Archiwa tagu: ślub

Dwa lata

Właśnie mija nam druga rocznica ślubu, a ja się zastanawiam, kiedy to się stało. Dopiero się poznaliśmy, dopiero zaczęliśmy spotykać – a tu siup, jedno mieszkanie, drugie, zaraz trzecie, ślub, dziecko (no, prawie), koty, kredyty. Poważna sprawa, zupełnie, jakbyśmy byli dorośli.

Tymczasem my jesteśmy wciąż tymi samymi wariatami: z niechęcią do spraw nazbyt poważnych, leniwi, dość beztroscy; prawdopodobnie zginęlibyśmy, gdyby nie łut szczęścia na każdym kroku.

Dlatego dziś zamiast oficjalnego zdjęcia ślubnego wrzucę foty z okresu, kiedy się poznaliśmy (czyli z listopada 2008 r.). O, proszę:

Czy coś się zmieniło? Chyba nie bardzo :)

Skutki uboczne

Z pewną fascynacją odkrywam reminiscencje wejścia w związek małżeński, które nigdy by mi nie przyszły do głowy. Na przykład mówię w towarzystwie (albo piszę na blipie), że mój facet to czy tamto. I w ciągu pięciu sekund pięć osób mnie karci: „MĄŻ! Masz męża, a nie faceta!”. No doprawdy, to co, przestał być facetem? A ja kobietą, skoro już przy tym jesteśmy? I teraz mam każdą wzmiankę o Kainie rozpoczynać od słów „mój mąż”? Trochę jakby pretensjonalne.

Druga rzecz, dość zabawna, to fakt, że najwyraźniej jako kobieta zamężna stałam się znacznie mniej atrakcyjna ;) To powinno było, jak mi się zdaje, nastąpić w chwili, kiedy zaczęłam być w związku. Ale nie, jakoś teraz dopiero. Wynikałoby z tego, że związek nie potwierdzony podpisem i obrączką jest kompletnie nieistotny, natomiast z chwilą złożenia tego podpisu staje się wtem i nagle ważny i nierozerwalny. No nie wiem, dla mnie osoba zajęta to osoba zajęta, nieważne, czy jest zaręczona, poślubiona, czy też jest tzw. kociołapką. A nawet, wyobraźcie sobie, jeśli ma nieformalnego partnera na drugiej półkuli.

Trzecia ciekawostka dotyczy tego, że nagle słowa „masz męża” stały się odpowiedzią na wszystko. „To fajny facet” – mówię. „Ale ty masz męża!” Mam zły nastrój. „Ale masz męża!” Wyjechałabym gdzieś. „A mąż? Męża masz.” I tak dalej.

Tak, mam męża i – serio – zdaję sobie z tego sprawę. Zauważyłam, pamiętam, rozumiem, czaję, jarzę, kąsam fabułkę. Naprawdę. I jestem bardzo szczęśliwa, że jesteśmy z Kainem małżeństwem.

Tylko, wiecie, jakoś nie uważam, żeby to mnie już do końca życia definiowało. Ani też żeby miało mi wystarczyć na zawsze. To – przepraszam, jeśli komuś rozwieję złudzenia – nie jest tak, że kobieta, która ma męża, nie posiada już w życiu innych ambicji, problemów, planów i sympatii. A jeślibym tak miała, to coś mi się zdaje, że byście mnie nie kochali.

Kości zostały rzucone

Sama uroczystość, cóż, przebiegła po naszemu. Niektórzy nie dotarli na czas, inni wcale, jeszcze inni poruszali się wyłącznie trzymając mamę za nogę… My sami, o dziwo, dotarliśmy z odpowiednim wyprzedzeniem, odpowiednio ubrani, a nawet po śniadaniu.  Stres? No cóż, troszkę nam się trzęsły ręce, ale poza tym Kain na pytania, jak się czuje, odpowiadał, że spać mu się chce, a ja walnęłam przed wyjściem kieliszek cytrynówki i od razu się wyluzowałam. Jakkolwiek muszę przyznać, że większość wizyty w urzędzie pamiętam tak trochę jak przez mgłę. Nie przez cytrynówkę, trunek zacny, ale przez, co tu kryć, lekkie jakby nerwy.

Szczęśliwie żadne z nas nie pomyliło słów przysięgi, założyliśmy sobie obrączki na właściwe palce, nikt się nie potknął, nikt nie powiedział nic głupiego – wręcz nie wiem, jakim cudem się udało. Oraz podobno nasz rodzinny zegar, który od wielu lat nie chodzi, a nawet leży, zaczął tykać około południa. Czuję się pobłogosławiona przez duchy przodków.

