka jest łabędziem, ponieważ teraz patrzyli w jej serce, a nie na białe pióra i długą szyję.  Wówczas Anna poczuła, że jest naprawdę kochana i szczęśliwa.

KONIEC

Status update

Właśnie zajrzałam na bloga i zobaczyłam, że ostatni wpis jest sprzed miesiąca. Miesiąca! Kiedyś pisałam tu dwa razy dziennie, inna rzecz, że o tak kompletnych pierdołach, że aż strach. Co prawda warsztat można szlifować i na zatkanej toalecie, że ie wspomnę o podtrzymywaniu więzów, bo ostatnio znów sobie przypomniałam, że blog powstał właściwie po to, żeby znajomi mieli update, a ja żebym nie musiała tych samych historii opowiadać po pięć razy. Potem przy każdym spotkaniu pytano mnie: „co słychać, oprócz tego, co na blogu, bo już czytałem?”. A później założyłam konto na ś. p. Blipie, a potem na fejsie i zaczęłam tam zapisywać myśli, i teraz łapię się na tym, że nawet dłuższe (to znaczy kilkuzdaniowe) posty zazwyczaj zamieszczam na Facebooku, a nie blogu. Pewnie dlatego, że tam jest szybszy kontakt, a dla mnie esencją tego dzielenia się pisaniem jest właśnie kontakt.

No dobra, na bezludnej wyspie też bym pisała. Ale to by nie było to samo. (Ani tyle samo, wzdech, na bezludnej wyspie miałabym tyylee czasu i mogłabym napisać WSZYSTKO.)

Byłam na koncercie Amandy Palmer, w ramach tej samej trasy, co rok temu w Pradze. Wyrwał mnie z butów. Przy każdym kawałku rozsadzało mnie z emocji i wiem, że brzmię jak nastoletnia psychofanka Backstreet Boys, ale trudno. W koncertach piękne jest to, że muzykę odbiera się ciałem. Organicznie. Tętno bije w rytmie perkusji, bas czuje się w płucach, a serce robi się jakby coraz większe, za duże, i czujesz, że zaraz rozsadzi nie tylko ciebie, ale całą tę budę. I, oczywiście, wokalistka śpiewa każde słowo właśnie do ciebie, trafiając cię tekstem prościutko w splot słoneczny. Tak właśnie było.

Pojutrze moje dziecko, które na tym praskim koncercie było jeszcze w brzuchu, kończy rok. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało. Będę piekła ciasta i się wzruszała. Zaraz potem zajmę się listą świątecznych prezentów, która jak zawsze jest za długa w porównaniu do naszych finansów, a ja tak strasznie lubię obdarowywać. Ale coś wymyślę. Poza tym chcę Wigilię u nas w domu, z całą bliższą i dalszą rodziną. Będzie bosko, jak co roku.

Listopad był łaskawy. Owszem, trochę ciemno, ale nie tak najgorzej. Mrok i mord ogarnia mnie tylko czasem i nie na długo. Może dlatego, że żyję w bańce z miłości. Związek mam niesamowity, a poza związkiem tak samo dobrze. Żyję w świecie szczerych rozmów, ciepłych wyznań, niezwykłych prezentów (materialnych i nie), dobrego seksu i komplementów. Oczywiście nadal jestem mamą małego dziecka, które nie lubi mnie puszczać, więc jestem bardzo zmęczona. Ale daję radę i jest coraz lepiej. Joga bardzo pomaga.

W styczniu wracam do pracy i myślę, że to doskonały moment. Potrzebuję zmiany, potrzebuję swojego życia. Spodziewajcie się miliona postów o tym, jak bardzo jestem wyczerpana podwójną rolą – pracownika i mamy ;)

 

Licho w Krakowie

Tym razem pojechałyśmy we dwie. Fantastycznie było spotkać się z tym samym, co zawsze, ciepłym przyjęciem i opieką. Tym samym mimo innej sytuacji, bo jednak niemowlę to rewolucja.

Kraków pachniał kwitnącymi drzewami i deszczem, i jeszcze tym jednym, znajomym zapachem. Ptaki śpiewały całą noc. Pokazałam córce pociągi, rzeki nie zdążyłam pokazać. Poimprezowałam. I wróciłam.

Home sweet home. Oraz Kain wrócił – jeszcze chyba nigdy nie rozstawaliśmy się na CAŁE cztery dni.

Powroty

Powroty są łatwiejsze, gdy ma się do pokonania kilkaset kilometrów. Trzy godziny w pociągu pomagają poukładać sobie w głowie na nowo i wrócić także mentalnie.

Gdy ma się na to zaledwie kilka minut, jest trudniej. Chociaż widok niemowlęcia od progu sprawia, że proces wracania gwałtownie przyspiesza, a mózg matki robi voltę i zatrzymuje się w pozycji: „rodzina”.

