Archiwa tagu: praca

Jak te ślimaki się rozbiegły, to był dosłownie moment

Kolejny tydzień śmignął mi koło nosa, nie wiem, kiedy. Trochę nie dziwne, gdyż od 9 do 17 jadę pełną parą, a potem albo kontynuuję, albo padam na twarz. Zależnie od ilości obowiązków pozasłużbowych. Praca jest zajebista, robię fajne rzeczy, uczę się dużo i chwalą mnie. Póki co zostaję więc w Socializerze, firmie rozwijającej się szybciej, niż ludzki zarodek (naprawdę robią wrażenie).

———————————–

Właśnie poszłam na pół godziny na Golden Line aktualizować profil i kompletnie zapomniałam, że pisałam notkę. Tak to mniej więcej teraz u mnie wygląda: koncentracja motylka, sto rzeczy na raz, dziury w mózgu i zapominanie. Np. od trzech tygodni zapominam sobie zrobić badania, a właściwie nabyć stosowny pojemniczek jałowy, i WTEM! jest czwartek wieczorem, ja nadal nie mam pojemniczka, wyjeżdżam na weekend, a wizyta u lekarza – z wynikami, a jakże – w poniedziałek o ósmej czterdzieści rano. I trochę nie wiem, co teraz.

Zapominam też, który to właściwie tydzień. Chyba ośmnasty, ale nie przysięgnę. Z Kainem w każdym tygodniu czytamy sobie z internetów, co też tam przyszły potomek akurat wyczynia w brzuchu. Piszą, że może niedługo zacznie rozrabiać wystarczająco, żeby matka się zorientowała. Ja chętnie, gdyż doskwiera mi brak kontaktu. Nuda taka, nic się nie dzieje, tylko tu sobie człowiek czegoś zapomni, tam zasłabnie, ówdzie w spodnie się nie zmieści. Ale zero gratyfikacji, a ja nie lubię czekać :)

Poza tym nadal nie mam za bardzo siły, czasu i chęci na ludzi. Jak już nie mam co robić po południu, to bym sobie pospała, albo choć odpoczęła. Albo na spacer poszła. W grudniu ocknę się bez znajomych i będę łkać, niemowlęciu do wtóru. Ale w zeszły weekend byliśmy na działce – ognisko, pływanie, słońce, grill – a jutro jedziemy razem do Miasta Na K, żeby oblewać urodziny Suchego. Jak mi znów zamkną toaletę w busie, to zrobię im jesień średniowiecza.

Krótki loncik

Jakoś mnie ostatnio wszystko wkurza, a najbardziej ludzie. Szybko się wpieniam i długo uspokajam. Zwalam na hormony, ale chyba napiszę niedługo sążnistą notkę o szanowaniu cudzego czasu (aż dziwne, że jeszcze nie było, a może była, ale zapomniałam?) To z pewnością przez to, że czuję się lepiej, niż ostatnio, dzięki czemu mam siłę się wkurzać. Muszę znaleźć jakiś sposób na powrót do pięknego stanu mania wyjebane.

Miałam jechać w góry w ten weekend, ale jadę w przyszły. To się nigdy nie udaje w pierwszym terminie ;) Poza tym od wtorku zaczynam pracę; mam miesiąc na udowodnienie, że jestem boska. Na szczęście jestem, więc z pewnością wszystko będzie dobrze!

Kac pourlopowy

Jestem sentymentalną gęsią i zawsze, kiedy wracam z gór, mam łzy w oczach. Albo, kiedy bardzo się staram trzymać fason, mam je w zapasie, gotowe sypnąć się jak groch, kiedy tylko o tym pomyślę. Kiedy byłam mała, stałam w oknie pociągu i robiłam górom „pa, pa”. Teraz zakładam słuchawki, odwracam się do szyby i obracam w myślach to, co było miłe. Ale kac zostaje, dręczy mnie spleen i tęsknota, chcę wracać oraz zdaje mi się, że tam wszystko było Dobre, a tu wszystko jest Złe i Brzydkie.

