Archiwa tagu: nastroje

Powroty

Powroty są łatwiejsze, gdy ma się do pokonania kilkaset kilometrów. Trzy godziny w pociągu pomagają poukładać sobie w głowie na nowo i wrócić także mentalnie.

Gdy ma się na to zaledwie kilka minut, jest trudniej. Chociaż widok niemowlęcia od progu sprawia, że proces wracania gwałtownie przyspiesza, a mózg matki robi voltę i zatrzymuje się w pozycji: „rodzina”.

(Tak, wyszłam z domu bez dziecka i męża po raz pierwszy od dwóch miesięcy.)

Priorytety

Nie to, że ciąża daje plus 100 do zen, bynajmniej, niestety.
Ale daje priorytety, którymi są:

– spanie
– jedzenie
– odpoczywanie
– jedzenie
– odpoczywanie
– spanie.

Na resztę mam zasadniczo wyjebane. Polityka mi obecnie wisi dorodnym kalafiorem, tzn. owszem, oburza, ale nie aż tak, żebym się miała wypowiadać. Dowcipy śmieszą, o ile są krótkie i proste. Długie zajmują cenny czas, który można poświęcić na efektywną pracę, żeby zaraz po niej iść spać. Makijaż zdaje mi się zbytkiem, zamiast tego lepiej spokojnie zjeść śniadanie. I tak dalej.

Do tego jestem przeziębiona i panikuję, że zapadnę na kaszel. A kaszel to wiecie: skurcze z tego mogą być. Tymczasem dama niby ukończona, ale wciąż malutka. Niechby jeszcze z kilogram przytyła, zanim zacznie marznąć na zewnątrz…

Proszę pani, to nie ciąża, to charakter

Kiedy już nauczyłam się odróżniać porywy serca od porywów mniej szlachetnych i na pewno dokładnie wiem, którym organem myślę, okazało się, że przede mną nowy level.

Charakter czy hormony?
Stres czy hormony?
Serce czy hormony?

Hormony czy niedobór magnezu?!

Ciężkie jest życie kobiety, jeżeli koniecznie upiera się przy samoświadomości, docieraniu do źródeł swoich zachowań, analizowaniu i wiedzy. W sumie nie wiem, czy naprawdę koniecznie potrzebna mi wiedza, czy w obecny nastrój wprawiają mnie bieżące problemy, zawiedzione nadzieje, burza hormonalna, niespełnione zachcianki czy może brak mikroelementów. Efekt jakby ten sam: chodzę podminowana, sama sobie nie ufam. Niespodziewanie się denerwuję, płaczę albo zamyślam. Mam napady namiętności, zapewne powinno się mnie zamknąć w domu, żebym nie szkodziła społeczeństwu i moralności publicznej. W ogóle – chodząca bomba.

Magnez kupiłam. Tyle mogę. Reszta jest męczeniem.

Czilaut

Jestem imprezowym nieogarem. Jakoś mnie ostatnio nie kręci tłum i hałas. Byłam w Filotramwaju, który jak zawsze dawał radę, po półtorej godziny poszłam na koncert Roczenia, który też jak zawsze dawał radę, a po północy wróciłam do domu resztką sił, kompletnie rozjechana przez te dwa, jakże męczące, wyjścia. Tak, głównie siedziałam na tyłku i piłam wodę, a nie, że jakieś szalone balety. Jednak organizm domaga się swojej dawki spokoju, snu i tumiwisizmu.

Spotkałam dużo ludzi, którzy rzucali mi się na szyję i cieszyli, że mnie widzą. Też się cieszę, a pewnego dnia może nawet posiądę umiejętność rozpoznawania wszystkich z twarzy i imion, bo póki co – od lat – mam tak, że około piątego spotkania zapamiętuję albo nie. Inna sprawa, że  poznaję i spotykam jakieś szalone ilości ludzi, i to pomimo, że nie szlajam się po klubach. Ot, tu domówka, tam domówka, jakiś Tramwaj, jakiś Woodstock czy blipiwo. I nagle tłum znajomych, dobrych znajomych i półznajomych. Którzy się cieszą. Ludzie jednak są niesamowici – jak Rudit na przykład, z którą znamy się przelotnie z internetu, a tu nagle Ona mi pisze, że koniecznie musi mi wysłać w prezencie torbę i przypinki (trzy!) ze swoimi arcydziełami, i żadnych mi protestów. Jak przyjdą, to będę się (i Rudit) lansować na mieście.

Poza tym nuda, a jak już coś się dzieje, to akurat z gatunku „nie zapeszyć” albo „nie do publikacji”, więc musicie mi wybaczyć ;) Miałam współtworzyć komiks, ale poczułam, że mnie to nie wciąga. „Wojnę płci” także nieco zaniedbuję – jak to u mnie, początkowy zapał minął i został obowiązek małżeński; trochę też wyczerpałam listę tematów, które miałam w głowie – przynajmniej tych lżejszych, a za bardzo poważne nie chcę się brać, bo ani to nie miejsce, ani nie czuję, żebym miała do tego odpowiednie kompetencje.