(Tak, wyszłam z domu bez dziecka i męża po raz pierwszy od dwóch miesięcy.)

Mamą być

Jestem mamą od tygodnia. Lubię to. Lubię zajmować się naszą córeczką, karmić ją, patrzeć na nią i przytulać. Kiedy zasypia mi na rękach, nie mam serca jej odłożyć. Lubię też to, że mam urlop, żeby zajmować się tylko nią.

Poród jest szokiem – mówili i mieli rację. Dla organizmu znaczy. Byłam słaba jak kocię i gdyby nie adrenalina, nie dałabym rady opiekować się małą. Teraz już jest lepiej. Czuję się i wyglądam nieźle, o ile, oczywiście, pominąć wiecznie opuchnięte oczy ;) Od znieczulenia i od pochylania się nad młodą bolą mnie plecy, a większa aktywność domowa powoduje zawroty głowy, ale to wszystko w normie i generalnie jest spoko.

Mam mnóstwo chwil, kiedy mam zajęte obie ręce i wolną głowę. Układam wtedy notki na blogi, np. tę ułożyłam wczoraj i zanim zdołałam usiąść i ją napisać, wszystko zapomniałam. A przysięgam, że nie miała być taka nudna. Jednak, co tu kryć, w moim życiu obecnie dzieją się rzeczy dość dla postronnych monotonne. Cała jestem z moją małą rodziną i nic innego mnie w zasadzie nie interesuje. Ot, kupuję przez internet świąteczne prezenty, stopniowo ogarniam sprawy do załatwienia, walczę z ZUS-em, który uparł się weryfikować, czy aby na pewno pracowałam. Z tej okazji podejrzewam, że kasa przyjdzie około 20. grudnia, co odrobinkę utrudnia mi upłynnianie środków na Allegro.

Dziś zostawiłam Licho jej ojcu i wyprawiłam się zobaczyć śnieg. Kilka minut spaceru po podwórku. Bardzo ślicznie jest. Potem zrobiłam to, tamto i owo, i teraz mi słabo oraz gubię wątek. Cain jest fantastyczny, urodzony tata. Kocha, wspiera, ogarnia, kołysze, przewija i masuje. Nie wiem, co to będzie, jak mu się skończy urlop.

 

 

Facet idealny

Odkąd wiadomo, że jestem w ciąży, słucham nieprzyzwoitych wręcz ilości komplementów. Nie wiem, może to jest przyjęte po prostu, że kobiecie w ciąży trzeba mówić, iż świetnie wygląda. Ale ja faktycznie słyszę to bez przerwy i coraz częściej. Rzut oka w lustro potwierdza, że jest nieźle. Znaczy wiadomo, że brzuch jak ta piłka, na której teraz właśnie siedzę, pisząc. Że tu i ówdzie więcej, że nogi puchną, że zmęczenie. Poza tym jednak jest nieźle, a widywałam dziewczyny w ciąży strasznie wymizerowane, po których widać było, że się męczą. Po mnie nie widać.

I tak sobie myślę, że jeśli jest w tym czyjaś zasługa, to tylko i wyłącznie Caina, który od początku opiekuje się mną – nami – jak nikt. Kiedy byłam na etapie leżenia i mdłości, donosił suchy chleb z masłem do łóżka, parzył herbatę i współczuł. Kiedy kręgosłup odmówił mi posłuszeństwa, przejął noszenie najmniejszych nawet drobiazgów. Kiedy przestałam sięgać do podłogi, zaczął mi zakładać i zdejmować buty oraz podnosić wszelkie upuszczone przedmioty. Od kwietnia nie dotknęłam odkurzacza, mopa, siat z zakupami, kociej kuwety. Kiedy trzeba – gotuje, kiedy trzeba – zanosi mnie na rękach, wyciąga z wanny, zaparza melisę. Jem też dobrze, na różnych rzeczach czasem oszczędzamy, ale na pewno nie na jedzeniu dla mnie.

Wszystko to sprawia, że nie jestem tak zmęczona, jak byłabym bez jego pomocy. Mam dobre wyniki badań, spokojną głowę, odpoczywam, kiedy muszę. Dzięki temu, że wiele spraw mogę sobie zwyczajnie odpuścić, bo mój mąż je zrobi – albo zwyczajnie nie będą zrobione, bo i na ten luksus sobie czasem pozwalamy – zachowuję siły na inne, ważniejsze rzeczy. A to przekłada się też na wygląd.

Tak więc, Kochani, następnym razem, kiedy będziecie rozpływać się nad tym, jak fantastycznie wyglądam w ciąży – proszę, uściśnijcie też prawicę Cainowi. Bo to tak naprawdę dzięki niemu :-)

Love!