Zamiast jednak nurzać się w rozpaczy, rzuciłam się od razu w wir pracy, która tak jakby w nosie ma moje humory. Ponieważ w autobusach i pociągach słabo grzeją, podpieram się gripexem. Na pulpicie komputera mam zdjęcie z Połoniny Wetlińskiej i zawsze, kiedy go włączam, robi mi się miło. Nocą śnią mi się Bieszczady. I tak to jakoś leci, ale coraz bardziej myślę, jak tu skombinować na następny raz dwa tygodnie, albo chociaż tydzień. Bo takie weekendowe wyjazdy, choć fajne, pozostawiają straszne poczucie niedosytu.

Wrzesień, czyli notka z porannego autobusu

Nie piszę, bo średnio mam kiedy i średnio mam o czym. Układam sobie plan zajęć na najbliższe tygodnie, trochę mniej napięty, niż myślałam,ale to dobrze, będzie czas na szukanie nowych zleceń. Zaczynam ciekawy projekt na facebooku, jeśli przyniesie takie efekty, jak zakładam, to będę z siebie bardzo dumna. Przymierzam się do kolejnego zawodowego wyzwania, czegoś nowego – uwielbiam robić nowe projekty, niepodobne do żadnego z poprzednich. Poza tym zastanawiam się nad założeniem firmowego bloga, ale boję się, że będę go zaniedbywać.

Co jeszcze? Parę ważnych planów i rewolucji wewnętrznych, parę postanowień i mentalne przygotowania do jesieni. I czekam, aż kasztany się sypną :-)

Tymczasem koniec lata

Burza wisiała w powietrzu od wielu dni. Mimo to wciąż świeciło słońce, było ciepło i pozornie spokojnie. Po jednym ze szczególnie pogodnych dni, spędzonych na dworze, opalonych, upalnych – wreszcie uderzyła i zmiotła, co popadło.

Ponieważ burze są naturalną i pożądaną koleją rzeczy, obecnie stopniowo powraca ładna pogoda. Pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że może jednak tornado nie nastąpi i nie rozwali mi dachu nad głową. Tylko patrzeć, a wyluzuję zupełnie i nikt w najbliższym otoczeniu nie osiwieje, a nawet może ja sama też nie.

Tymczasem koniec lata i właśnie skonstatowałam, że wrzesień już za trzy dni. Wczoraj robiłam duże sprzątanie i ponieważ miałam zajęte ręce, a wolną głowę, mimochodem obmyśliłam plan finansowo-zawodowy na wrzesień. Nie jest to plan przyjemny, ponieważ, nie ma co się oszukiwać, nie stać mnie na luksus rozwijania firmy. Zlecenia owszem, przyjmę coraz chętniej, walcie jak w dym, bo chcę pisać i pisać, i pisać. Ale że jest to dość niepewny chleb, a nadal gardzę etatem (zresztą, w którym mieście miałabym go szukać?), plan zakłada także realizowanie się jako zawodowa ciocia. Jeszcze tylko nie wiem czyja, bo wszędzie na raz nie zdążę.

Drugą częścią planu jest sporządzenie czarnej listy. Na czarnej liście będzie wszystko to, czego we wrześniu NIE kupujemy. Bo jak bym nie liczyła wychodzi mi, że zarabiamy na rachunki, ubezpieczenie i inne stałe koszty – tak na styk. Drugie tyle chętnie byśmy przejedli, przepili, przepodróżowali i wymienili na praktyczne przedmioty codziennego użytku, ale, no cóż.

Jedno, co jest w tym wszystkim dobre, to że mam skille oszczędnościowo-kulinarne. Ugotowanie obiadu za 4 złote, zwłaszcza o tej porze roku, nie stanowi dla mnie problemu i nawet w szczególnie chudych tygodniach z głodu nie umrzemy. Żeby jeszcze tylko koty chciały jeść fasolę! ;)

Świadkowie schyłku czasów królestwa wiecznych chłopców

Jestem jednorożcem. Jednorożec jest to stworzenie zupełnie niepraktyczne i nieprzystosowane. Ani to polować nie umie, ani ukryć się w lesie – najlepiej nadaje się do tego, aby wyginąć.