Głównie pracuję, śpię i jem. Owoce i warzywa przede wszystkim, bo reszta artykułów spożywczych jakoś mnie nie wzrusza. Świeży szpinak, szparagi, pomidory, truskawki (kij, że tureckie i drogie), arbuzy. A zaraz będą kolejne dobroci i będę kupować na bazarze za grosze całe torby skarbów!

Zapomniałam

Ogólnie to jest tak, że mam, pardon, wyjebane. Wszystko mi jedno, póki nikt za bardzo ode mnie nie wymaga. Mogę leżeć na kanapie, mogę iść na spacer (ale powoli) mogą być jacyś ludzie, mogą nie być, mogę spać, mogę coś klikać. Interesuje mnie tylko spokój i odpoczynek, w związku z czym mój mózg uparcie ignoruje wszystko inne. Wypiera. Zapomina.

Jeśli miałam coś zrobić, do kogoś oddzwonić, umówić się, odmówić, załatwić, to sorry. Zapomniałam.

Poza tym powoli rozważam większą asertywność w kontaktach towarzyskich. Kiedyś na przykład postanowiłam niedziele spędzać w domu. Wychodzi różnie, ale głównie efekt jest taki, że umawiam się u siebie, a nie na mieście. Teraz zastanawiam się, czy nie byłoby zdrowiej tych niedziel w ogóle zostawić tylko dla siebie. Na odpoczynek (na przykład na wysprzątanie, wyszorowanie, wypastowanie, umycie i potem jeszcze manikiur, bo kto widział takie mieć ręce, jakbym w domu pracowała, prawda), więc na odpoczynek i nie wiem, pogapienie się w sufit, bez spiny, że jestem nieuczesana, w poplamionej sukience albo mi widać majtki. Albo bez planowania, o której obiad i czy nie wcześniej, bo ktoś przychodzi i przecież trzeba nakarmić, nie będziemy tak sami żreć gościowi na oczach. Albo że trzeba jeszcze zrobić zakupy, a ten ktoś spóźnia się dwie godziny i kiedy niby.

Druga rzecz to przekładanie spotkań, muszę nauczyć się odmawiać takiemu przekładaniu. Niby spoko, każdemu może coś wypaść, tylko ja mam zwykle tak: X. o 12, Y. o 15, 16-17 zakupy, Z. o 18, obiad nie wiadomo kiedy, odpoczynku wcale. I potem X się przekłada na 13.30 i jestem z całym planem w dupie. A potem sobie przypominam o czymś, o czym zapomniałam i jestem w dupie jeszcze bardziej. Wtedy się oczywiście strasznie wpieniam i już w ogóle wszystko jest beznadziejne. Dorzućcie moją upartą chęć, żeby być miłą dla każdego, z każdym się spotkać i żeby wszystkim było przyjemnie i macie kompletną wizję świruski z zapełnionym kalendarzem, którą każda zmiana o kwadrans przyprawia o palpitacje, że nie zdąży.

No, ale teraz mam wyjebane i chyba zacznę mówić NIE. Bo nie. Bo chcę poleżeć, popisać, poczytać, pospać. Bo chcę wyjechać, odpocząć.

Zresztą zapomniałam.

Ludzie są niesamowici

Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zdumiewać. Co i rusz obiecuję sobie, że już nic mnie nie zdziwi i wciąż zdarza się coś, o czym niby wiedziałam, że podobno czasem niektórzy tak potrafią, ale żeby w moim otoczeniu? Niee, niemożliwe. A jednak.

Przekrój jest ogromny, od małych świństewek po wielkie, ohydne świństwa i od małych przysług po wielkie, niezwykłe niespodzianki. Każda z tych rzeczy wywołuje u mnie okrzyk zdumienia. Większość świństw nie przydarza się mi osobiście – ja żyję w raju i jeśli cierpię, to na nadmiar miłości ;) Wielkie zemsty zawistnych ludzi jakoś mnie omijają (odpukać) albo szczęśliwie wypieram je ze świadomości. Kiepsko natomiast idzie mi wypieranie, jeśli idzie o moich bliskich – jeśli ktoś kopie dołki pod ludźmi, których kocham, to wściekam się tak, że ręce mi się trzęsą, zęby same się zaciskają i dziękuję Bogu & Akademii, że nie mam pozwolenia na broń. Wczoraj z tej wściekłości wyszorowałam wielkie, poczwórne okno w mieszkaniu. Miałam pisać, ale nie byłam w stanie. Teraz świat za oknem wydaje się być bliżej; nie jestem pewna, czy o to mi chodziło.

Wiedza, że siedziało się przy jednym stole i piło piwo z ludźmi zdolnymi do rzeczy podłych sprawia, iż odczuwa się niesmak nie tylko do tych ludzi, ale trochę też do siebie. Choć przecież nie mogło się wiedzieć, że akurat oni mają szczególne talenty. Jednych się jakoś od pierwszego wejrzenia nie polubiło, innych darzyło się sympatią, a teraz jakoś niezręcznie i mdło. Cóż, mówi się „spadaj” i żyje się dalej.