Po ślubie zabraliśmy towarzystwo do domu na toast i tort. Zarzucono nas kwiatami i dobrymi życzeniami oraz przygnieciono mnie toną komplementów. Tort i sałatki dość szybko zniknęły bez śladu, ale szampana trochę nam zostawili ;)

W fotograficznym skrócie:

Ślubu dziś nie polecam, szanowna pani.

czyli jak Luca się stresowała przed zamążpójściem.

Bez kitu, ludzie, nie róbcie tego, jeśli nie macie naprawdę mocnych nerwów. Mała cywilna uroczystość dla najbliższej rodziny kosztowała nas takie nerwy, że omal się nie pozabijaliśmy nawzajem. Dwa dni przed ślubem wahałam między natychmiastową ucieczką w Bieszczady a użyciem ostrego noża. Na logikę nie sposób powiedzieć, co w tym takiego stresującego. Ot, zamówić tort, zawieźć dokumenty, zrobić manicure, przejechać się do fryzjera, kupić buty, posprzątać w domu, zrobić zakupy, przygotować jedzenie, zamówić taksówki, przypomnieć wszystkim termin i adres, załatwić  kwiaty, naładować baterie do aparatu, przywieźć kieliszki z Ikei i tak dalej, i tak dalej. Od wtorku jak mantrę powtarzałam sobie: „w czwartek o tej porze będzie po wszystkim”. Trochę pomagało.

Odbyłam też następujący dialog z Izu:
– Mam piosenkę na dziś i kolejne dni: „Alice” Avril Lavigne. Będę jej słuchać na okrągło.
– A co w niej takiego jest?
– „I’ll take a stand untill the end”.
– O Stara…

Druga piosenka tygodnia to była ta:

Wieczór panieńsko-kawalerski

Przyszli w piątek trzynastego. Trochę znienacka, to znaczy umówiliśmy się na picie z Izu i Zubilem, a przyszły prócz tego Królowa Nocy i Bagherra, atakując nas od progu eleganckimi strojami, czterema flaszkami wina, dwiema michami sałatek, kabanosami i bagietką. Co było robić – wbiłam się w kieckę, wyjęliśmy z lodówki martini i zaczęło się :)

Do wpół do czwartej nad ranem poszło i martini, i wina, i nawet kolejne trzy flaszki, po które w radosnych nastrojach wybraliśmy się do nocnego. Otrzymaliśmy praktyczne, przydatne w każdym domu akcesoria: jadalne majtki (wersja damska i męska), butt plug z mydła oraz mały bacik, który dla kontrastu z drugiej strony ma puszek do łaskotania/głaskania/sprzątania kurzu. Jako jeden z gwoździ programu wystąpiło także pudełko z ciastkami w kształcie piersi. Były z jakiejś galaretkowatej masy i się trzęsły.

Co było dalej, nie chcecie wiedzieć. Jedyne, czego żałujemy, to że Bagherra musiała wyjść wcześniej.

Z bogatej dokumentacji fotograficznej udało mi się wybrać kilka przyzwoitych zdjęć ;)

Tych, którzy jeszcze nie wiedzą…

…spieszę poinformować, iż w czwartek 19 sierpnia przestałam być osobą stanu wolnego, a stałam się mężatką :)

Plan powstał któregoś marcowego dnia. Miał to być ślub szybki i cichy, taki tylko dla nas. Z tym szybkim średnio wyszło, co do cichego zaś, to zgodnie z planem zaprosiliśmy tylko najbliższą rodzinę i, rzecz jasna, świadków. Prócz kilku bliskich przyjaciół wszyscy dowiedzieli się po fakcie, na specjalnie w tym celu zorganizowanej imprezie.

Tyle tytułem wstępu ;) Przez najbliższe dni będę publikować spóźnioną relację z tego miłego zdarzenia. Posty szkicowałam na gorąco, więc spodziewajcie się emocji! Tu opowiem jeszcze tylko historyjkę o naszych obrączkach. Otóż zamówiliśmy sobie wzór zwany „żebrem Adama” – obrączki wycięte z jednego kawałka metalu (w naszym wypadku palladu), pasujące do siebie tak, że można je złożyć razem. Zamówiliśmy gładkie, tj. bez żadnych kamieni. Ale jubiler się pomylił i zrobił w mojej rozcięcie na brylant. Zadzwoniła więc do mnie pani z salonu i spytała, czy zgodzę się przyjąć ten brylant w prezencie. I tak oto spadł mi z nieba kamyczek :)