Moi przyjaciele (w liczbie dwóch) dali mi ostatnio do myślenia. Są to mężczyźni zorganizowani, odpowiedzialni i mądrzy, którzy lubią realizować się zawodowo. Zawodowa realizacja i idąca za nią stabilizacja finansowa są dla nich wartościami samymi w sobie i podstawą spokojnego życia. Brak takowej powoduje natomiast mobilizację całej energii życiowej do polowania na mamuta. Póki mamut nie zostanie prawidłowo upolowany, myśliwy nie zazna spokoju i nie może cieszyć się innymi rzeczami.

Piszę z lekką ironią, ale sądzę, że gdybym była żoną któregoś z nich, a tym bardziej, na przykład, matką jego dzieci, bardzo bym doceniła takie podejście do życia. Jednak nie jestem i czasem myślę sobie, że praca i pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Ważne są inne rzeczy: rodzina, miłość, spacer po słonecznej łące, kąpiel w rzece nocą, czas spędzony z przyjaciółmi… Ponieważ jestem jednorożcem, jest mi bardzo smutno, kiedy widzę, jak brak wymarzonej pracy spędza przyjacielowi sen z powiek. Ponieważ jestem z rodziny jednorożców, których bogactwo nigdy nie wyrażało się w gotówce, od dzieciństwa czerpię radość z rzeczy niematerialnych (choć, oczywiście, materialne cieszą mnie tym bardziej, że musiałam się na nie naczekać). Od wielu lat traktuję kasę jako środek do celu, a zarabiać ją mogę jakkolwiek. Mam szczęście uprawiać zawody, które lubię, ale uprawiałam też nielubiane, w dodatku z sukcesem, i nie stanowiło to dla mnie wielkiego problemu. Pieniądze zawsze da się zarobić, a potem należy przejść do ciekawszych zajęć. Zanim ktoś mi zarzuci, że wyzywam ludzi od materialistów, zaznaczam, że nie mam tego na myśli. Rozważam po prostu systemy wartości, piramidy potrzeb każdego z nas.

I sama nie wiem, czy bardziej cenię praktyczne, męskie podejście do życia moich przyjaciół, czy może bardziej jest mi ich żal. Co prawda satysfakcję z pracy i pieniędzy łatwiej jest zmierzyć i zważyć, niż zadowolenie z Dobra, Piękna i Prawdy ;-) Tylko czy warto?

Klucz do międzyczasu pilnie kupię

Nie za bardzo wiem, jak i kiedy to się stało, ale pracuję po 12 godzin dziennie. Lubię swoją pracę i lubię dzieci, którymi się zajmuję, ale muszę przyznać, że po tych 12 godzinach wracam ledwo żywa. Co więcej, garstka rodziców grozi, że też mnie zatrudni, jeśli tylko znajdę czas. Za to zleceń copywriterskich jak na lekarstwo. Szykuje mi się jedna fajna współpraca, muszę tylko jakimś cudem znaleźć się na jeden dzień pod Częstochową.

O dziwo i na szczęście mam jeszcze wolne weekendy, które poświęcam na intensywny odpoczynek. Tak intensywny, że wczoraj rano lewo się zwlekłam z łóżka ;-)

Cały ten stan potrwa do końca miesiąca, a potem nic nie wiadomo. Dobra wiadomość jest taka, że możliwości mam wiele, a zła taka, że do ostatniej chwili nie będę wiedziała, na czym stoję. Najbardziej chciałabym, żeby moja firma zaczęła porządnie zarabiać, wciąż bowiem moim celem i marzeniem jest praca w domu (albo gdziekolwiek akurat się znajdę z moim netbuczkiem), w godzinach, jakie mi samej będą najbardziej odpowiadać. Niestety ciągłe szukanie nowych zleceń jest nieco męczące. Jednak raz na jakiś czas zlecenia znajdują mnie same i to są te miłe momenty.