Dla równowagi są też przyjemne zaskoczenia, nieoczekiwane upominki od prawie obcych ludzi, nowe, miłe znajomości lub stare, pozornie dawno zakopane, ale znienacka rozkwitające.

Widać tak to już jest: wiosną roztapiają się psie kupy, ale za to słońce świeci jaśniej.

Jednak zen

Jestem w nastroju nieprzysiadalnym. Wysiliłabym się na coś więcej, niż cytat ze Świetlickiego, ale mi się nie chce oraz wątpię w swoje zdolności w tym względzie. Znaczy w porównaniu, bo tak w ogóle, to nie.

Potrzebuję przestrzeni.

Spokoju.

Odpoczynku.

Ludzie mnie wkurwiają. Ale tak na maksa. Prawie wszyscy, prędzej lub później – później wynosi jakieś dwie godziny. Wcześniej wynosi jakieś dwa słowa. Może to nadmiar spotkań towarzyskich ostatnio, a może bałagan w głowie, który wymaga czasu i spokoju do ogarnięcia, ułożenia, uspokojenia.

Dochodzę do wniosku (nie pierwszy raz), że walka z samą sobą jest bez sensu. Nie chodzi o to, że zawsze się przegrywa, tylko o miotanie się, którego chyba jednak nie lubię tak bardzo, jak mi się czasem wydaje. Szarpanina męczy, nuży i denerwuje. Za to chwila, kiedy poddajesz się i po prostu płyniesz… niesamowita. Uwielbiam to uczucie. Zamiast zdenerwowania – uśmiech. Zamiast stresu – pogodne „let it be”.

Toteż izoluję się w miarę możliwości; dziś za parą słuchawek i „Notre Dame de Paris”, przy których złapałam taki chillout, że wysprzątałam mieszkanie i poczułam się po tym wypoczęta, zamiast zmęczona. W głowie pływają mi różne rzeczy, niech sobie tam będą, niech się przetaczają i siłują, aż się wreszcie same ułożą. Nie walczę z emocjami, są OK, są częścią mnie, nikomu nie wadzą.

Takie małe, tymczasowe zen.

Huśtawka

Góra-dół, góra-dół. Szybko albo wolno, koniecznie wysoko (a zaraz potem nisko, przy samej ziemi, najlepiej tak, żeby szorować brzuchem).
Nawet nie musi być często, długa przerwa wcale nie przeszkadza, nie psuje radości ponownego huśtania. Jak się okazuje.

„Przecież jestem kamiennie spokojna
od 26 lat
siedzę z długopisem w ręku
powolutku sublimuję ból

parkowe huśtawki nastrojów
zostawię innym
westchnienie zadartej spódnicy oddam za ciszę”

Cztery lata.

Wciąż jestem tą samą dziewczynką na huśtawce.

Głupią jak zrzucony but.

Kilka słów

Wychodziłam z pracy zmęczona, wkurzona, obolała, senna i zrzędząca. Dzień miałam miły, ale pod wieczór humor mi zdecydowanie zrzedł. Nienawistnie myślałam o szewcu, który mi za mało rozciągnął buty i trzeba z reklamacją, a tu temperatura odczuwalna minus dwadzieścia trzy, a szewc buc. O tym, że trzeba coś kupić i gotować, wolałam wcale nie myśleć.

I kiedy już-już miałam założyć dwie pary rękawiczek i wyjść, przyszedł romantyczny sms od mojego męża. Przeczytałam, uśmiechnęłam się, dofrunęłam do autobusu, szewc był miły i uczynny, sklep spożywczy przecież tuż obok, zrobiłam zakupy, upichciłam klopsiki z warzywami, zrobiłam koktajl truskawkowy i zaraz będę serwować. W dobrym nastroju, z uśmiechem i zapomniawszy o bolącym brzuchu.

Wystarczyło kilka słów.

Zimowa depresja z kabaretem w tle

Wiem już, wiem, co mi dolega, czemu wciąż marudzę, czemu tak mi się chce spać i wszystko wydaje mi się do dupy. Poczytałam sobie moje własne notki, publikowane tutaj rok temu, na przełomie stycznia i lutego. Wychycha z nich jedna wielka, czarna dupa („kiedy wyjrzy jak dupa z pokrzywy pysk zły i obrzydliwy”). Deprecha, dół, ciemność, zimność, dodomudalekość i masakra. I oto w okolicach lutego pojawia się radosna nocia o tym, że wiosna, bo pączki na drzewach, zapach powietrza, coś tam coś tam.

Wniosek:
(„jeżeli kochać, jeżeli koochaać…!”)
mam najzwyklejszą na świecie zimową depresję (nie mylić z depresją w sensie choroby), klasyczną, coroczną, cykliczną. I co roku na nowo zastanawiam się, czego mi tak źle. Tuszę, iż następnym razem też zajrzę w archiwum, przeczytam ten wpis i się ogarnę.

#jestplan:
Sport, ruch, światło, w ostateczności  solarium – co jeszcze polecacie?