Poza tym dojrzałam do zmiany miasta. Kain już dawno proponował przeprowadzkę do Krakowa, ale ja nie chciałam wyjeżdżać. Jednak im częściej A. robi sobie dwu- lub jednodniowe wypady z miasta na K. w góry, tym bardziej mu tej bliskości gór zazdroszczę. Stąd to wielka wyprawa, stamtąd tylko wycieczka. W międzyczasie jednak Kain zmienił zdanie. Pertraktacje trwają, do września zapewne podejmiemy jakąś decyzję.

Gościu, siądź pod mym liściem, a posprzątaj sobie najpierw

Nie ogarniam.

W głowie mi się przepaliły wszystkie bezpieczniki, cała jestem bałaganem, bitwą, wojennym stanem. Umówiłam się do lekarza na termin, w którym jestem całodobową nianią. Pojechałam na Chmielną przy palmie zamiast na Chmielną przy Starynkiewiczu. Wybiegając z domu, rzekłam: „Wezmę tylko parasol” i wzięłam wałek do ubrań (leży w tym samym pudełku i też jest czerwony z czarną rączką, czy to mnie usprawiedliwia?). W przychodni dwa razy pytałam o numer gabinetu i trzy razy o termin następnej wizyty. Omal nie wyszłam do pracy z odżywką na włosach.

Chciałam niedawno kupić sobie lecytynę w tabletkach, ale mój facet się sprzeciwił i nie kupiłam. Pozwolił mi co prawda nabyć w zamian śledzie i nabyłam, ale już się skończyły. Wciągnęliśmy je pod absynt, bo przecież rybka lubi pływać.

W domu mamy koszmarny bałagan. Ja ostatnio mało tam bywam, a Kain albo programuje, albo gra. Ot, czasem któreś z nas sprzątnie kotom, umyje kubek albo powiesi moje kolczyki na miejsce (rozrzucam je po domu i potem mąż mi odwiesza), ale generalnie jest bajzel i mam wrażenie, że najwięcej ostatnio sprzątają goście. Odkrycie po powrocie z pracy, że nocujący u nas znajomi pozmywali i ogarnęli – naprawdę cenne (przy tej okazji składam Alquanie i Jagotenowi spóźnione podziękowania!)

Byłam wczoraj u ginekologa. Facet mnie pierwszy raz w życiu widział, więc zrobił wywiad:

Doktor: – Była pani w ciąży?
Ja: – Nie. Ale zamierzam.
Doktor: – To nie jest karalne.

Pracownia Tekstylia

W tym tygodniu rozpoczęłam weekend w czwartek. Miałam jutro jechać do Krakowa, ale kolejny raz odłożyłyśmy z Najmłodszą tę wyprawę na bliżej nieokreślony termin, w którym nie trzeba się będzie tak szczypać z kasą.

Skoro miałam wolny dzień, zrobiłam kilka konstruktywnych rzeczy,  między innymi napisałam sobie nowe teksty na moją stronę internetową. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to o, proszę, tu jest. Ma też fanpage’a, więc można promować mnie na fejsiku, jak ktoś ma ochotę.

W ogóle to chętne zrobiłabym coś nowego. Jakąś szeroko zakrojoną akcję marketingową z porządnym budżetem, w której można nieco zaszaleć. Nudzę się zawodowo i czuję, że stoję w miejscu, a to bardzo niedobre uczucie, szczególnie w mojej branży. Zatem od dziś będę się modlić o wyzwanie zawodowe.

Na początek jedno.

Życie we śnie

Wstaję między siódmą a siódmą trzydzieści. Za piętnaście ósma wychodzę z domu. W pracy jestem po wpół do dziewiątej. Zaś około dziesiątej-jedenastej budzę się.

Wcześniej wszystko robię trochę jak we śnie, na autopilocie. Myślami gdzieś błądzę, oczka mam całkiem maciupcie.

Taki organizm: przez dziesiątą rano śpi i koniec. Nie poradzisz. Nie do wiary, ile rzeczy w życiu zrobiłam przez sen zupełnie tak, jak człowiek działający na jawie.

Nie mogę się doczekać przeprowadzki – będę miała rano pięć minut piechotą ;-)